RATOWANIE ŻYDOWSKICH MITÓW
Michael A.
Hoffman II
Film:
"Saving Private Ryan" ( "Ratowanie szeregowca Ryana ")
Reżyseria:
Steven Spielberg
Tak mi się
zdawało, że nareszcie Spielberg zrobił coś o Drugiej Wojnie Światowej, co jest
bez "holocaustu" i "komór gazowych ", a tylko o walce na
zachodnim froncie, coś o honorze i współczuciu amerykańskiego rządu dla
żołnierza amerykańskiego. Poszedłem więc obejrzeć "Ratowanie szeregowca
Ryana ".
W kinie
jednak zobaczyłem, że propaganda żydowska najbardziej dydaktycznego cudownego
dziecka holywudu tam jest bez zmian, tylko podsunięta chytrzej, albo, jak kto
woli, subtelniej, mniej widocznie dla niewprawnego oka.
Francuski
historyk, Robert Faurisson, powiedział, że każda wojna jest zbrodnią. W kinie
Żydów istnieją jednak dobre wojny. Druga Wojna Światowa jest taką dobrą wojną.
54 lata minęly od jej zakończenia, ale żydowskie mity Aliantów wciąż wsiąkają w
naród. Hip, hip, hurra! Powodzenie kasowe
"Saving Private Ryan-a " to potwierdza. Spielberg zaciera ręce, bo
zrobił z największej bratobójczej rzezi gojów w wieku białego bratobójstwa nie
tylko "dobrą wojnę ", ale jeszcze napełnił kasę superstudia
"Dream Works " setkami milionów dolarów. (Ich następny projekt to
film animowany o czarnym Mojżeszu wychowanym przez czarnego faraona Ramzesa.
Ten "obciągnie " następne miliony u Murzynów i zarazem
"podbechta " ich przeciwko białym.)
Goje z
rolniczej strefy Ameryki, z "bread basket belt ", są w 1998 roku
desperacko zmęczeni chorobą duszy, co dotknęła Amerykę. Oni chcą widzieć
bohaterów i coś, w co mogą wierzyć, wierzyć znowu. Voila, Spielberg przybywa na
pomoc! Możesz zapomnieć o odcieniach szarości moralności, albo o
egzystencjalnym samozwątpieniu, które musiałeś oglądać w filmach o walkach w
Korei i Wietnamie. To były złe wojny. Zwalczaliśmy komunistów. Za te wojny
amerykańscy weterani wojenni winni odpokutować obchodzeniem nie kończącej się
żałoby, dopasowując się do puścizny zbiorowego rozstroju nerwowego lat 60-tych,
za to że w ogóle brali udział. W kinie żydowskim ich walory jak patriotyzm,
bohaterstwo i ślepa wiara w generałów różnią się o włos od "zbrodni
wojennych ". Natomiast przeciwko Niemcom patriotyzm, bohaterstwo i ślepa
wiara w generałów są słuszne i pełnoprawne - uzasadnił je półwiekowy tam-tam
holywudu.
Spielberg
wystawił przynęty dla widowni - na zwolnionym ruchu, miłosne karesy kamer z
pornografią brutalności, czym popisał się już poprzednio w "Amistad "
(hi-tech dramacie orgii przemocy białych wobec czarnych na pokładzie okrętu z
niewolnikami). Zagrał głównie na sentymentach roczników poborowych
zapełniających ciemnice kinowe, naiwniaków tego samego typu, co dali zawieźć się
do Omaha Beach na pewne stracenie. Na przykład, w makabrycznej scenie żydowski
żołnierz przegrywa na białą broń i niemiecki żołdak pruje mu bebechy z prawie
miłosnym współczuciem - wymysł przypominający blagierstwa innego Żyda, Freuda,
ale głód czytelników szmatławców i tabloids zostaje nasycony.
Zaczyna się
od lądowania piechoty US na skrwawionych plażach Normandii, gdzie te niemieckie
sukins..., ci "zbrodniarze wojenni " mieli czelność strzelać do
inwadujących Amerykanów. Nieomal psychoterapeutyczne sceny śmierci i rzezi -
chyba najbardziej podniecające i fascynujące jakie kiedykolwiek zainscenizowano
- z miejsca urzekają sadystów videowych cyrkiem digitalnej woltyżerki
"wirtualnego boju ".
Film ma nas
przekonać, że rząd Henry Morgenthaua i Roosevelta wysłał młodzież na śmierć za
sprawę Żydów w Europie, a jednocześnie z miłości do Amerykanów zadbał o
amerykańskie rodziny. Yapp! Otóż, kiedy czterej bracia pomaszerowali na wojnę,
żeby zrobić świat bezpiecznym dla komunistów i komunizmu, trzech od razu
zginęło. Trzeba więc uratować tego czwartego. Nie bardzo to jasne dlaczego i
dlaczego właśnie tego ostatniego brata, gdy na wojnie innych takich ostatnich
braci jest masa? No więc to jest świat fikcyjny Spielberga, cicho! Nie psuć
jemu zabawy w kino!
No więc sam
wielki generał Marshall, pomnikowo uheroizowany na surowy ekstrakt męskości,
interesuje się tym czwartym, pozostałym przy życiu bratem, szeregowcem Ryanem.
Może dla precedencu, może dla wyjątku z reguły, może dla reklamy, dla własnej
popularności? Nieważne, przecież to fikcja, tu dba się o propagandę, a nie o
historię. "Marshall " Spielberga, żeby rozsentymentalnić publikę
"mądrością strategów ", recytuje słowa Lincolna z pamięci... Kto zna
bucowatość Marshalla, tego pusty śmiech ogarnia. Ale temu, kto zna bratobójczą
wojnę Lincolna, temu śmiać się odechciewa.
Szeregowiec
Ryan, desantowy skoczek spadochronowy wylądował zniesiony
z kursu w
okupowanej przez "wroga " Francji. "Mądry strateg "
Marshall wyznacza specjalną drużynę komandosów do uratowania go w środku wojny,
w rejonie chaotycznych, piekielnych walk ulicznych, gdzie co chwila przerywana
jest łączność i walczący są zdani na siebie samych, odłaczeni od drużyny i
gdzie cała operacja nie ma sensu, gdyż straty ratowników muszą być większe niż
liczba przypuszczalnie uratowanych, która w tym wypadku ma wynosić jeden (1) !
Drużyna
ratownicza składa się umyślnie z wielokolorowych Amerykanów.
(Takie
clichés spinały filmy B-klasy i komiksy Marvela.) Jest tam głupkowaty Włoch,
straszliwy jajogłowy, popychany Żyd, wielki Arjanin z Brooklynu i typ z
Południa, sierżant York. Gromada ta jest tak smagła, że z początku ona
przypo-mina oddział portorykańskiej Gwardii Narodowej, co odwraca naszą uwagę i
wytrąca nas z akcji na ekranie. Zauważamy, że siedzimy w kinie i trzeba chwili,
żebyśmy wrócili do poddania się konwencji przeżycia kinowego.
"Żyd
" powiewa swoim naszyjnikiem z "Gwiazdą Dawida " w kierunku
niemieckich jeńców i przedrzeźnia ich, pokrzykując: "Juden, Juden! ".
Ale, o dziwo, Spielberg nie kazał "Niemcom " chrząkać i spluwać na żydowską
świętość. Scena ta jest jedynym żydowskim odnośnikiem i, o dziwo, nie ma też
grozy "Holocaustu " przenikającej z tła, czekającej ich dalej, w
Polsce. Dlaczego Spielberg nie uderzył w strunę "Holocaustu "? Bo
wie, że publika złożona z gojów nie będzie kibicować poświęcania Amerykanów za
sprawę tych, co mordują palestyńskie dzieci rzucające kamieniami. Co gorzej,
"Holohoax " sprzedaje sie coraz trudniej i męczy widownię. Wybrał
zatem wstrzyknięcie swojej nienawiści do Niemców tam, gdzie publiczność je
najmniej może zauważyć.
Na przykład,
wszyscy ratownicy Ryana widzą, że koniecznie trzeba rozstrzelać niemieckich jeńców
wojennych, a tylko kapitan nie godzi się zamordować jeńców. W konsekwencji jego
"słabości " nasz żołnierz ginie. Właśnie "nasz ", ten
żydowski. A ubitj germancow!!! Oni są bezwzględni,
to my też będziemy!!! Oko za oko!!!
Papierowa
jest postać serżanta Yorka, protestanta "fundamentalisty " z
Południa, co zawzięcie nienawidzi Niemców. Dlaczego tak zawzięcie? Nie wiadomo.
Kiedy jeniec niemiecki mówi do sierżanta Yorka po niemiecku, on wybucha wściekle:
"Zamknij tą brudną świńską łacinę! " Łacinę? Świńską? Niemiecki jest
językiem szczytowych europejskich osiągnięć w filozofii, literaturze, teatrze,
językoznawstwie itd. Czy ten reżyser o niemieckim nazwisku nie zapędził się w
ignorancję posługaczy syjonizmu? Nienawiść rasowa nie tylko go oślepila, ale i
ogłupiła.
Jeżeli ktoś
uwierzy bajaniu Spielberga, to będzie dziwił się jak to było możliwe, że Niemcy
podbili Europę, Północną Afrykę i zapędzili Armię Czerwoną pod Moskwę, bo
przecież w filmie oni walczą z tępą głupotą, jak statyści filmowi w starym
serialu telewizyjnym: "Combat " z lat 60-tych. Jak oni tylko znajdą
się w polu widzenia Amerykanów, to ino: puk! i Niemiec leży. Podczas gdy
amerykańscy żołnierze biegną przed linią karabinów i ckm-ów, a kule ich się nie
imają. To ci wojsko! "Niemcy " walczą tylko dopóty dopóki mają
przewagę, chowając się w bunkrze, w gnieździe ckm-u, albo w "Tygrysie
". Jak tylko odwróci się fortuna, to oni rzucają swoją broń i mamroczą coś
histerycznie zastrachani i błagają o życie.
Dlaczego
obsada jest tak uboga? Amerykańskiego oficera gra aktor filmów mafijnych Dennis
Farina. Jego postać wychodzi nieprzekonywująco. Telewizyj-ny Ted Danson
otrzymał szczodrze cameo, czyli krótkie wystąpienie, jako inny oficer, ale tu
brakuje cameo á la Hitchcock - wystąpienia Spielberga z pejsami.
W całym
filmie widać tylko jedną swastykę, graffiti namalowane na Wale Atlantyckim.
Nawet SS-mański dowódca czołgu występuje bez monoklu
i opaski na
ramieniu. Jak wspomniano, Spielberg nie poszedł na sztyk shoah-biznesowego
szlajerowania.
Aby nakłonić
nas do pokochania amerykańskich wojskowych postaci użył on starego jak świat
triku z Podręcznika Agitatora matki Adama Michnika, Schechterowej. Pokazuje je
narzekające, żartujące, szlochające, hazardowo grające w karty. Nawet "Żyd
" się "wychyla ". Bierzemy udział w historiach ich życia, ich
tarapatach. Przez to "identyfikujemy się " z nimi i scalamy z ich
losem. One, w przeciwieństwie do Niemców, nie są robotami, chwytają za serce
slangiem, nazywają brak kompetencji rządu żargonowym wyrażeniem: "foobar
". Żydowski reżyser nawet popełnił koncesję ideologiczną dla uzyskania
większego "realizmu " tych piechurów: mówi o absurdach u wysokiego
dowództwa, inkompetencji rządu pomimo całego jego teatru współczucia i dobroci.
Niemcy w
tym arcykunszcie są cyframi. Spielberg nigdy nie zabiera nas do ich ogniska
obozowego posłuchać ich piosenek i historii rodzinnych. Prawie nigdy nie
widzimy migawki ich człowieczeństwa. Żadne niemieckie słowo nie jest przetłumaczone
nawet w napisach. Niemiecki staje się nieczytelnym bełkotem - "świńską
łaciną ".
Najbliżej
przedstawieniu człowieczeństwa niemieckich żołnierzy dochodzi w krótkiej
przerwie w walce, kiedy Amerykaninowi i Niemcowi braknie amunicji i obaj
ciskają jeden w drugiego swoje hełmy. W szybkiej migawce Niemiec robi
pośpieszny gest przypominający przeżegnanie się. Mrugnij oczami, a to
przegapisz! Jednak te 15 sekund nie może ożywić papierowych kukiełek w prawie
trzygodzinnym filmie. On wstawił te skąpe ścinki chcąc wcisnąć puentę: Niemcy
może są ludźmi, może, ale nie dorównują naszym, szlachetnym i kochanym
Amerykanom.
Coś takiego
nie przeszłoby w filmie wojennym o Korei albo Wietnamie w latach 90-tych.
Azjatyckich przeciwników filmowiec musi malować jako szlachetnych i kochanych,
inaczej naraziłby się, zostałby nazwany rasistą i na tym skończyłaby się jego
filmowa kariera. Niemcy Spielberga to kupa "krautów ".
Obrońcy
takiego portretowania powiedzą, że on jednak upodobnił Niemców do ludzi, bo w
jednej scenie niemiecki jeniec wojenny mamrze coś o "Betty Boop " i
"Steamboat Willy ". Wcale nie, jego mamrotanie jest groteskowe,
niewyraźne. Reżyser nie próbował humanizować postaci Niemców, bo chciał tylko
upupić prostaczków na widowni wykazaniem, że "hitlerowskiego nadczłowieka
" nie trza się bać, tylko rozbroić go, bo on jest tchórzliwy. Morał:
rozbroić Niemca i trzymać rozbrojonego!
Nie ma ani
jednego dobrego niemieckiego żołnierza w "Saving Private Ryan ", tak
jak i nie ma wśród setek niemieckich żołnierzy przedstawianych w
"Schindler 's List ". Tylko mordujące roboty. Cieszymy się, kiedy
niemieccy chłopcy umierają, a jeszcze więcej gdy amerykańscy cudem nie padają.
Czy mamy też śmiać się, kiedy "wieśniak " za każdym trafieniem Niemca
ze snajperskiego karabinu mruczy psalm?
(Był w
PRL-u Żyd Stanisław Wohl, co prowadził w telewizji warszawskiej Klub Blagierów.
W latach 60-tych zrobił on film o leśniczym. Krytyk filmowy Gazda
skompromitował Wohla artykułem: "Blagierska psychologia ". Tytuł
artykułu pasuje także do tego Żyda.)
Przy końcu
filmu Spielberg potyka się znowu i depcze po tym, co zmajstrował i widać
podszewkę jego agitpropu. Jego kamery wracają do Narodowego Cmentarza
Arlington.
(Miejsce
odpowiadające jego nekrofilnej obsesji wybrał on za żydowskim sentymentalistą
Frankem Caprą, jako że zbijanie intresu na tragedii ich pobratymców jest
pospólnym ich plemieniu zajęciem od wieków. "Listę Schindlera "
zakończył on podobnie, makabryczną wycieczką do żydowskiego kirkutu.)
W scenie
skalkulowanej na "wyciskacza łez " dla najbardziej zahartowanych
amerykańskich weteranów wojny, albo legionistów, stary wiarus trzęsący się
na nogach
wykonuje tableau patriotyzmu, a kamery panoramują przez cmen-tarz i widzimy
tysiące krzyży znaczących groby tych biednych chłopców, któ-
rzy padli w
bratobójczej wojnie za oceanem. Spośród tych niezliczonych tysięcy tylko jeden
grób oznaczony jest gwiazdą Dawida.
Spielberg
ostentacyjnie reklamuje tę dysproporcję: kiedy "my Amerykanie "
idziemy na wojnę, to na tysiące gojów ginie tylko jeden Żyd. Wy, goje,
urodziliście się po to, by umrzeć za naszych pobratymców. Talmud uczy, że tylko
śmierć za Wybranych daje gojowi szansę oczyszczenia się z winy bycia gojem.
Śmierć goja jest chwalebna wtedy, kiedy jest ofiarą dla ocalenia chłopców wyznających
Yahwe i uchylających się od służby w U.S. Army.
HOMILIA
SPIELBERGA
Do następnej
generacji mięsa armatniego z Ameryki:
Hej,
dzieci! Nie bałamućcie się zanadto aurą punków i "refusenic-ów ". My
was potrzebujemy. Wcześniej czy później przyjdzie na was kolej umrzeć za
Wybranych w następnej, okrytej fałszywą glorią krucjacie przeciwko
"tyranii ". Może w Iraku, Iranie, Libii? Pokazuję ci krew i
zniszczenie, nie ukrywam przed tobą okropności wojny, ale wiedz synku, że
będziesz prawdziwym mężczyzną dopiero wtedy, kiedy ukatrupisz wrogów naszego
rządu "naszych " i świętego syjonizmu. Tymczasem zaś słodkich marzeń,
dzieci... Pejsaty misio, wujcio Stefcio Spielberg, "skarbnica żydowskiego
ciepła i mądrości ", przygotował dla was "patriotyczną "
prasówkę w ciemnicy. Pola rzezi czekają na was, wstrząśnijcie poduszeczki w
szpitalach, przygotujcie szczudełeczka i wózeczki inwalidzkie, wyfasujcie
"body-bags "...
_______________________________________
Michael A. Hoffman II. jest b.
reporterem
nowojorskiego
biura A.P. i redaktorem periodyku:
"Revisionist
History ".
Recenzja
ukazała się w "Washington Post "
w
pierwszych dniach dystrybucji filmu w USA.
Tłum. i
adaptacja z ang.
_______________________________
Przypominam
tą legendarną już recenzję Hoffman'a dlatego, bo w najbliższym czasie
europejscy "władcy" wysyłają
tym razem na B.W. otumanionych młodych Eurpejczyków po to by w kolejnym
podejściu ratowali "żydowskie mity" oraz, co jeszcze ważniejsze
zdaniem zapleczników europejskich watażków, przelewali krew za Izrael i jego armię, która jak się okazało nie jest już w
stanie zbombardowane o 20 lat do tyłu libańskie obszary przejąć pod swoją kontrolę, wszytko co faktycznie
osiągnęła to zniszczenie podstawowej infrastruktury, a więc wszystko to co jest
niezbędne do normalnego życia,- normalnych i niezaangażowanych w ten konflikt
Libańczyków! Ta europejska "straż pożarna" przybywa naturalnie pod "humanitarnym"
płaszczykiem oenzetowskiej Rady Bezpieczeństwa a właściwie,- NIEBEZPIECZENSTWA
!! Szczególnym "rodzynkiem" jest prośba israelskiego ministra
Olmert'a o przysłanie kontygentu żołnierzy Bundeswehr'y : "Zyczę sobie
niemieckich żołnierzy w Libanie. W tych dniach nie istnieje żaden inny naród,
który jest bardziej przyjazny Izraelowi jak Niemcy." (SZ, 4.8.2006, S. 1)
Niewyobrażalny cynizm czy też......?
:) Do tego komentarz
"Der Spiegel": "Ze swoją niezwykłą wypustką stawia prowadzący
wojnę premier jasno, że prawie 60 lat po wymordowaniu sześciu milionów Zydów
wszystkie skrupuły widocznie zanikły, ulotniły się (
"zmartwychwstały" :), t.v.r) ,
by móc pozdrowić nad swoją granicą wnuków i prawnuków Nazistów w
uniformach Bundeswehr'y." (Spiegel, 32/2006, S. 31).
Ponieważ
iraelska ludność czuje, że te bujdy o biblijnym "prawie" do Palestyny
prowadzą z wolna do katastrofy, przechodzi ta istniejąca skąpa wojownicza
odwaga w rodzaj mentalnej
ucieczki. Ale nawet w BRD coraz częściej odzywają się głosy, też w
springerowskich "gazetach", które z oburzeniem konstatują :
"Jedyną nauczkę, którą wyciągnął Israel z niepowodzenia w Libanie, jest
zastosowanie zwiększonego gwałtu (dokonywanie zbrodni, t.v.r.) : Gaza jest od
nowa okupowana, Liban w części zamieniony w pustynię, Syria i Iran
zagrożone.... Jego (Izraela) strategię.... nie da się zataić, wszystkie opcje się wyczerpały,- by
zapewnić
sobie bezpieczeństwo.... Od tego międzynarodowego kontyngentu ("straży pożarnej",t.v.r.) w
Libanie spodziewa się on (Israel)...... wolną rękę dla jego dalszych
jednostronnych poczynań w Gazie i Westbank, oraz międzynarodowego błogosławieństwa swojej uniteralnej
strategii. Biorąc pod uwagę te okoliczności, uszestnictwo w tych oddziałach
("straży pożarnej")
byłoby nieodpowiedzialne." (Christoph Bertram Welt, 8.8.2006, S.
6) Tjaa... to jak na razie jedna z
nielicznych rozsądnych wypowiedzi.
Do tej powyższej
należy jednak dołączyć wypowiedź naczelnego szefa beerdowskiej TV Peter'a
Voß'a, który powoli przygotowuje Niemców do przyjęcia Izraelczyków. W
"Presseclub" 30. lipca 2006 powiedział: "Nie wierzę, że Izrael
może się na dłużej tam utrzymać. Wierzę, że kiedyś przyjmiemy Izraelczyków
znowu w Europie." (SZ, 4.8.2006, S. 15). A Ilan Goren, reporter
telewizyjny pracujący dla izraelskiej stacji TV "Channel 10 News",
pisze między innymi w "Der Spiegel" :
"Okazało
się, że dobrze wyszkolona, mocno motywowana Hisbollah była w stanie zaatakować
z precyzją izraelskich żołnierzy i cywili. Natomiast armia izraelska, ani z
wyposażenia i taktyki, nie była w stanie tą wojnę w Libanie prowadzić. Niejasne
rozkazy wątpiącego cywilnego kierownictwa oraz niewystarczający przepływ
informacji w militarnych ośrodkach dowodzenia osłabiały dodatkowo efektywność
armi izraelskiej."
"Rezerwiści
nie wierzyli własnym oczom, jak zostali wyekwipowani w stary sprzęt czy też
musieli zaopatrzyć się w kamizelki kuloodporne i baterie na własny koszt. Ta
potężna izraelska armia okazała się bardzo słaba."
T.v.R.