RAPORT O WOJNIE W IRAKU

 

WSTĘP

9 kwietnia 2003 roku cały świat mógł na ekranach telewizyjnych oglądać mieszkańców Bagdadu, radośnie świętujących

zwycięstwo demokracji i obalających wielki posąg prezydenta Saddama Husajna, tego samego, który 40 lat temu

razem ze swoimi towarzyszami z Partii Baas sprawił krwawą łaźnię irackim komunistom. Widzimy uszczęśliwione

twarze Irakijczyków, czujemy namacalnie ich nienawiść do dyktatora, kiedy kopią i depczą obalony pomnik, skaczą po

nim i plują nań, ciągną po ziemi głowę „ściętego” tyrana. Być może jednak gdybyśmy obserwowali całe wydarzenie

z dalszej odległości, z górnego piętra jednego z pobliskich wieżowców, to zobaczylibyśmy coś innego: prawie pusty plac,

dochodzące do niego ulice zaryglowane przez czołgi, wokoło żołnierze amerykańscy czuwający, aby nikt nie zakłócił

manifestacji, obok posągu reporterzy telewizyjni z kamerami i wpuszczona na plac grupa ok. 100-200 Irakijczyków-emigrantów

z milicji Ahmada Chalabiego przywiezionych do Bagdadu. Cóż więc widzimy - spontaniczny wybuch entuzjazmu

wśród szerokich mas czy też pieczołowicie wyreżyserowane wydarzenie medialne?

Innym razem oglądamy na ekranach uwolnienie bohaterskiej szeregowiec Jessiki Lynch, ale czy była to sfilmowana

akcja wojskowa czy też film, w którym żołnierze amerykańscy wystąpili jako aktorzy odgrywający akcję wojskową

według wcześniej sporządzonego scenariusza? Czy odbijano jeńca, skoro, jak podejrzewają niektórzy, nie było już

w szpitalu uzbrojonych Irakijczyków, którzy więzili Jessicę Lynch,; a więc nie była ona jeńcem?

Prezydent Husajn miał broń masowego rażenia, musiał ją mieć, bo przecież ta wojna była po to, żeby go rozbroić.

Ale broni nie znaleziono, rozpłynęła się jak we mgle. Trwają jej intensywne poszukiwania, czy zatem wojnę prowadzono

po to, aby odnaleźć coś, co byłoby choćby trochę podobne do broni masowego rażenia i co by usprawiedliwiało ex

post decyzję o ataku? Może wojna była potrzebna, żeby zapobiec zniszczeniu broni masowego rażenia przez prezydenta

Husajna? A może prezydentowi Husajnowi udało się ją zniszczyć, zanim zajęto Irak, i tym sprytnym posunięciem pozbawił

prezydenta Busha szansy udowodnienia mu, że ją posiadał? Pojawiła się też hipoteza, że nie znaleziono broni

masowego rażenia dlatego, że jej nie było. Nie było, bo prezydent Husajn znany z tego, że, w przeciwieństwie do polityków

demokratycznych, stale zwodzi, oszukuje, nie dotrzymuje przyrzeczeń i kłamie, blefował udając sprytnie, że ma

broń masowego rażenia, aby odstraszyć Amerykanów. Stoimy teraz przed alternatywą: albo Amerykanie przejrzeli blef,

wiedzieli, że naprawdę Irak nie dysponuje bronią masowego rażenia i dlatego uderzyli, usprawiedliwiając propagandowo

swoją akcję blefem Husajna, albo też uwierzyli w blef, ale się nie przestraszyli i wkroczyli do Iraku. To by jednak

znaczyło, że Husajnowi udało się wprowadzić w błąd Amerykanów: prezydent Bush i jego służby wywiadowcze dały

się nabrać - Bush uwierzył, że Husajn ma broń masowego rażenia i uderzył, żeby go rozbroić. Husajnowi blef się udał,

bo przekonał Amerykanów, że posiada broń masowego rażenia, ale z drugiej strony jego blef był fatalnym błędem, bo

gdyby nie blefował, lecz powiedział prawdę, że nie ma broni masowego rażenia, to Ameryka nie zaatakowałaby Iraku

i uratowałby swój prezydencki urząd.

Przed wybuchem wojny wysoki rangą przedstawiciel rządu amerykańskiego oświadczył, że Irak posiada broń

masowego rażenia, ale nie jest w stanie jej użyć. Ktoś posiada zatem coś, co może razić innych, ale ponieważ nie jest

w stanie tego użyć, to jednak razić innych nie może. Zatem zagraża on pokojowi na świecie a zarazem nie zagraża. Jeden

z generałów sił pokojowych w Iraku stwierdził, że broni masowego rażenia nie było, ale były plany jej użycia. Czy jednak

planuje się użycie czegoś, czego nie ma? Czy plan użycia czegoś, czego nie ma, jest zagrożeniem czy też nie jest?

Mnożą się wątpliwości i pytania, normalne kategorie logiczne zawodzą, językowe przyzwyczajenia nie odpowiadają

sytuacji, czasami wydaje się, ze łańcuch przyczynowo-skutkowy jest rozerwany lub nawet odwrócony, co każe niektórym

przypuszczać, że Stany Zjednoczone chciały koniecznie pójść na wojnę z Irakiem, ponieważ potrzebowały jakiegoś kraju,

z którym mogłyby pójść na wojnę. Mówi się o „wojnie prewencyjnej” i „wyprzedzającym uderzeniu” co przypomina

sytuację z filmu Raport mniejszości - zło jeszcze nie zostało popełnione, zagrożenie jeszcze się nie uformowało, ale przewidujemy,

że stanie się to w przyszłości. Uprzedzamy zło zmieniając przyszłość, a zatem nigdy nie dowiemy się, czy zło

zostałoby popełnione i czy zagrożenie stałoby się rzeczywistością.

Jeden z urzędników amerykańskich użył nawet terminu „wyprzedzający odwet”: mamy odwet, chociaż jeszcze nie

było ataku, mamy karę, choć karalny czyn jeszcze nie nastąpił. Zgodnie z dotychczas obowiązującym językiem, odwet

jest skutkiem czyjegoś ataku, jest odpowiedzią, reakcją na czyjąś akcję; tu mamy odwet bez uprzedniego ataku, odpowiedź

na niezadane „pytanie”, reakcję, która obywa się bez wcześniejszej akcji. Zakłócone zostają relacje przyczynowoskutkowe,

pojawiają się nowe reguły epistemologii, rozchwiewa się ontologiczna „twardość” bytów.

Wielokrotnie bombardowany był bunkier prezydenta Saddama Husajna, potem okazało się, że w tym miejscu najprawdopodobniej

bunkra nie było. Ale czy może nie istnieć cel, który został zbombardowany? Być może ten bunkier nie istniał

w sposób samoistny, a tylko bombardowanie niejako ex post nadało mu egzystencję, lecz jednak egzystencję słabą, niepewną,

chwiejną. Wielu zadawało sobie pytanie; czy Bagdad został zdobyty czy też poddany? Może jednak został zarówno

zdobyty, jak i poddany? Słyszeliśmy, że wielu żołnierzy amerykańskich i brytyjskich nie poniosło śmierci w wyniku

ognia nieprzyjacielskiego, lecz ognia „przyjacielskiego”. Cóż to jednak oznacza czy żołnierze są tak źle wyszkoleni, że

strzelają do swoich kolegów, czy też są tak doskonale wyszkoleni, że wróg nie może ich zabić i zginąć mogą jedynie z ręki

kolegów? Pytania te można mnożyć, poznawcza niepewność obejmuje praktycznie wszystko, co mogliśmy i możemy nadal

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - WSTĘP

2

zobaczyć. Wszak wojna, która nie była wojną trwa, mimo iż ogłoszono, że została zakończona. Ale co właściwie zostało

zakończone? Nie była to wojna w sensie prawno-międzynarodowym, ani też w sensie realnym - budżet wojskowy USA

jest 400 razy większy niż budżet wojskowy Iraku, asymetria sił była tak olbrzymia, że trudno tu mówić o wojnie, różnica

w systemach broni była taka jak w walce Zulusów z Brytyjczykami lub Burami: dzidy i łuki kontra broń palna. Załóżmy,

że „wojna” miała koniec, a zatem chyba i początek? Ale kiedy był ten początek? Może jest tak, że wojna ma początek

i koniec, ale to, co mieści się pomiędzy początkiem i końcem nie jest wojną? A może jest to „wojna”, która nie ma

ani początku, ani końca? Ogłoszono zwycięstwo, ale na czym polega to zwycięstwo, skoro „wojna” trwa nadal? Nie

mamy ani „pokoju”, ani „wojny”, ani „zwycięstwa”, ani „klęski”. Widzimy prezydenta Husajna, ale nie wiemy czy

to prezydent Husajn czy jego sobowtór - aktor odgrywający rolę prezydenta; nie wiemy czy filmowy obraz prezydenta

w otoczeniu najbliższych współpracowników został nakręcony wczoraj czy może pół roku wcześniej, może

prezydent dawno nie żyje, ale widzimy go na ekranie tak jakby żył, słyszymy głos z taśmy - ale czy to głos prezydenta

Hussajna czy aktora, który znakomicie naśladuje jego głos? Ten głos dobiega do nas z taśmy jak głos ducha na

seansie spirytystycznym, bo nie wiemy, czy prezydent Husajn żyje czy nie żyje. Jest tak jakby pół-żywy, pół-martwy.

A co z jego sobowtórami? Czy żyją czy nie żyją? Może, jak znakomicie ujął całą sytuację polski rysownik, nie

obalono pomnika Saddama Husajna, ale pomnik jego sobowtóra? Z pewnością ex-prezydent Husajn żyje, ale żyje

w świecie wirtualnym. Dołączył do Osamy Ben Ladena i obaj przebywają jako zjawy o niejasnym statusie ontologicznym

w nieokreślonej strefie pomiędzy medialną iluzją a rzeczywistością, a raczej w medialnej rzeczywistości,

która zdaje się być jedyną dostępną nam rzeczywistością. Nie są żywymi ludźmi, ale symbolicznymi personifikacjami

Zła, medialnymi i geopolitycznymi konwencjami pozbawionymi ontologicznej treści. Zajmują oni odwrócone

miejsce w łańcuchu przyczynowo-skutkowym: najpierw podjęta zostaje decyzja o interwencji w jakimś kraju,

a następnie do tego kraju przemieszcza się Ben Laden lub Saddam Husajn, co sprawia, że interwencja jest usprawiedliwiona.

Właściwie wszystko, co wiemy o wojnie jest jakby pomiędzy, wszystko jest zmieszane, niejasne, trudno uchwytne,

żyjemy w świecie, w którym, jak pisał Guy Debord, każdy spiskowiec jest agentem a każdy agent spiskowcem, w jedną

„breję” zlewają się informacja, dezinformacja i propaganda, prawda i kłamstwo jako elementy wojny psychologicznej,

„strategiczne oszustwo” będące mieszanką prawdziwego kłamstwa i kłamliwej prawdy. Czegóż możemy być pewni w

sytuacji, kiedy obraz wojny tworzony jest przez specjalistów od (dez)informacji, menedżerów percepcji, kontrolerów

epistemologii, właścicieli środków produkcji prawdy, administratorów obrazów i słów?

Poznawcza niepewność, która towarzyszy nam, kiedy próbujemy dowiedzieć się, co naprawdę się działo i co nadal

się dzieje w Iraku, z konieczności ogarnia nas także wówczas, kiedy usiłujemy dociec, jakie były przyczyny i cele „wojny”.

Jak rozróżnić pomiędzy celami zasadniczymi a drugo i trzeciorzędnymi, jak rozróżnić świadomie założone cele od

ubocznych lub nieprzewidzianych skutków, które ex post uznaje się za właściwe cele? Trudno ogarnąć rwący strumień

komentarzy, spekulacji, domysłów i hipotez.

Uważa się na przykład, że wojnę wywołali chciwi amerykańscy nafciarze albo Pentagon, żeby móc testować nowe

systemy broni i uzasadniać zwiększone wydatki na wojsko. Dramatyczne pytanie zadane przez b. sekretarza stanu Madeleine

Albright „mamy najwspanialszą armię na świecie, ale co ona ma robić?”, znalazło prostą odpowiedź „jak to co?,

Toczyć wojny”. Rzecz jasna trzeba mieć z kim toczyć wojny, a znalezienie tego kogoś nie jest wcale proste. Już w 1991

roku zdawał sobie z tego sprawę Colin Powell, kiedy ostrzegał: „Think hard about it. I`m running out of demons. I`am

runnig out of villains” (cyt. za: David N.Gibbs „Washington`s New Interventionism: US Hegemony and Inter Imperialist

Rivalries”, „Monthly Review” wrzesień 2001). Kiedy ma zajęcie armia, znika groźba bezrobocia w sektorze zbrojeniowym,

w którym pracuje kilka procent obywateli amerykańskich (szacuje się, że w branżach i sektorach związanych lub

orientujących się na przemysł zbrojeniowy pracuje prawie 30% siły roboczej w USA).

Są tacy, którzy twierdzą, że prezydent Bush poszedł na wojnę, żeby odwrócić uwagę społeczeństwa od rozmaitych problemów

wewnętrznych. Według innych to spece od politycznego marketingu wymyślili wojnę, żeby pomogła Republikanom

i prezydentowi w wyborach. Pisarz Kurt Vonnegut wysunął przypuszczenie, że chodziło o wielkie wydarzenie medialne

i dostarczenie masom rozrywki - zatem wojna jako „reality show”. Zdaniem innego pisarza Normana Mailera wojna ma

służyć jako środek moralnej odnowy, tak jak ją sobie wyobrażają środowiska prawicy amerykańskiej. Chodziłoby zatem

o wytworzenie „jedności moralno-politycznej narodu”, zagrożonej przez hedonizm, przez partykularyzm grup etnicznych

i rasowych. Są tacy, którzy podejrzewają, że chodzi o przesunięcie środków w budżecie z wydatków socjalnych na wojskowe,

bo według republikańskiej prawicy wydatki socjalne demoralizują społeczeństwo. Inni uważają, że to wojna religijna

i ideologiczna. Jeszcze inni, że za wybuch wojny odpowiedzialna jest wrodzona, genetycznie uwarunkowana agresywność

i brutalność Anglosasów, którzy co jakiś czas „muszą rzucić jakimś państwem o mur”. Wskazuje się

na wpływową grupę neokonserwatystów będącą czołową siłą „partii wojny” - dla nich każda wojna prowadzona

przez USA jest dobra, bo wtedy wzrasta popyt na ich usługi, gdyż cieszą się dużym uznaniem jako propagandyści

i intelektualiści potrafiący bardzo umiejętnie uzasadniać słuszność i celowość każdej wojny.

Niektórzy komentatorzy mówią o „teatralnym militarnym show”, o pokazie siły, który ma wywołać „szok

i przerażenie” u potencjalnych rywali i u poddanych światowego imperium, o wysłaniu ostrzegawczego sygnału do

wszystkich, którzy chcieliby się sprzeciwić woli globalnego suwerena. Są tacy, którzy doszukują się źródeł decyzji

o wojnie w psychologicznych relacjach ojciec - syn: syn chce udowodnić ojcu, że potrafi lepiej - tamten nie był na tyle zdecydowany,

żeby zająć Bagdad: Bush młodszy chce pokazać ojcu i całej rodzinie, że potrafi: „przyniosę Ci, my dear daddy,

skalp Saddama, żeby ci sprawić radość i abyś był ze mnie dumny”. Inni znowu twierdzą, że motywem była chęć zemsty:

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - WSTĘP

3

„Saddam chciał zabić mojego tatę”. Pojawiła się nawet teoria, że prezydent Bush, który miał w przeszłości problemy

z nadużywaniem alkoholu, ciągle walczy z tymi problemami, dlatego jego otoczenie stara się czymś go zająć, wciągnąć

w wir wydarzeń, aby nie powrócił do nałogu - wojna byłaby więc elementem terapii odwykowej.

Wszystkie te teorie - nieraz naiwne, nieraz zabawne i złośliwe, a niekiedy zapewne zawierające ziarno prawdy - nas

tutaj nie interesują, gdyż chcemy patrzeć na wojnę w Iraku poprzez pryzmat „absolutnej” geopolityki, geostrategii i geoekonomii,

pozostawiając na boku kwestie ideologiczne, psychologiczne, wewnątrzpolityczne, społeczne etc. Przyjęta przez

nas perspektywa wyklucza, rzecz jasna, akceptację przyczyn i celów wojny wymienianych publicznie przez prezydenta

Busha i jego współpracowników. Gdybyśmy je bowiem zaakceptowali, zmuszeni bylibyśmy w konsekwencji uznać prezydenta

Busha, wiceprezydenta Cheney`a, sekretarza obrony Rumsfelda, sekretarza stanu Powella za durniów, „oszołomów”

i nieodpowiedzialnych żółtodziobów całkowicie pozbawionych politycznych kwalifikacji do sprawowania władzy. Ponieważ

jednak uważamy, że są to doświadczeni, odpowiedzialni, inteligentni politycy, to musimy wykluczyć, że chodziło im

o likwidację irackiego arsenału broni masowego rażenia zagrażającej Stanom Zjednoczonym, o obalenie tyrana

i wyzwolenie spod jego władzy ludu irackiego, o udzielenie Irakijczykom błogosławieństwa takich wartości jak „wolność”,

„demokracja”, „prawa człowieka” itp.

Jest sprawą oczywistą, że Irak nie posiadał broni masowego rażenia, a nawet, jeśli jakimiś jej zasobami dysponował,

to i tak nie był w stanie jej użyć. Gdyby było inaczej, to czy tak odpowiedzialny polityk jak prezydent Bush zdecydowałby

się na atak? Oczywiście, że nie. Przy podejmowaniu decyzji o wojnie prezydent Bush musiał zakładać, że Irak broni masowego

rażenia nie posiada. Gdyby był przekonany, że Irak dysponuje bronią masowego rażenia, której rzeczywiście jest

w stanie użyć, to oznaczałoby to, że życie tysięcy lub nawet dziesiątków tysięcy żołnierzy amerykańskich jest mu obojętne,

że nie liczy się z możliwością ogromnych strat w ludziach. Należało przecież spodziewać się, że właśnie w przypadku

rozpoczęcia wojny, prezydent Saddam Husajn, przyparty do ściany, zapędzony w ślepy róg, zdesperowany, zagrożony

utratą władzy a nawet śmiercią może zdecydować się na użycie broni masowego rażenia. Jest zatem sprawą oczywistą, że

prezydent Bush musiał posiadać informacje wywiadowcze mówiące jasno, że Irak nie posiada broni masowego rażenia.

Wolno zakładać, że jednym z powodów, dla których w 1991 roku prezydent Bush starszy postanowił nie zajmować Bagadadu,

była obawa, iż prezydent Saddam Husajn może dysponować bronią masowego rażenia i będzie w stanie jej użyć.

W 2003 roku taka obawa była bezpodstawna, dlatego doszło do działań wojennych, w wyniku ktrych Bagdad został

zajęty.

Decyzja o wojnie z Irakiem, państwem słabym, które w 2003 roku nie przedstawiało żadnego realnego niebezpieczeństwa,

nawet dla Kuwejtu, była jednak obciążona wielkim politycznym ryzykiem. Łatwo było przewidzieć koszty

polityczne: wzrost antyamerykańskich nastrojów na całym świecie, rozpad tzw. koalicji antyterrorystyczne spory,

konflikty itp. Do tego dochodzą koszty sfinansowania wojny, okupacji i odbudowy Iraku. Odpowiedzialny polityk taki

jak prezydent Bush nie ryzykowałby poniesienia takich kosztów politycznych i finansowych, gdyby nie bardzo istotne

powody geostrategiczne, geopolityczne i geoekonomiczne. Jest absurdem przypuszczać, że polityczne kierownictwo

Stanów Zjednoczonych poświęci życie własnych żołnierzy i wyda miliardy dolarów w imię ideologiczno-moralnych

chimer nazwanych „demokratyzacją”, „wyzwoleniem narodu irackiego”, „obaleniem tyrana”, „prawami człowieka” etc.

Takich wojen i interwencji Stany Zjednoczone nie toczą, gdyż są to wojny niesprawiedliwe. Wojna z Irakiem była wojną

sprawiedliwą właśnie dlatego, że jej celem nie było „obalenie tyrana”, „zaprowadzenie demokracji”, „wyzwolenie narodu

irackiego” itp. Była wojną sprawiedliwą, gdyż służyła osiągnięciu realnych, niezwykle ważnych celów politycznych.

Günter Grass w polemicznej furii nazwał prezydenta Busha politycznym psychopatą. Trudno doprawdy o większą

pomyłkę - prezydent Bush i pozostali członkowie kierownictwa politycznego USA to doświadczeni i odpowiedzialni

politycy, najwyższej klasy gracze polityczni: ich decyzję o wszczęciu wojny poprzedziły długie narady, chłodny

namysł i staranne, przeprowadzone na zimno kalkulacje. Jednak działając w politycznych ramach masowej demokracji

nie mogli oni publicznie wyjawić prawdziwych celów wojny, gdyż i tak nie zostałoby to zrozumiane przez tzw.

opinię publiczną, która nie potrafi postrzegać wojennego konfliktu jak tylko w kategoriach moralnych czyli walki

Dobra ze Złem. Dlatego fakt, że kierownictwo polityczne USA używa propagandy, która niewiele ma wspólnego

z rzeczywistością, nie powinien stać się okazją do formułowania moralnych oskarżeń pod jego adresem. Istotne jest

tylko to, żeby się nią nie sugerować, jeśli chce się dotrzeć prawdziwych powodów i celów wojny w Iraku (pośrednio

odczytać je możemy z książek, memorandów, raportów Zbigniewa Brzezińskiego, Richarda Perle`a, Paula Wolfowitza

i innych).

Dodajmy na marginesie, że ani prezydent Bush nie jest politycznym psychopatą jak sądzi autor Blaszanego bębenka,

ani politycznym psychopatą nie był (jest) prezydent Husajn. Twarde rządy Saddama Husajna, jego bezwzględne tłumienie

przejawów opozycji i buntu, oznacza, że nie kierowały nim irracjonalne motywy i samobójcze impulsy, lecz spotęgowana

wola utrzymania się przy władzy i dla realizacji tego celu racjonalnie dobierał środki odpowiednie dla sytuacji, w jakiej

się znajdował.

William A.Douglas w wydanej w 1972 roku i poświęconej powojennej polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych

książce Developing Democracy przytacza ujawnione po latach i dostępne dziś dla badaczy dokumenty pokazujące

wewnętrzne dyskusje w najwyższych kręgach władzy, podczas których debatowano, co i gdzie należy promować w

świecie - demokrację czy formy rządów autorytarnych. Tu widać jasno, jak mało zewnętrzna retoryka, oficjalna ideologia

i propaganda ważą przy podejmowaniu istotnych decyzji politycznych. George Kennan w studium planowania

politycznego Departamentu Stanu z 1948 roku pisał: „Musimy obywać się bez jakiegokolwiek sentymentalizmu, musimy

przestać myśleć o prawach człowieka, podnoszeniu standardu życia i demokratyzacji”, a przecież tenże sam Kennan

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - WSTĘP

4

i politycy czytający jego rady, kiedy występowali przed radiową czy telewizyjną publicznością, mówili właśnie o prawach

człowieka, demokratyzacji etc.

Prof. John Mearsheimer, doradca prezydentów Reagana i Busha seniora w książce The Tragedy of Great Power

Politics (Nowy Jork 2001) napisał: „Za zamkniętymi drzwiami, elity, które robią narodową politykę bezpieczeństwa,

mówią najczęściej językiem władzy a nie zasad, i Stany Zjednoczone działają w systemie międzynarodowym zgodnie

z tym, co dyktuje logika realizmu. W istocie, widoczna przepaść oddziela publiczną retorykę od rzeczywistego prowadzenia

amerykańskiej polityki zagranicznej”.

Niektórzy mają za złe sekretarzowi obrony Donaldowi Rumsfeldowi, że 20 lat temu w grudniu 1983 roku jako

specjalny wysłannik prezydenta Reagana przybył do Bogadadu, spotkał się z prezydentem Husajnem, wymienił

z nim przyjacielski uścisk dłoni i zapewnił go o przyjaźni USA i dalszym materialnym wsparciu dla Iraku, będącym

wówczas zaprzyjaźnionym państwem, kluczowym buforem i strategicznym atutem dla Stanów Zjednoczonych, które

wcale nie potępiły prezydenta Saddama Husajna za agresję na Iran, wręcz przeciwnie przez całe dziesięć lat wojny

pomagały mu na wszelkie możliwe sposoby. Oburzeni krytycy potępiają Donalda Rumsfelda za to, że kiedyś gawędził

sobie przyjaźnie z „rzeźnikiem z Bagdadu”, natomiast dziś na konferencjach prasowych i w wywiadach telewizyjnych

nie znajduje słów moralnego oburzenia dla irackiego tyrana. Możemy być jednak pewni: sekretarz stanu czyni

tak wyłącznie na konferencjach prasowych i w wywiadach telewizyjnych. Jest mu bowiem głęboko obojętne, czy

prezydent Husajn był tyranem, który zjadał troje dzieci na śniadanie. Ważne jest dlań tylko to, czy Saddam Husajn

przeszkadza czy też pomaga w realizacji ważnych celów politycznych Stanów Zjednoczonych. W 1983 roku pomagał,

w 2003 roku przeszkadzał - oto proste wyjaśnienie faktu, dlaczego w 1983 roku prezydent Husajn był „sojusznikiem”

a w 2003 roku - „wrogiem”

To właśnie niesamowita elastyczność elity politycznej USA, jej niesłychana wprost umiejętność czysto instrumentalnego

traktowania ideologiczno-propagandowych uzasadnień, jej posunięty do granic absolutnego cynizmu realizm

polityczny przewyższający znacznie „perfidię Albionu”, jej drapieżna bezwzględność i spotęgowana wola władzy, jej nie

mający sobie równych w dziejach świata makiawelizm, jej brak jakichkolwiek skrupułów przy desygnowaniu na wrogów

dawnych sojuszników i zawierania sojuszy z dawnymi wrogami, sprawiły, że odniosła tak ogromny polityczny sukces.

Dlatego też celem poniższej analizy nie jest oskarżanie amerykańskiej elity o stosowanie „podwójnych standardów”,

demaskowanie jej hipokryzji („Mówią Biblia, a myślą bawełna”) czy też dyktowany opozycyjną postawą wobec USA moralno-

polityczny atak na to państwo i jego polityczne kierownictwo. Problemy polityczne należy rozpatrywać na zimno

i bez uprzedzeń, a strategiczne cele i środki wielkiej polityki rozpatrywać „poza dobrem i złem” (jak to ktoś żartobliwie

ujął „Jenseits von Bush und Böse”).

Powiadają niektórzy, że na ścianach klas szkolnych w USA wisi Deklaracja Niepodległości, ale polityką kieruje

Makiawel. Wykazywanie, że istnieją spore różnice pomiędzy Deklaracją Niepodległości a realną polityką prowadzoną

przez USA, jest zajęciem całkowicie jałowym (co nie znaczy, że nie można traktować Deklaracji Niepodległości

jako znakomitego posunięcia polityczno-propagandowego, które było częścią realnej polityki). Dlatego przyjmujemy

zasadnicze formuły imperialne w erze masowej demokracji takimi jakie są: wróg to diabeł, interwencja wojskowa

i narzucenie przyjaznego rządu to wyzwolenie i odbudowa demokracji, inkorporowanie do swojej strefy wpływów to

przyłączenie do wolnego świata, akcja imperium jest zawsze reakcją na zagrożenie, każda interwencja imperium jest

działaniem w samoobronie, każdy atak imperium jest kontratakiem etc. Nie zamierzamy tracić czasu na rozważanie

czy owe formuły są „prawdziwe” czy też „nieprawdziwe”, nie interesują nas debaty nad tym, czy wojna była legalna

czy nielegalna, bo cóż po prawniczych dyskusjach i dyplomatycznych rytuałach, konsultacjach i negocjacjach, rezolucjach

i formalnych argumentach w sytuacji, kiedy globalny suweren już dawno podjął decyzję, ustalił dzień i godzinę

ataku oraz określił formę wojny i jej zasięg. Interesuje nas wyłącznie to, co Anglosasi nazywają „power politics”

a Niemcy „Machtpolitik” czyli w tym przypadku wielka planetarna strategia Waszyngtonu, której celem jest zdobycie

władzy nad światem (ustanowienie imperium światowego), celem, który jedynie skalą różni się od celów takich jak zdobycie

władzy nad Związkiem Działkowców czy nad powiatem złotoryjskim.

REWOLUCYJNI NEOKONSERWATYŚCI

CZYLI NOWA IMPERIALNA PRAWICA

Przy okazji wojny w Iraku w prasie amerykańskiej i światowej pojawiło się wiele komentarzy oraz artykułów na temat

środowiska neokonserwatystów tworzącego intelektualne zaplecze obecnego rządu USA. Neokonserwatyści, z których

kilkunastu otrzymało dość ważne stanowiska w instytucjach rządowych, uznawani są za najgorętszych zwolenników

obalenia siłą prezydenta Saddama Husajna, wojny z Irakiem i „rekonstrukcji” politycznej na Bliskim Wschodzie, do

czego namawiali rządzących Ameryką od wielu lat. Niewielu z nich popierało Busha w czasie prezydenckich prawyborów.

Wspierali senatora Johna McCaina do momentu, kiedy stało się jasne, że to Bush otrzyma nominację. Szczęśliwą

dla nich okazała się okoliczność, że jeden z ich politycznych patronów Richard Cheney jako wiceprezydent miał wolną

rękę w okresie przejściowym pomiędzy wyborami w listopadzie 2000 roku a objęciem urzędu przez Busha w styczniu

2001. Cheney wykorzystał sytuację, aby wprowadzić do administracji grono swoich neokonserwatywnych sojuszników.

Należą do nich m.in. zastępca sekretarza obrony Donalda Rumsfelda Paul Wolfowitz (pieszczotliwie nazywany przez

prezydenta „Wolfie”), szef gabinetu wiceprezydenta Cheney`a Lewis „Scooter” Libby (są tam też jego dwaj koledzy

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - REWOLUCYJNI NEOKONSERWATYŚCI CZYLI NOWA IMPERIALNA PRAWICA

5

Eric Edelman und John Hannah), odpowiedzialny za kontrolę zbrojeń w Departamencie Stanu John Bolton (Bolton jest

zdecydowanym przeciwnikiem jakiejkolwiek kontroli zbrojeń, oczywiście poza kontrolą zbrojeń Iraku, Iranu i innych

państw), asystent Boltona David Wurmser stojacy na czele wydziału spraw bliskowschodnich neokonserwatywnego

American Enterprise Institute (AEI), zastępca sekretarza stanu Richard Armitage, przewodniczący (do wiosny 2003

roku) działającego przy Departamencie Obrony Defense Policy Board Richard Perle, specjalny pełnomocnik prezydenta

do kontaktów z iracką opozycją Zalmay Khalizad, trzeci w kolejności urzędnik w Departamencie Obrony Douglas Feith,

specjalista od Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej pracujący dla Narodowej Rady Bezpieczeństwa Elliott Abrams, szef

specjalnej komórki wywiadowczej w Pentagonie powołanej przez „trojkę” Rumsfeld/Feith/Wolfowitz Abram Shulsky.

W Departamencie Obrony znaleźli się także neokonserwatyści Stephen Cambone, Peter Rodman, Dov Zackheim, Michael

Rubin.

Drugą grupą neokonserwatystów stanowią pisarze polityczni, komentatorzy, wykładowcy akademiccy, wydawcy, redaktorzy,

publicyści, dziennikarze oraz działacze i funkcjonariusze fundacji i innych instytucji - granice są tutaj zresztą

dość płynne i wielu neokonserwatystów porusza się pomiędzy sferą władzy politycznej a sferą idei politycznych. Najbardziej

znaczącą postacią jest William Kristol, redaktor naczelny „The Weekly Standard” najważniejszego organu prasowego

neokonserwatystów założonego przez Kristola i Richarda Perl`a, na założenie którego 10 mln dolarów wyłożył właściciel

medialnego koncernu News Corporation Rupent Murdoch, którego doradcą jest neokonserwatysta Irvin Stelzer. Murdoch

nazywany bywa niekiedy „finansowym ojcem chrzestnym” ruchu neokonserwatywnego. Wiliam Kristol - jeden

z przywódców neokonserwatywnego kręgu w Waszyngtonie zyskał pewien wpływ na prezydenta Busha, wiceprezydenta

Cheney`a i Donalda Rumsfelda (plotka glosi, że co tydzień 30 egzemplarzy „The Weekly Standard” idzie do biura wiceprezydenta).

Inni prominentni neokonserwatyści to: Charles Krauthammer - komentator “Washigton Post”, „Time`a“

i „The Weekly Standard“, Joshua Muravchik, George Will, David Frum (ten, który wymyślił „oś zła”), Robert Kagan,

John Podhoretz, Morton Kondracke, Daniel Pipes, William Safire, Michael Novak, Francis Fukuyama, Bob McManus,

Henry Sokolski, Victor Gilinski, Thomas Donelly, Michael Ledeen, Max Boot, pisarka polityczna Ann Coulter, pisarz

religijno-polityczny, wydawca pisma „First Things. Journal of Religion and Public Life” ojciec Richard John Neuhaus

nazywany przez kolegów „teocon” (w dawnych czasach pisał przemówienia dla M.L.Kinga), William Bennett, Martin Peretz,

Neal Kozodoy, Leon Wieselter, Stephen Schwartz (ex-trockista związany z Foundation for the Defence of Democracies),

Eliot Cohen (w grudniu 2002 roku ogłosił na łamach „Wall Street Journal”, że Afganistan stanowi jeden z frontów

IV. wojny światowej), były żołnierz armii izraelskiej, publicysta i powieściopisarz Mark Helprin mocno zangazowany

w sprawy obronności i bezpieczeństwa, Adrian Zackheim (w 1995 roku wydał Odnowić Amerykę Newta Gingricha),

Jonah Goldberg z „National Review”- jego matka Lucianne Goldberg, agentka literacka, publicystka

pisząca w „National Review”, ghostwriterka (napisała wspomnienia agenta FBI Gary Aldricha) to seniorka ruchu

neokonserwatywnego, która najpierw popierała Lyndona Johnsona, potem w 1972 szpiegowała dla Nixona

w sztabie McGoverna, inkasując 1000 dolarów tygodniowo, a w ostatnich latach stała się jedną z centralnych postaci

afery Clinton - Lewinsky, doradzając Lindzie Tripp w operacji nagrywania jej rozmów telefonicznych z Moniką

Lewinsky. Zapytana raz o neokonserwatystów odpowiedziała: „Ma pan na myśli ludzi, którzy lubią zabijać ludzi

i łamać meble. To ja!”

Frank Gaffney kierujący neokonserwatywnym Center for Security Policy (CSP) pisze dla „Washington Times”

- ta gazeta, w której neokonserwatyści raczej dominują, należy do czcigodnego Sun Myung Moona będącego

również właścicielem agencji informacyjnej UPI. UPI jest obecnie kierowana przez Johna O’Sullivana, niegdyś

autora przemówień dla Margaret Thatcher, który pracował jako wydawca dla kanadyjskiego magnata prasowego

lorda Conrada Blacka, do którego w latach 90. należało ponad 50% wszystkich kanadyjskich gazet. Neokonserwatysta

Black, członek Institute for Strategic Studies, Hudson Institute i założonego przez Margaret Tatcher Centre

for Policy Studies jest sponsorem innego pisma kontrolowanego przez neokonserwatystów „The National

Interest” i właścicielem trzeciego największego imperium prasowego na świecie Hollinger International, Inc.,

w skład którego wchodzą m.in.: konserwatywne „Daily Telegraph” „Sunday Telegraph”, „The Spectator”, pro-Likudowski

„Jerusalem Post” i „International Jerusalem Post” (w zarządzie Hollingera zasiada Richard Perle). Neokonserwatyści

należą do czołowych komentatorów politycznych „Wall Street Journal” (ze względu na swoje gorące poparcie dla wojny

w Iraku nazywanego niekiedy „War Street Journal”), kontrolują „New Republic”, nadają ton w „The American Spectator”

i w “National Review” Williama Buckley`a, dominują na kanale telewizyjnym FoxNews należącym do sieci Fox Ruperta

Murdocha. Również nowy dziennik „New York Sun” jest neokonserwatywną gazetą, którą wydają i redagują Ira Stoll

i Seth Lipsky (20 milionów dolarów wyłożył na nią Conrad Black). Warto też zwrócić uwagę na takie postaci jak agentka

teatralna i publicystyczna Eleana Benador, do której klientów należą neokonserwatyści Daniel Pipes, Richard Perle, James

Woolsey, Max Boot. Inną ważną z punktu widzenia PR jest agencja reklamowa prowadzona przez Glenna Hartley`a

i Lynn Chu, do której klientów należa neokonserwatyści David Brooks, Max Boot, Robert Kagan, Migde Decter.

Neokonserwatyści nie są szerokim ruchem politycznym, ale stosunkowo wąskim acz wyjątkowo prężnym środowiskiem

intelektualno-politycznym opartym na mocnych związkach polityczno-towarzysko-rodzinnymi. Ojcem - założycielem

neokonserwatyzmu jest Irving Kristol, wywodzący się jeszcze z przedwojennych środowisk trockistowskich (Kristol

i jego żona Gertruda Himmelfarb byli we frakcji shermanitów nazywanej tak od partyjnego pseudonimu Hermana Phillipa

Selznicka urodzonego jako Phillip Szechter). Brał udział we wspieranej przez CIA wojnie kulturalnej przeciw ZSRR we

wczesnych latach Zimnej Wojny (Kongres na rzecz Wolności Kultury), popierał wojnę w Wietnamie. To on zdefiniował

główne wątki myśli neokonserwatywnej. Również Gertrude Himmelfarb miała istotny wpływ na rozwój ideologii neokon-

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - REWOLUCYJNI NEOKONSERWATYŚCI CZYLI NOWA IMPERIALNA PRAWICA

6

serwatywnej. William Kristol jest ich synem. Irving Kristol wpłynął mocno na Richarda Perle`a, odgrywającego istotną rolę

w głównym neokonserwatywnym think-tanku American Enterprise Institute (AEI). Innym mentorem Perle`a, jak również

Paula Wolfowitza i Jamesa Woolsey`a (b.dyrektora CIA), był ex-trockista i matematyk Albert Wohlstetter (zm.1997), który

stał się strategiem nuklearnym i jednym z twórców doktryny nuklearnej USA. Wohlstetter był współzałożycielem RAND

Corporation i wykładał na kilku uniwersytetach. Zięciem Wohlstettera jest Richard Perle. Wohstetter pomógł swojemu

zięciowi i jego koledze Wolfowitzowi w starcie w Waszyngtonie. Wohlstetter przedstawił Perle`a demokratycznemu senatorowi

Henry „Scoop” Jacksonowi, twardemu „cold warrior”. Woolsey (który określa sam siebie jako Demokratę w typie

„Scoopa” Jacksona), poznał Wohlstettera w 1980 roku, kiedy obaj brali udział w jednej z grup dyskusyjnych w Pentagonie.

Innymi protegowanymi Wohlstettera byli Zalmay Khalilzad i Ahmad Chalabi kierujący iracką emigracyjną opozycją antyhusajnowską.

O Wohlstetterze Woolsey powiedział, że jest kluczem do myślenia jego, Perl`a i Wolfowitza. Perle, Wolfowitz

i Woolsey są od dawna bliskimi przyjaciółmi i sąsiadami w Chevy Chale (Maryland). Wspólpracowali w Pentagonie, zasiadali

razem w najrozmaitszych radach, komitetach i komisjach, i brali udział w tych samych konferencjach. Protegowanym

Perle`a jest Douglas Feith, który współpracował z nim w administracji Reagana. Kenneth Adelman, były urzędnik

w administracji Forda i Reagana, przyjaciel Perle`a, Wolfowitza i Woolsey`a, jest w bliskich stosunkach z Cheney`em i

Rumsfeldem. Cheneyowie i Adelmanowie co roku wspólnie obchodzą rocznice ślubu. Długoletni współpracownik Perl`a

filozof i historyk idei Michael Ledeen z AEI ma za żonę Barbarę Ledeen, założycielkę i prezeskę Independent Women’s

Forum (IWF), która odgrywa ważną rolę w republikańskim przywództwie w Kongresie. Lynne Cheney, żona wiceprezydenta

Cheney`a należy do zarządu AEI. Doradcą Cheney`a w kwestiach narodowego bezpieczeństwa jest Victoria Nuland

- żona Roberta Kagana, głównego towarzysza broni Williama Kristola. Ojciec Roberta Kagana prof. Donald Kagan, jest

hisorykiem w Yale, który w latach 70. dokonał konwersji z liberalnego Demokraty na twardego neokonserwatystę. W

czasie wyborów prezydenckich 2000 roku Donald Kagan i jego syn Frederick opublikowali tekst „Dlaczego Ameryka

śpi” - mocne wezwanie do wzrostu wydatków na zbrojenia (oprócz Donalda Kagana trzeba wymienić jeszcze dwóch

ważnych profesorów politologa Aarona Friedberga i historyka Freda Siegela). Elliott Abrams współpracował ściśle z

Robertem Kaganem już w erze Reagana. Abrams jest zięciem Normana Podhoretza, długoletniego redaktora naczelnego

wpływowego neokonserwatywnego pisma „Commentary” wydawanego przez American Jewish Comittee (Elliot Cohen,

który założył „Commentary” w 1946 roku był w latach 30. trockistą). Również żona Normana Podhoretza Midge Decter

jest ważną postacią w środowisku neokonserwatywnym. Norman Podhoretz, podobnie jak Irving Kristol stał u narodzin

neokonserwatyzmu na przełomie lat 60. i 70. Podhoretz jest nie tylko teściem Abramsa, ale również ojcem Johna

Podhoretza, komentatora z pisma „New York Post” (własność Ruperta Murdocha) i częstego gościa na kanale Fox News

(własność Ruperta Murdocha), który propaguje wersję neokonserwatyzmu dostosowaną do intelektualnego poziomu publiczności

telewizyjnej.

Jako redaktor „Commentary” Norman Podhoretz publikował przez ponad 30 lat na łamach pisma wschodzące

gwiazdy ruchu neokonserwatywnego. Jego protegowanymi są m.in. była amabsador przy ONZ Jeane Kirkpatrick

i Richard Pipes, doradca Reagana w sprawach „Imperium Zła”. Synem Richarda jest Daniel Pipes, autor książki o teoriach

spiskowych, który podobnie jak ojciec zwalcza nowe „Imperium Zła” pod postacią wojującego islamu. W 2002 roku

Norman Podhoretz otrzymał przyznawaną przez American Enterprise Institute nagrodę Irvinga Kristola, co było swego

rodzaju symbolem jedności dwóch pokoleń neokonserwatystów. Opisaliśmy tutaj tylko niewielki wycinek towarzyskorodzinno-

politycznych powiązań i koneksji w środowisku neokonserwatywnym, ale i on pozwala dostrzec, że siłą tego

środowiska jest zwartość i lojalność, które cementują stworzony przez nie „network of power”.

Mocna pozycja neokonserwatystów w obecnej administracji, ich wieloletnie działania polityczno-propagandowe

na rzecz wojny z Irakiem spowodowały, że zaczęto wobec nich wysuwać najrozmaitsze zarzuty i oskarżenia. Jednym

z często spotykanych jest zarzut „rewolucjonizmu” połączony niekiedy ze wskazywaniem na trockistowskie czy szerzej

lewicowe korzenie szczególnie pierwszego pokolenia neokonserwatystów. Na łamach „New Statesman” brytyjski filozof

polityczny John Gray uznał ich wręcz za „kierujących się utopijną ideologią jakobinów”. Podobnie Claes G.Ryn opisując

ideologię amerykańskiego imperium w książce Cnotliwa Ameryka. Kryzys demokracji i poszukiwanie imperium (2003)

nazwał neokonserwatystów „neojakobinami”. Zarzuty te są całkowicie nietrafne. W przypadku neokonserwatystów

mamy bowiem do czynienia z bardzo elastycznym pod względem ideowym środowiskiem, do którego należą zaprawieni

w bojach weterani frakcyjnych i koteryjnych walk politycznych i ideologicznych, znawcy waszyngtońskich układów,

bywalcy salonów politycznych, wytrawni gracze polityczni, którzy dobrze poznali korytarze władzy, jej gabinety i jej

zamknięte konwentykle, doświadczeni organizatorzy medialnych kampanii, ludzie znakomicie poruszający się w „szarej

strefie” pomiędzy Pentagonem, służbami specjalnymi i kompleksem zbrojeniowym. Jeden z najbardziej wpływowych

neokonserwatystów nazywany „księciem ciemności” i „Oberjastrzębiem” Richard Perle to weteran waszyngtońskiej

polityki, o którym tygodnik „Die Zeit” napisał, że „uprawia dyplomację z pistoletem przyłożonym do głowy”. Perle

mający opinię człowieka o wielkiej wiedzy, niezwykle gościnnego, hojnego, oddanego i lojalnego wobec przyjaciół i

kolegów jest wraz z Henry Kissingerem i Geraldem Paulem Hillmanem współwłaścicielem spółki Trireme Partners

LP, która inwestuje w firmy pracujące na rzecz „bezpieczeństwa wewnętrznego” i obronności, otrzymujące rządowe

kontrakty w ramach „zwalczania terroryzmu”. Wcześniej Perle związany był z inną firmą pracującą na rzecz obronności

Abbington Associates i promował sprzedaż amerykańskiej oraz izraelskiej broni do Turcji. Był też wysoko opłacanym

konsultantem firmy zbrojeniowej, która kierował jego kolega Douglas Feith (obecnie w Departamencie Obrony). Szefuje

jednemu z wydziałów w Hollinger Corporation Conrada Blacka. Jego dobrym znajomym i partnerem w interesach jest

znany saudyjski multimilioner i handlarz bronią Adnan Kashoggi, który odegrał pewną rolę w operacji Iran - kontras.

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - REWOLUCYJNI NEOKONSERWATYŚCI CZYLI NOWA IMPERIALNA PRAWICA

7

W styczniu 2002 roku Perle spotkał się w Marsylii z Kashoggim i urodzonym w Iraku saudyjskim biznesmenem Harbem

Zuhairem, którzy mieli pozyskać dla Trireme Partners LP 100 milionów dolarów od saudyjskich książąt i byznesmenów

na inwestycje. Ten splot osobisto-byznesowych, politycznych i ideologicznych wątków u Perle`a z pewnością nie czyni

z niego „jakobina”.

Przypomnijmy, że Richard Armitage i Elliot Abrams należeli do uczestników operacji Iran - kontras. Abrams współpracował

ściśle z generałem Secordem i pułkownikiem Oliverem Northem w Ameryce Środkowej i był pośrednikiem

w kontaktach z siatkami izraelskich przemytników broni. Podobnie Michael Ledeen, który pomagał „dopiąć” deal organizując

spotkania pomiędzy handlarzami bronią i Izraelem (irański handlarz bronią, były agent tajnej policji szacha

SAVAK mający doskonałe kontakty z wywiadem izraelskim Manichur Ghorbanifar pozostał do dziś jego dobrym kolegą).

Były dyrektor CIA James Woolsey pracował dla dwóch rządów republikańskich i dwóch demokratycznych. Lewis

„Scooter” Libby przez 18 lat był osobistym prawnikiem Marka Richa amerykańsko-żydowskiego odpowiednika Felixa

Krulla z powieści Tomasza Manna. To Lewis Libby oraz finansista - milioner Michael Steinhardt, sponsor Demokratów,

który stał przez pewien czas na czele Democratic Leadership Council i Progressive Policy Institute, oraz partner Richa

w skomplikowanych inwestycyjno-finansowych operacjach aktywnie i skutecznie działali na rzecz ułaskawienia Richa

(ostatecznie ułaskawiony przez prezydenta Clintona Rich uciekł przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości za granicę

i skazany został in absentia za oszustwa podatkowe i „handlowanie bronią z wrogiem” czyli z Iranem pod rządami

ajatollaha Chomeiniego).

W świetle powyższego jest rzeczą dość śmieszną oskarżanie insiderów w rodzaju Perle`a, Armitage`a, Abramsa, Woolsey`a

czy Lewisa Libby`ego o „utopijny jakobinizm”. Twierdzenie, że Wolfowitz czy Ledeen, nie wspominając już o sympatyzujących

z koncepcjami neokonserwatystów Cheney`u czy Rumsfeldzie, czyli ludzie od lat stykający się z realnymi dylematami

władzy i polityki, mogą się kierować jakimś naiwnym rewolucjonizmem, jest niepoważne. Paul Wolfowitz, który zaczynał

karierę polityczną pod koniec lat 60., działał w administracji Forda, Cartera, Reagana i Busha seniora, zarobił

w ostatnich latach 300 000 dolarów od Hughes Electronics, 247 000 jako profesor i dziekan na John Hopkins University,

jako ekspert od spraw obronności otrzymał 55000 występując w Hudson Institute, Heritage Foundation, Syracuse

University, J. P. Morgan. Jako płatny konsultant pracował dla firmy naftowej BP Amoco, dla zbrojeniowego giganta

Northrop Grumman, dla The Limited Service Corporation, zasiadał w kierowniczych gremiach Hasbro i kompanii

usług finansowych Dreyfus - w sumie 130 000 dolarów (w Hasbro ma 250 000 dolarów odłożonej rekompensaty).

Świadczy to raczej o jego rozwadze, dalekowzroczności i twardym stąpaniu po ziemi niż o młodzieńczym niedojrzałym

radykalizmie napędzanym przez myślenie utopijne. To samo można powiedzieć o innych neokonserwatywnych

osobistościach, które zarabiają rocznie po kilkaset tysięcy dolarów i zawsze mogą skutecznie starać się o więcej

u fundacji typu John M.Olin Foundation czy Harry and Linde Bradley Foundation. Rocznie od filantropijnych fundacji

wspierających prawicę neokonserwatyści zbierają ponad 30 milionów dolarów. I to mają być „intelektualiści-rewolucjoniści”,

jak ich określa Gray? Warto tu przypomnieć, że wypromowany przez neokonserwatystów nieżyjący

już Allan Bloom, autor Umysłu zamkniętego otrzymał od Olin Foundation granty w wysokości trzech milionów

dolarów. Allana Blooma opisal w swojej powieści z kluczem Ravelstein Saul Bellow, którego syn Adam zwiazał się

z prawicą, był redaktorem w nieistniejącym już neokonserwatywnym wydawnictwie Free Press. Obecnie jest redaktorem

w wydawnictwie Doubleday, gdzie ostatnio rekomendował do publikacji książkę neokonserwatysty Stephena

Schwartza Dwie twarze islamu. Schwartz kiedyś członek młodzieżowej grupy trockistowskiej nazywający

się „towarzysz Sandalio” jest dziś ostrym krytykiem islamu, choć, jak twierdzą lubiący szperać w biografiach, był

w jego życiu okres, kiedy podawał się za muzułmanina i nazywał się Sulejman Ahmad. Dzisiaj Schwartz określa się jako

„New age`owy prawicowiec”.

Godny uwagi jest skład Defence Policy Bard (DPB), którego Richard Perle był przewodniczącym, gdyż silne związki

z establishmentem wojskowym i byznesem zbrojeniowym to jedno ze źródeł siły politycznej neokonserwatystów. W DPB

debatuje się nad długofalowymi celami polityki obronnej, również nad tym, jakie nowe typy broni mają być rozwijane i

stosowane przez Pentagon. Perle uplasował w DPB swojego partnera w interesach biznesmena Gerarda Paula Hillmana

jak i swoich dwóch neokonserwatywnych przyjaciół Jamesa Woolsey`a i Kennetha Adelmana. Innymi członkami DPB

są: działacz Partii Republikańskiej i sojusznik neokonserwatystów Newt Gingrich, b.wiceprezydent Dan Quayle (pracował

dla niego w okresie wiceprezydentury William Kristol), byli sekretarze obrony Harold Brown, James R.Schlesiger i

Henry Kissinger (członek międzynarodowej rady programowej firmy Hollinger Inc., Conrada Blacka, z którą związany

jest Perle). Z 30 członków DPB co najmniej dziewięciu ma związki z firmami, które w 2001 i 2002 zdobyły kontrakty

z Pentagonem w wysokości ponad 76 miliardów dolarów. Są tu reprezentowane zarówno firmy wielkie jak Boeing,

TRW, Northrop Grumman, Lockheed Martin, Booz Allen Hamilton i mniejsi gracze jak Symantec Corp., Technology

Strategies and Alliance Corp., Polycom Inc. Ważną postacią DPB jest emerytowany admirał David Jeremiah, b.wiceprzewodniczący

Połączonych Szefów Sztabu, (ponad 38 lat służby w marynarce). Admirał Jeremiah jest dyrektorem

lub doradcą przynajmniej pięciu korporacji, które w 2002 roku otrzymały zamówienia od Pentagonu na ponad 10 mld

dolarów. Admirał Jeremiah zasiada również w zarządzie Getronics Government Solutions, firmy, która została kupiona

przez DigitalNet w grudniu 2002 i jest znana obecnie jako DigitalNet Government Solutions (Richard Perle jest związany

z DigitalNet Holdings Inc.). Inny członek DPB emerytowany generał lotnictwa Ronald Fogleman zasiada w zarządach

lub radach nadzorczych kilku firm, które w 2002 roku otrzymały zamówienia rządowe na ponad 900 ml dolarów. Z kolei

emerytowany Gen. Jack Sheehan wszedł do firmy Bechtel w 1998 roku po 35 latach w Marines. Bechtel, jedna z największych

firm inżynieryjno-konstrukcyjnych na świecie zawarła w 2001 roku kontrakty z Pentagonem na 650 mln dolarów

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - REWOLUCYJNI NEOKONSERWATYŚCI CZYLI NOWA IMPERIALNA PRAWICA

8

i ponad milliard w 2002 r. Przyjaciel Perle`a James Woolsey jest dyrektorem w Paladin Capital Group, firmy, która podobnie

jak Trireme Partners Perle`a, zbiera pieniądze na inwestycje w bezpieczeństwo wewnętrzne. W lipcu 2002 roku

Woolsey wszedł do firmy konsultigowej Booz Allen Hamilton jako wiceprezes. Firma dostała w 2002 roku kontrakty

z Pentagonem na ponad 680 mln dolarów. Wymieńmy na koniec Williama Owensa, także byłego wojskowego, związanego

z kilkom firmami zbrojeniowymi. Jest on jednym z architektów tzw. Revolution in Military Affairs (RMA) polegającej

na zastosowaniu najbardziej zaawansowanych systemów technologicznych w operacjach wojskowych, co ma być

największą zmianą w strukturze, priorytetach budżetowych i technologii amerykańskich sił zbrojnych od czasu II wojny

światowej.

Nie bez przyczyny neokonserwatyści nazywani w skrócie „neocons” zasługują na nieco inny skrót, a mianowicie

„Pentacons”, gdyż ich związki z Pentagonem i kompleksem zbrojeniowym są bardzo ścisłe. Kierują oni dwiema organizacjami

zajmującymi się problematyką bezpieczeństwa narodowego i obronności. Są to Jewish Institue of National

Security Affairs (JINSA) oraz Center for Security Policy (CSP). Z JINSA związani byli (lub są nadal) Richard Cheney,

John Bolton, Douglas Feith, James Woolsey, Richard Perle, Michael Ledeen, Jeane Kirkpatrick, Eugene Rostow. JINSA

zainteresowana jest szczególnie kontaktami z establishmentem wojskowym Izraela i izraelskimi producentami broni

bedąc swego rodzaju kanałem komunikacji pomiędzy nimi a amerykańskimi producentami broni, którzy robią interesy

z Pentagonem i z Izraelem. Trzeba pamiętać, że wielomiliardowa pomoc wojskowa USA dla Izraela to lukratywny biznes

dla amerykańskich firm zbrojeniowych, które kierują się zasadą „przyjaciele nie opuszczają przyjaciół na polu bitwy,

szczególnie jeśli jest interes do zrobienia i parę dolarów do zarobienia”

Do firm wspierających JINSA należą mniejsze firmy takie jak prywatna firma najemnicza Military Professional

Resources International, sprzedawca broni i doradca wojskowy Cypress International oraz SY Technology,

współpracująca z jedną z agend Pentagonu, która z nadzoruje kilka wspólnych projektów z Izraelem. W JINSA są także

reprezentowane behemoty branży zbrojeniowej. W skład komitetu doradczego JINSA wchodzą emerytowani wojskowi

adm. Leon Edney i adm. David Jeremiah związani z firmą Northrop Grumman i jej odnogami. Northrop Grumman

budował statki dla marynarki wojennej Izraela, sprzedawał F-16 i samoloty E-2C Hawkeye dla izraelskiego lotnictwa

wojskowego, jak również systemy radarowe dla armii izraelskiej wykorzystywane w trakcie jej ataków helikopterowych,

oraz współpracował z Israeli Aircraft Industries w produkcji bezzałogowego pojazdu lotniczego. Najważniejszą postacią

z JINSA jest znany z Defense Policy Board adm. David Jeremiah - prezes Technology Strategies & Alliances Corporation

opisywanej jako firma strategicznego doradztwa i firma inwestycyjno-bankowa w dziedzinie przemysłu przestrzeni

powietrznej, obronności, telekomunikacji i elektroniki. Admirał Jeremiah zasiada w kierowniczych gremiach jednej z filii

Northrop Grumman oraz giganta zbrojeniowego Alliant Techsystems, który w spółce z izraelskim TAAS - robił interesy

w dziedzinie produkcji amunicji. Inny gigant przemysłu zbrojeniowego wspierający JINSA to Lockheed Martin, który

od 1999 roku sprzedał za ponad 2 miliardy F-16 do Izraela, jak również symulatory lotów, systemy rakietowe i ciężkie

torpedy Seahawk. Dla Lockheed Martin pracowali dwaj inni członkowie komitetu doradczego JINSA emerytowany

generał - porucznik Charles May, emerytowany generał - porucznik Paul Cerjan oraz emerytowany admirał Carlisle

Trost zasiadający także w radzie nadzorczej General Dynamics, którego jedna z filii zawarła kontrakt wartości 206

millionów dolarów na dostawy samolotów do Izraela.

Jedynym z wielkich dostawców dla Pentagonu, który nie ma swoich przedstawicieli w komitecie doradczym JINSA

jest Boenig od 30 lat współpracujący z Israeli Aircraft Industries. Boenig sprzedaje do Izraela samoloty F-15 oraz, razem

z Lockheed Martin, helikoptery bojowe Apache. Wydawałoby się, że Boening powinien być obecny w JINSA, ale nie

jest. Kiedy jednak przyjrzymy się drugiej instytucji należącej do neokonserwatystów a mianowicie Center for Security

Policy to w jej komitecie doradczym znajdziemy b.członków kierownictwa Boeniga Stanley`a Ebnera i Andrew Ellisa.

Jest również Carl Smith wcześniej współpracujący z jedną z komisji senackich ds. uzbrojenia, który jako prawnik pracuje

dla Boeniga. JINSA i CSP to w rzeczywistości siostrzane organizacje z wieloma personalnymi zależnościami. Doradcy

JINSA Jeane Kirkpatrick, Richard Perle and Phyllis Kaminsky są również w komitecie doradczym CSP, obecny szef

komitetu doradczego JINSA David Steinmann zasiada w radzie dyrektorów CSP. Douglas Feith zanim nie powrócił do

Pentagonu, zasiadał zarówno w JINSA jak i w CSP. Szereg osób związanych z CSP jak Elliott Abrams, Ken De Graffenreid,

Paula Dobriansky, Sven Kraemer, Robert Joseph, Robert Andrews and J.D. Crouch zajmowało lub zajmuje dziś

ważne stanowiska w establishmencie bezpieczeństwa narodowego. Główną postacią CSP jest Frank Gaffney, założyciel

centrum i jego prezes. Gaffney to protegowany Richarda Perle`a z czasów, gdy byli w sztabie demokratycznego senatora

Henry Jacksona, i gdy pracowali razem w Pentagonie.

Oprócz Boeniga w CSP jest reprezentowany Lockheed Martin (wiceprezes ds przestrzeni okołoziemskiej i rakiet

strategicznych Charles Kupperman oraz dyrektor ds. systemów obronnych Douglas Graham). Firma Raytheon ma

w CSP byłego kongresmana i lobbystę Roberta Livingstona. Ball Aerospace & Technologies główny dostawca satelitów

dla NASA i Pentagonu jest reprezentowany przez byłego sekretarza marynarki wojennej Johna Lehmana, podczas gdy

producent systemów komputerowych dla rakiet obronnych Hewlett-Packard jest reprezentowany przez George`a Keywortha.

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że neokonserwatyści to po prostu tuba Pentagonu lub firma PR wynajęta

przez przemysł zbrojeniowy (złośliwi nazywają „The Weekly Standard” „prywatnym biuletynem Pentagonu”). Tak

jednak nie jest: neokonserwatyści są samodzielnym i niezależnym środowiskiem ideowo politycznym, które doskonale

rozumie, że siła militarna jest jedynym instrumentem, który może zapewnić imperium światowemu rzeczywistą przewagę

nad innymi państwami i blokami regionalnymi. Ulokowali się w Pentagonie słusznie przeczuwając, że tam bije

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - REWOLUCYJNI NEOKONSERWATYŚCI CZYLI NOWA IMPERIALNA PRAWICA

9

źródło władzy na najbliższe dziesięciolecia. Równocześnie zdają oni sobie sprawę z tego, że bez poparcia establishmentu

związanego z bezpieczeństwem narodowym i bez wsparcia ze strony producentów broni nie będą w stanie odegrać roli

politycznej na miarę swoich ambicji. Dlatego neokonserwatyści wszystkie swoje bardzo liczne analizy, raporty, memoranda,

komentarze i artykuły prasowe etc. opierają na kilku podstawowych „dogmatach”: zagrożenia dla bezpieczeństwa

narodowego zawsze rosną, budżet zbrojeniowy jest zawsze za mały w stosunku do zagrożeń i potrzeb, unowocześnianie

sił zbrojnych jest zawsze zbyt powolne, wojna prowadzona przez imperium jest zawsze dobra i sprawiedliwa (dlatego

mimo, iż należeli do zaciekłych krytyków prezydenta Clintona to jego akcję wojskową przeciw Serbii gorąco poparli).

Neokonserwatyści wierzą, że idee polityczne i moralne są sprężyną historii, ale tylko wówczas, gdy są sprzężone

z siłą. I tej siły poszukiwali, zmieniając po drodze koncepcje ideowe. W pierwszym pokoleniu, zanim przeszli na prawo,

startowali jako komunistyczno-trockistowscy, lewicowi lub liberalni antystalinowcy (z pewnością mocny antystalinizm

i antysowietyzm np. Irvinga Kristola był po części motywowany psychologicznie chęcią zemsty na dawnych wrogachmordercach

Leona Dawidowicza). Zniechęceni „wypaczeniami” reform Wielkiego Społeczeństwa, rozczarowani ekscesami

Nowej Lewicy i kontrkultury, coraz bardziej wrodzy wobec pacyfizmu i izolacjonizmu lewicy, atakujący jej opozycję

wobec wojny w Wietnamie i jej poparcie dla prosowieckich reżimów i ruchów w Trzecim Świecie, przeszli pomiędzy

latami 50 i 70 na antykomunistyczny liberalizm, potem zbiegli z Partii Demokratycznej do Republikanów, bo uznali za

wiarygodną ich antykomunistyczną i antysowiecką politykę, przedarli się do pierwszego szeregu „reaganowskiej rewolucji”,

kontynuowali swoją działalność ideowo-polityczną za prezydentury Busha seniora, przetrwali nie bezczynnie prezydenturę

Clintona, by w końcu stworzyć globalistyczną imperialną prawicę, która nie ma precedensu w amerykańskiej

kulturze politycznej i politycznej historii USA. Neokonserwatyści nie są ani ideologicznymi fanatykami ani szukającymi

wyłącznie osobistego interesu oportunistami. Występując publicznie głoszą z przekonaniem i żarliwym zapałem swoje

tezy i argumentują zawsze z punktu widzenia zasad lub ideałów. Jeśli te zasady i ideały zgodne są z interesami establishmentu

wojskowego a ich realizacja w praktyce przynosi wymierne zyski producentom broni, to tym lepiej dla tych zasad

i ideałów. Są ideowymi zwolennikami amerykańskiego imperium światowego, jego potęga i chwała to ich najwyższy cel.

Przeszli na prawo, bo rozumieją, że sekularystyczny liberalizm, relatywizm i nihilizm kulturalny i obyczajowy, narkotyki,

rozpad rodziny, propagowanie homoseksualizmu, aborcjonizm etc. moralnie rozkładają imperium od wewnątrz i

osłabiają je. Przeszli na prawo, ale nie poszli na Starą Prawicę, lecz stworzyli coś trzeciego. Ich ideologiczny zapał dla

demokracji oznacza tyle, że „demokracja” to dla nich władza imperium - słusznie uważają, że wewnątrz imperium światowego

musi istnieć pewien poziom homogenizacji ideologiczno politycznej, jeden język polityczny, podobne instytucje

polityczne, choćby tylko jako demokratyczne fasady. Poza tym „realna demokracja” jest dla nich najlepszym ustrojem z

tego prostego powodu, że pokonała inne ustroje - zwycięska siła jest jej największą zaletą. Nie należy naiwnie sądzić, że

poważnie myślą oni o zaprowadzeniu „demokracji” w Iraku. Idzie o propagandowe wykorzystanie głęboko zakorzenionego

w kulturze politycznej USA demokratycznego mesjanizmu. Czy w Iraku powstanie „demokracja kierowana” czy też

rozpadnie się on na kilka religijno-etnicznych państewek jest sprawą drugorzędną z punktu widzenia imperium. Państwo

demokratyczne oznacza dla neokonserwatystów tyle, co państwo lojalne wobec imperium, „demokratyzacja” Bliskiego

Wschodu oznacza tyle, co wykreślenie nowej mapy politycznej regionu (neokonserwatyś doskonale rozumieją, że właśnie

„prawdziwa” demokracja może przynieść jeszcze większą wrogość wobec imperium).

Neokonserwatyści nazywają niekiedy swoje koncepcje „wilsonizmem”, w którym wilsonowskie „samostanowienie

narodów” oznacza poddanie narodów pod dobrotliwą władzę imperium. Już ponad dziesięć lat temu umieli dostrzec, że

nadchodzi nowy etap dla globalnej strategii USA i zrozumieli, że USA jako imperium światowe potrzebować będą nowej

ideologicznej i propagandowej legitymizacji. Odważnie i zdecydowanie podjęli polityczne ryzyko i zostali wyniesieni w

górę jako ci, którzy najwcześniej, najgłośniej i najusilniej propagowali koncepcję ustanowienia amerykańskiego imperium

światowego jako celu amerykańskiej klasy rządzącej. To dwaj z nich Paul Wolfowitz i Lewis Libby opracowali w 1992

roku dokument Pentagonu „Defense Planning Guidance”, w którym postulowali zastąpienie doktryny odstraszania nową

strategią globalnej hegemonii czyli ustanowienia poprzez dominację w Eurazji amerykańskiego imperium światowego.

W 1997 roku neokonserwatyści powołali do życia instytucję o nazwie Project for The New American Century (PNAC),

której celem było sformułowanie i propagowanie strategii dla osiągnięcia globalnej hegemonii USA - prezesem PNAC jest

William Kristol, dyrektorem - Gary Schmitt (w administracji Reagana specjalista ds. wywiadu). Deklarację Zasad PNAC

podpisali m.in. Elliott Abrams, William Bennett, Jeb Bush, Richard Cheney, Midge Decter, Francis Fukuyama, Lewis

Libby, Norman Podhoretz, Peter Rodman, Donald Rumsfeld, Paul Wolfowitz. PNAC działał skutecznie na rzecz scementowania

sojuszu pomiędzy prawicą republikańską reprezentowaną przez Cheney`a i Rumsfelda, chrześcijańską prawicą

i neokonserwatystami w imię imperium światowego i jego militarnej dominacji. We wrześniu 2000 roku PNAC ogłosił

niezwykle ważny dokument zatytułowany „Rebuilding Americas Defenses”, w którym przedstawione zostały zasadnicze

postulaty przebudowy amerykańskich sił zbrojnych tak aby służyły one władzy imperium. Tezy i koncepcje zawarte w

tym dokumencie są dzisiaj podstawą nowej strategii bezpieczeństwa narodowego gabinetu prezydenta Busha. To neokonserwatyści

dostrzegli, że potrzebny jest nowy „rollback”, już nie w stosunku do sowieckiego komunizmu, ale wobec

wszystkich niezależnych od imperium regionalnych skupień siły geopolitycznej i geoekonomicznej, które chciałyby zrównoważyć

potęgę imperium. Konsekwentni, uparci, wielce inteligentni, dobrze zorganizowani, zdecydowani, obdarzeni silnym

poczuciem misji, znakomicie operujący propagandą, autoreklamą i autopromocją, wykazujący wielką kreatywność

w dziedzinie nowych pojęć politycznych, haseł i sloganów, potrafiący skupiać się na wybranych problemach i trafnie określać

priorytety polityczne, wiedzący czego chcą, zdolni do przemyślanego i długofalowego działania, potrafiący pozyskiwać

pieniądze na swoje liczne inicjatywy i instytucje oraz zdobywać zaufanie możnych protektorów, obdarzeni politycz-

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - REWOLUCYJNI NEOKONSERWATYŚCI CZYLI NOWA IMPERIALNA PRAWICA

10

ną wyobraźnią neokonserwatyści odbyli swój długi marsz przez instytucje, zrealizowali w dużej mierze zalecenia Gramsciego

i osiągnęli hegemonię ideologiczno kulturalną na prawicy amerykańskiej, przejęli jej instytucje, fundacje i media

oraz stworzyli własne. Wypełnili próżnię polityczną po Starej Prawicy, która nie pojmując dynamiki procesów historycznych

i nie chcąc pogodzić się ze zmianą politycznego paradygmatu „starej, dobrej republiki amerykańskiej” na paradygmat

imperium (vide manifest Pata Buchanana Republika, nie Imperium), pozostała na pozycjach „izolacjonistycznych”

i dokonała samomarginalizacji.

Neokonserwatyści zdawali sobie sprawę z tego, że wojna w Iraku wyniesie ich w górę i umocni ich wpływy. Nie

należy jednak przeceniać tych wpływów i demonizować neokonserwatystów, przypisując im nadmierne znaczenie

wewnątrz amerykańskiej klasy rządzącej czy wręcz oskarżając o „spisek” lub o to, że dokonali „zagaranięcia” polityki

zagranicznej USA. Należy zawsze pamiętać o tym, że polityka Waszyngtonu jest wypadkową dążeń i interesów

rozmaitych potężnych frakcji w łonie klasy rządzącej, zatem całkowicie błędne jest przekonanie, iż polityka obecnego

rządu amerykańskiego to „aberracja” jakiejś grupy ludzi sprawujących aktualnie władzę czy mających wpływ na

władzę. Polityka ta bowiem wynika z bardziej ogólnej i spójnej koncepcji, która w żadnym razie nie jest wyłącznie

neokonserwatywnym projektem, realizowanym przez mały sektor klasy rządzącej nie wychodzący poza jedną z frakcji

Partii Republikańskiej i popierany przez sektor wojskowy i naftowy. Nadmierne skupianie uwagi na neokonserwatystach

i podkreślanie ich wyjątkowego znaczenia dla obecnej polityki prowadzi do iluzji, że istnieją poważne podziały wewnątrz

klasy rządzącej co do zasadniczych celów geostrategicznych, geopolitycznych i ekonomicznych (takie podziały

mogą wystąpić dopiero wówczas, kiedy imperium zacznie przeżywać poważne trudności lub nawet ponosić polityczne

klęski).

Neokonserwatyści nie wytyczyli jakiegoś zasadniczo nowego kierunku polityce USA, ta bowiem wykazuje ciągłość

od wielu już dziesięcioleci, ale potrafili dobrze wykorzystać moment historyczny, w jakim znalazły się Stany Zjednoczone

i świat na przełomie XX. i XXI. wieku, i dostarczyć polityce USA (szczególnie jej sektorowi wojskowemu

i zbrojeniowemu) nowego języka, nowych kategorii intelektualnych, nowych instrumentów ideologiczno-propagandowych,

które służą do tworzenia kamuflaży, racjonalizacji i moralno-intelektualnych osłon dla geopolitycznych i ekonomicznych

akcji imperium.

Neokonserwatyści wyrażają w nowy sposób konsensus panujący w amerykańskiej klasie rządzącej, konsensus zakorzeniony

we wspólnym interesie tej klasy i w dynamice politycznej imperium. Umieli oni zdynamizować to, co było już

tam od dawna obecne, nadać nowy impet głębszym tendencjom politycznym. Odważnie podjęli ryzyko otwartej obrony

koncepcji imperium światowego (William Kristol: „Jeśli ludzie chcą mówić, że jesteśmy potęgą imperialną, to świetnie”)

i stawiając, by tak rzec, do jego dyspozycji swoje serca i umysły, pragną pełnić swoją misję zarówno wówczas, kiedy

zajmują określone funkcje i urzędy w sferze realnej władzy jak i wówczas, kiedy pracują jako propagandyści i ideolodzy

imperium. Są w pewnym sensie „konserwatywnymi rewolucjonistami”, gdyż dla nich oś czasu obróciła się i nie może

zostać cofnięta wstecz. Muszą iść do przodu porzucając, przynajmniej na płaszczyźnie intelektualnej i ideologicznej,

dawne formuły, struktury, instytucje, języki jeśli nie służą one imperium. Zaobserwować można obecnie, że zaczynają

nawet dystansować się od samego określenia „neokonserwatyści”, zapewne odczuwając je jako zbyteczny w nowej sytuacji

balast. Dokonują kolejnej zmiany etykiet, wytyczają nowe fronty ideologiczne, wywołują semantyczne zamieszanie

i wymykają się spod obstrzału wrogów.

Warto tutaj wspomnieć o roli filozofa polityki Leo Straussa (1899-1973), którego poglądy w wielkiej mierze określiły

ideowo-filozoficzne oblicze neokonserwatyzmu (stąd zamiast „neocons” mówi się niekiedy „leocons). Filozofia polityczna

Straussa była i jest stale obecna na łamach „National Review”, „Commentary”, „The Weekly Standard”. Szerszej

publiczności przyswoił ją uczeń Straussa Allan Bloom w swoim bestsellerze Umysł zamknięty z 1987 roku. To, co nas

tu interesuje to nie skomplikowane interpretacje i egzegezy Platona, Arystotelesa czy Mojżesza Majmonidesa, których

dokonywał Strauss, ale wpływ jego niektórych idei politycznych na neokonserwatyzm oraz jego rola jako przekaźnika

europejskiej myśli politycznej do środowiska neokonserwatystów, myśli, która jest o wiele bardziej przydatna dla

imperium niż poglądy np. Edmunda Burke`a. Dla nowej imperialnej prawicy mniej istotny jest Arystoteles czy Platon

a bardziej myśliciele, którymi zafascynowany był Strauss, choć fascynacja ta nie była nazbyt ostentacyjna (Strauss

mieszkając i nauczając w USA musiał działać ostrożnie, żeby nie narazić na szwank swojej uniwersyteckiej kariery,

jego koncepcja ukrytej „ezoterycznej” treści u filozofów i myślicieli politycznych była odbiciem jego własnej sytuacji

filozofa polityki na „demokratycznym” uniwersytecie). Myśliciele ci to Makiawel, Tomasz Hobbes, Fryderyk Nietzsche

i Carl Schmitt. Pojęciu polityki tego ostatniego poświęcił Strauss pochwalną recenzję zaś Schmitt w 1932 roku polecił

Straussa Fundacji Rockefellera, za co Strauss mu listownie podziękował. Dodać tu można jeszcze Martina Heideggera,

którego Strauss uważał za najwybitniejszy umysł filozoficzny XX. wieku, i z którym dzielił najwyższą niechęć do postoświeceniowego

liberalizmu. Neokonserwatyści widziani jako amerykańska odmiana europejskich konserwatywnych

rewolucjonistów odpowiadają dokładnie swojemu karykaturalnemu i przerysowanemu portretowi, jaki stworzyli im

(oraz ich mistrzowi duchowemu Leo Straussowi) wrogowie z lewicy i „paleokonserwatyści” ze Starej Prawicy. Według

nich neokonserwatyści to przeciwnicy egalitaryzmu, którzy uważają, że bronią społeczeństwa przed rozkładowymi

tendencjami liberalizmu, ale równocześnie nie atakują wprost liberalno-lewicowych struktur władzy, lecz starają się

je obejść, wykorzystać lub przezwyciężyć poprzez imperialną politykę. Neokonserwatyści zgadzają się z twardym

antykomunistą Straussem, że istnieje jawne podobieństwo pomiędzy ostatecznymi celami liberalizmu i komunizmu,

i że liberałowie podzielają główne założenie marksizmu. Neokonserwatyści używają języka liberalnej demokracji, bo

jest to dziś konieczne, ale w głębi duszy żywią dla niej tylko pogardę, „demokratyczny pluralizm” jest według nich o tyle

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - REWOLUCYJNI NEOKONSERWATYŚCI CZYLI NOWA IMPERIALNA PRAWICA

11

dobry, że łatwo nim manipulować. Uważają, że rozumiana dosłownie liberalna demokracja jest oczywistym nonsensem

i może służyć wyłącznie jako maska dla rządów wąskiej elity. Są postmodernistycznymi aktywistami, którzy nie żywią

sentymentów wobec tradycji, lecz używają jej jako składnicy rozmaitych elementów, spośród których wybierają te

uznane przez siebie za użyteczne dziś dla imperium, są zwolennikami elitarystycznych koncepcji społecznych (według

Straussa nierówność jest niemożliwym do wykorzenienia aspektem ludzkiej kondycji) przedkładającymi oświeconą

oligarchię ponad mięczakowatą liberalną anarchię prowadzącą do chaosu, której najlepszym wcieleniem jest dla nich

tak samo jak dla Straussa moralnie słaba i niezdolna do przetrwania Republika Weimarska. Ich pochwała amerykańskiej

konstytucji wynika stąd, że uważają oni, iż nakłada ona wędzidła na rządy motłochu. Neokonserwatyści podobnie

jak niektórzy radykalni lewicowcy nie wierzą w ostateczną prawdę, ale w kontrolę nad dyskursem władzy - ten kto

kontroluje dyskurs władzy, ten wygrywa (prawda ostateczna nie istnieje, zaś rozmaite prawdy o człowieku, polityce

i władzy powinny być skrywane, gdyż są demoralizujące dla maluczkich). Niezależnie od swoich indywidualnych religijnych

przekonań - mogą być ateistami, teistami, agnostykami, wyznawcami judaizmu, chrześcijanami, poganami - i od

negatywnego stosunku do nadużyć sekularyzacji, uważają, że nasza epoka jest epoką po „śmierci Boga”.

Leo Strauss - wielbiciel Brytyjskiego Imperium i jego trzeźwej i dalekowzrocznej polityki, przekonany o tym, że

możliwy jest „dobry cezaryzm”, nie będący tyranią, cynik, który uważał religię za opium dla mas, ale opium użyteczne

politycznie, bo dyscyplinujące moralnie masy, zwolennik silnego przywództwa i rządów elity, która kieruje się stoickim

kodem moralnym, polityczny realista, który rozumiał, że polityczne (szlachetne) kłamstwo i propaganda są nieusuwalnymi

instrumentami sprawowania władzy, radykalny antyutopista wierzący, że jedynym prawem naturalnym jest prawo

silniejszego oraz prawo mądrych ludzi „wyższego typu” do rządzenia głupszymi i słabszymi ludźmi „niższego typu”, że

skażona natura ludzka wymaga, aby istniało kierownictwo duchowo moralne i władza - ten „ezoteryczny” Strauss reprezentuje

„ponurą, cyniczną, autorytarną, elitarystyczną” filozofię polityczną, która, jak zauważył jeden z jego krytyków

- sprzeczna jest ze wszystkim, w co wierzą Amerykanie. I to ten Strauss może być duchowym patronem dla amerykańskich

imperialnych „konserwatywnych rewolucjonistów”, choć jako uczestnicy nowoczesnej polityki nie mogą podzielać

oni jego radykalnej krytyki projektu nowoczesności. Z pewnością jednak ci „drapieżni makiaweliści” rozumieją doskonale,

że imperium światowe ma niewiele wspólnego z (krytykowaną przez Straussa) nowoczesną liberalną koncepcją

uniwersalnego homogenicznego społeczeństwa złożonego z równych narodów tak samo rozwiniętych pod względem

produkcyjnym, technologicznym i naukowym, z których każdy jest z kolei złożony z wolnych i równych mężczyzn i

kobiet.

Neokonserwatyści zajmują „Trzecią Pozycję” - poza Starą Prawicą i liberalną lewicą, czerpią z obu, ale idą własną

„trzecią drogą”, tworząc „imperialne centrum”, które zachowuje dobre kontakty z Demokratami, liberałami i umiarkowaną

lewicą. Być może pasowałaby do nich definicja faszyzmu Zeeva Sternehella: „ ani prawica ani lewica”. Jeśli wbrew

Starej Prawicy i libertarianom godzą się na istnienie „welfare state”, to nie w imię socjalliberalnej ideologii, ale, jak to

zręcznie zrobił George Will, w imię tradycji Arystotelesa i Burke`a oraz koncepcji konserwatywnego państwa opiekuńczego

reprezentowanej w przeszłości przez brytyjskich torysów czy „białego rewolucjonistę” Ottona Bismarcka. Poprzez

Straussa docierają do nich idee jego przyjaciela Alexandre`a Kojeve (którego Allan Bloom wielokrotnie odwiedzał w

Paryżu), jego heglowska koncepcja „końca historii”, która zainspirowała Francisa Fukuyamę (pracownika RAND Corporation

i ucznia Blooma (Fukuyamę inny uczeń Blooma Paul Wolfowitz ściągnął w 1981 roku do swojego zespołu, kiedy

pracował w administracji Reagana), jego pochwała jakobinizmu (a jednak jakobini, tyle że z prawa!) i bonapartyzmu.

Od brytyjskiej konserwatywnej prawicy uczą się pochwały brytyjskiego imperializmu i kolonializmu, zafascynowani są

„mistyką” Imperium Brytyjskiego i jego wyidealizowanym obrazem, propagują mit Churchilla. Na łamach „National Review”

Richard Lowry napisał: „wszyscy jesteśmy dziś kolonialistami”, i musimy „otwarcie studiować przykład brytyjski

i uczyć się jego lekcji”.

Wbrew amerykańskiej tradycji neokonserwatyści głoszą, że władza i państwo są czymś dobrym, ich bohaterami są

wielcy mężowie stanu, wojenni dyktatorzy i wodzowie: Disraeli, Lincoln, Wilson, Churchill, F.D.Roosevelt, Truman,

Reagan. Nie mają nic przeciwko temu, aby prerogatywy prezydenta w dziedzinie wewnętrznego i zewnętrznego bezpieczeństwa

były tak szerokie jak prerogatywy brytyjskiego monarchy, przeciwko któremu buntowali się amerykańscy

koloniści, amerykański patriotyzm potrafią użyć dla celów imperium światowego, wojnę uznają za dobry sposób na

utrzymanie ducha lojalności i jedności wspólnoty, ich ideałem jest połączenie spartańskiej demokracji wojskowej z imperialną

demokracją ateńską.

Przeciwnicy neokonserwatystów wypominają im trockistowskie korzenie, cytują Irvinga Kristola, który w 1983 roku

napisał, że jest dumny z tego, iż w 1940 roku był członkiem IV. Międzynarodówki, przypominają, że Ben Wattenberg,

Jeane Kirkpatrick i Elliot Abrams działali w posttrockistowskiej młodzieżówce Socjalni Demokraci założonej przez

przywódcę jednej z trockistowskich frakcji Maxa Shachtmana, że Joshua Muravchik był członkiem trockizującej Partii

Socjalistycznej w latach 60. To neokonserwatyści lansowali książkę o Iraku Republika strachu, której autorem jest

iracko-amerykański trockista Kanan Makiya. Jeśli jednak gdzieś trwa w tym środowisku tradycja trockizmu, to jest to

tradycja, którą uosabia Trocki, ale, co oczywiste, nie jako komunistyczny ideolog, lecz jako wojskowy strateg, organizator

Armii Czerwonej i człowiek o żelaznej woli politycznej.

Jeden z czołowych neokonserwatystów Michael Ledeen, związany z American Enterprise Institute, członek rady

programowej JINSA, piszący regularnie dla „National Review”, redaktor „National Review Online” napisał nie tylko

książkę Makiawel o współczesnym przywództwie. Dlaczego żelazne reguły Makiawela są tak samo aktualne i ważne

dziś jak były pięć wieków temu, ale również Wolność zdradzoną (aluzja do Rewolucji zdradzonej Trockiego), w której

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - REWOLUCYJNI NEOKONSERWATYŚCI CZYLI NOWA IMPERIALNA PRAWICA

12

pragnął udowodnić, że to prawica jest rewolucyjna. W jednym ze swoich niedawno opublikowanych tekstów Ledeen głosi

pochwałę „twórczego zniszczenia” (nietzscheańskie „schöpferische Zerstörung”) - typową formułę „konserwatywnej

rewolucji”. Ledeen opublikował w 1972 roku pracę Uniwersalny faszyzm, w której rozróżniał pomiędzy „reakcyjnym

reżimem Mussoliniego” a dynamicznym „ruchem faszystowskim”. W pracy Ledeena, wielkiego admiratora konserwatywnego

rewolucjonisty Gabriele d`Annunzia, pojawiają się: Camillo Pellizi (jedną z jego książek Ledeen określa

jako „fundamentalne i poruszające dzieło”), dla którego państwo faszystowskie miało być „generatorem energii i kreatywności”,

członek redakcji faszystowskiego pisma „L`Universale” Berto Ricci - autor, według Ledeena, „znakomity”,

człowiek będący „przykładem entuzjazmu i niezależności”, który wzywał do stworzenia nowego imperium opartego na

unikalnym geniuszu włoskiej cywilizacji”, Giuseppe Bottai, „człowiek o wielkiej energii i autonomii”. Nie wiemy, czy

to wpływ Ledeena, jak sugeruje brytyjski autor John Laughland, spowodował, że sekretarz obrony Donald Rumsfeld

podzielił Europę na „starą” i „nową”, idąc śladem Asvero Gravelliego, który w pracy W kierunku Faszystowskiej Międzynarodówki

pisał: „Albo stara albo nowa Europa. Faszyzm jest grabarzem starej Europy. Dziś wstępują w górę siły Faszystowskiej

Międzynarodówki”. W tym kontekście warto też wspomnieć o książce Roberta D. Kaplana Warrior Politics:

Why Leadership Demands Pagan Ethos (Nowy York 2002), w której wzywa on polityków amerykańskich do studiowania

kronik starożytnych imperiów szczególnie rzymskiego oraz polityki imperium brytyjskiego, aby znaleźć tam wskazówki

pomocne w prowadzeniu polityki zagranicznej. Rzym, jest zdaniem Kaplana, właściwym modelem władzy hegemonialnej,

używającej rozmaitych metod, by zaprowadzić nieco ładu w chaotycznym świecie. Propagowanie „pogańskiego

etosu” przez Kaplana wprowadza do neokonserwatyzmu idee europejskiej Nowej Prawicy i zamienia „neocons”

w „Panteocons”.

Wolno stwierdzić, że tym, co stanowi jądro neokonserwatyzmu jest przefiltrowana przez idee Leo Straussa europejska

prawicowa myśl polityczna różnych odcieni zmieszana z typowymi ideologemami i sloganami amerykańskiej religii

obywatelskiej. Neokonserwatyzm to ideologia „realnego straussizmu” - czego symbolem może być fakt, że obecny szef

nowej komórki wywiadowczej Pentagonu filozof Abram Shulsky, który zrobił u Straussa doktorat, oraz Gary Schmitt

(dyrektor PNAC i ekspert ds. wywiadu) napisali w 1999 roku pracę Leo Strauss i świat wywiadu, w której wskazywali na

podobieństwa metody filozoficznej Straussa i metody pracy wywiadowczej, porównywali Straussa do bohatera powieści

Johna le Carré`go Johna Smiley`a i używali Straussa jako narzędzia krytyki CIA.

Neokonserwatyzm jest zarazem reakcyjny i rewolucyjny, jakobiński i cezarystyczny, lewicowy i prawicowy, faszystowski

(na przykład w stylu Włodzimierza Żabotyńskiego - podziwiał go młody Leo Strauss) i liberalny, autorytarny i

demokratyczny, etc. Jest amerykańską wersją postmodernistycznego konserwatyzmu, konserwatyzmu po „końcu historii”,

który wybiera z przeszłych ideologii to, co jest przydatne dla imperium. Nowatorstwo i oryginalność neokonserwatystów

wynika stąd, że zrozumieli oni, iż ideologia antyimperialna ze wszystkimi swoimi przydatkami, która stała u narodzin

USA, staje się powoli bezużyteczna dla imperium, że rewolucyjne i antykolonialne dziedzictwo Amerykańskiej Republiki

to dzisiaj ideologiczny balast. Walczą z awersją Amerykanów do słowa „empire” wynikającą z tradycji rebelii skierowanej

przeciw Imperium Brytyjskiemu, grzebią antyimperialny mit założycielski Stanów Zjednoczonych tak wzruszająco

i podniośle opiewany w Patriocie Ronalda Emmericha Melem Gibsonem w roli głównej.

William Kristol i Robert Kagan w artykule „Neoreaganowska polityka zagraniczna” („Foreign Affairs” lipiec/sierpień

1996) napisali, że konserwatywna wizja Ameryki jako „miasta na wzgórzu” odeszła w przeszłość. Odrzucają oni jako

całkowicie anachroniczne ostrzeżenie Johna Quincy Adamsa z 1823 roku, że Ameryka nie powinna iść „za granicę, w poszukiwaniu

potworów, które należy zniszczyć”. Teraz, piszą Kristol i Kagan, Ameryka musi niszczyć potwory na całym

świecie, a więc sprawować globalną, imperialną hegemonię. Oczywiście USA już wcześniej szły w świat, aby „niszczyć

potwory”, ale zawsze przy akompaniamencie antykolonialnej i antyimperialnej retoryki. Ta retoryka mogła być użyta

przeciw Rzeszy Niemieckiej i Austrowęgrom w czasie I wojny światowej, przeciw Niemcom i Japonii w okresie II wojny

światowej, przeciw europejskim mocarstwom kolonialnym i wreszcie przeciw Związkowi Sowieckiemu, ale dziś jest już

ona nieaktualna. Budowanie imperium światowego odbywało się pod hasłami antyimperialistycznymi, ale w momencie,

kiedy po upadku ZSRR imperium światowe zostało praktycznie zbudowane, to ideologia ta w nowym paradygmacie

politycznym stała się bezużyteczna jako narzędzie polityczne. Neokonserwatyści są tymi, którzy podjęli się stworzenia

nowych ideologicznych instrumentów potrzebnych imperium światowemu i uczynienia narracji o „American Empire”

dominującą narracją najbliższych dziesięcioleci.

ŻYDOWSKA WOJNA?

W krajach mułzumańskich, w środowiskach opozycyjnej prawicy w USA i w Europie jak również w niektórych kręgach

lewicowo-liberalnych popularna stała się teza, że wojna z Irakiem to wojna w interesie Izraela. Próbowano nawet

udowodniać, że to koła rządzące w Izraelu wojnę tę wykoncypowały i wywarły nacisk na prezydenta Busha, aby wysłał

do Iraku wojsko, obalił rządy prezydenta Saddama Husajna i rozbroił Irak. Oczywiście, jeśli brać pod uwagę fakt, że

Irak rządzony przez prezydenta Saddama Husajna był wrogo nastawiony wobec Izraela, to akcja amerykańska przyniosła

w rezultacie zniszczenie tego wroga, a tym samym, można zakładać, wzmocniła pozycję Izraela i polepszyła jego

bezpieczeństwo. Trudno też przekonać kogoś, że wojna nie była w interesie Izraela, skoro od lat opowiadało się za nią

środowisko bardzo wpływowych dzisiaj i mocno proizraelskich neokonserwatystów, wśród których jest wielu pochodzenia

żydowskiego i których łączą z Izraelem rozliczne więzi. Za wojną była większość ludności pochodzenia żydowskiego

w USA. Poparł ją mocno najbardziej znany polityk żydowski w Stanach Zjednoczonych - Demokrata Joseph Lieberman.

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - ŻYDOWSKA WOJNA?

13

I wreszcie premier Ariel Szaron także bardzo mocno opowiedział się za wojną. Ta zgodność każe przypuszczać, że zakładano,

iż wojna jest w interesie Izraela (czy na pewno jest, to sprawa do dyskusji). Wszystko to jednak w żadnym razie

nie oznacza, że interes Izraela był motywem pierwszoplanowym przy podejmowaniu decyzji o wojnie, decyzji, która,

jak zobaczymy, dotyczyła zasadniczych interesów USA jako imperium światowego. Wolno przypuszczać, że pewne nagłośnienie

„śladu izraelskiego” było elementem kolejnej prezydenckiej kampanii wyborczej. Z jednej strony na łamach

„Los Angeles Times” (1.12.2002) Sandy Tolan i Jason Felch pisali, że w wojnie z Irakiem chodzi o zapewnienie Izraelowi

lokalnej supremacji, z drugiej zaś sekretarz stanu Colin Powell publicznie zaprzeczał, że idzie o interes Izraela. Na dwa

sposoby (poprzez potwierdzenie i poprzez zaprzeczenie) wyborcy żydowscy, których rola dzięki ich skupieniu w kilku

stanach jest większa niż wynika to z ich liczebności, oraz bogaci żydowscy sponsorzy byli zapewniani, że obecny prezydent

dba o interes Izraela i prowadzi „żydowską wojnę”. Należy pamiętać o tym, że w wyborach 2000 roku 79% Żydów

amerykańskich głosowała na Gore`a a tylko 19% na Busha. Żydzi amerykańscy stanowią ponad połowę głównych sponsorów

Partii Demokratycznej i 20-30% głównych sponsorów Partii Republikańskiej. Sondaże wskazują nieodmiennie, że

w polityce wewnętrznej przeważająca część amerykańskich Żydów działa, daje pieniądze i głosy na rzecz tej części spektrum

polityczno-ideologicznego, które rozciąga się od centrum w lewo. Dlatego pozyskanie większej liczby głosów żydowskich

i więcej pieniędzy na prezydencką kampanię wyborczą w 2004 roku jest ważnym celem strategów politycznych

Busha. Stąd hasło „wojna w obronie Izraela” można potraktować jako element propagandy nakierowanej na amerykańskich

Żydów, która ma ich odciągnąć od popierania (głosami i pieniędzmi) Demokratów podzielonych w kwestii wojny

z Irakiem. Nie jest wykluczone, że hasło to może być wygodne również z tego względu, że jego prostota i pewna pozorna

oczywistość kamuflują głębsze i prawdziwe motywy ataku na Irak.

W każdym razie należy odrzucić tezę, że to interes Izraela był głównym czy bardzo istotnym motywem wojny. Teza

ta wynika z całkowicie błędnej oceny stosunków amerykańsko-izraelskich przedstawianych obrazowo jako kierowanie

przez ogon (Izrael) psem (Stany Zjednoczone). Jednak sytuacja, że ogon kieruje psem nie zdarza się w polityce. Na łamach

„The American Conservative”, organu Starej Prawicy spod znaku Patryka Buchanana, jeden z autorów napisał,

że wielkie państwa potrafią skłonić mniejsze państwa, aby walczyły w ich interesie, natomiast, jego zdaniem, jest to

pierwszy przypadek w historii, żeby wielkie państwo (USA) prowadziło wojnę w interesie małego państwa (Izrael).

Byłby to rzeczywiście pierwszy przypadek tego typu w historii, tyle tylko, że przypadek istniejący jedynie w wyobraźni

owego autora, któremu antyizraelskie (antyżydowskie) uprzedzenia mącą racjonalny osąd i dyktują oceny niezgodne ze

wszystkim, co znamy z historii politycznej świata. To raczej wojny prowadzone przez Izrael były wojnami zastępczymi

Stanów Zjednoczonych, które wysyłały do boju żołnierzy izraelskich. Traktowanie wojny w Iraku jako wojny zastępczej

Izraela, w której Tel Aviw wysyła do boju amerykańskich marines via Pentagon wynika albo z całkowicie błędnego

widzenia sytuacji albo jest elementem antyizraelskiej propagandy i argumentem w wewnętrznej walce politycznej

w USA.

Izrael jest pod względem ekonomicznym, wojskowym, politycznym i dyplomatycznym całkowicie zależny od poparcia

USA. Gdyby to poparcie zostało wycofane, Izrael przestałby istnieć. Twierdzenie, że akcja wojskowa USA w Iraku

miała na celu m.in. stworzenie Izraelowi bezpiecznego otoczenia a nawet zapewnienie supremacji w regionie Bliskiego

Wschodu może być z pewnego punktu widzenia prawdziwe, ale w niczym nie zmienia to faktu, że to władze imperium

światowego decydują o tym, kto i jak ma być bezpieczny, kto ma mieć supremację regionalną czy lokalną. Izrael może

być potęgą regionalną, ale nie dlatego, że takie są ambicje premiera Szarona, ale wyłącznie dlatego, że takie mogą być

zamysły i kalkulacje władz imperium światowego. Większa lub mniejsza rola Izraela pochodzi wyłącznie z nadania

imperium, to ono rozstrzyga o tym, jaką rolę ma pełnić Izrael w ramach imperium. Nigdy jeszcze w historii politycznej

świata nie został odwrócony stosunek pomiędzy „bezpieczeństwem” a „posłuszeństwem”, nikomu nie udało się i nigdy

się nie uda złamać żelaznego prawa polityki, które mówi, że ten kto zapewnia protekcję, otrzymuje w zamian za to posłuszeństwo

protegowanego.

„Specjalne stosunki” Izraela ze Stanami Zjednoczonymi wynikały i wynikają nie z tego, że proizraelskie lobby ma olbrzymie

wpływy (choć ma spore) w stolicy imperium i „gubernator” Szaron ma tam „mocne wejścia”, ale z tego, że Izraelowi

została wyznaczona określona rola w globalnej strategii politycznej USA (w tym sensie nie są to żadne „specjalne

stosunki”, ale zupełnie normalne stosunki pomiędzy patronem a jednym z jego państw - klientów). Rola, jaką wyznaczono

Izraelowi miała w przeszłości dwa wymiary: bliskowschodni i ten wynikający z konfrontacji USA - ZSRR. Od momentu

swojego powstania państwo żydowskie traktowane było jako ważny czynnik polityki USA na Bliskim Wschodzie

zaliczanym do „wielkich obszarów” o kluczowym znaczeniu strategicznym. Pozycja Izraela uległa wzmocnieniu, kiedy

Bliski Wschód stał się polem konfrontacji USA i ZSRR. W obu przypadkach Izrael położony w niezwykle istotnym z geostrategicznego

i geokonomicznego punktu widzenia miejscu na ziemi, w obszarze traktowanym przez niektórych geopolityków

jako archimedesowa dźwignia poruszająca świat, był lokalnym reprezentantem władzy Waszyngtonu i pełnił rolę

utrzymywanej i finansowanej przez Waszyngton bazy wojskowej i centrum wywiadowczego na Bliski Wschód. Izrael był

strategicznym przyczółkiem Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie, ich lokalnym policjantem pilnującym amerykańskich

interesów w regionie, gdzie część państw orientowała się na Moskwę oraz młotem używanym do rozbijania arabskiego

nacjonalizmu zagrażającego innym bliskowschodnim klientom USA. Był też kanałem przerzutowym pieniędzy

i broni amerykańskiej, pełniąc rolę swego rodzaju pośrednika i podwykonawcy: zlecano mu pewne zadania politycznowojskowo-

finansowe wtedy, gdy z rozmaitych względów Waszyngtonowi „nie wypadało” bezpośrednio i oficjalnie się

angażować np. w Republice Południowej Afryki. Mossad i inne służby specjalne były agendami CIA, a armia izraelska,

choć luźno, włączona była w ogólną infrastrukturę militarną USA. Jeśli imperium uzna, że usługi państwa żydowskiego

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - ŻYDOWSKA WOJNA?

14

nie są mu już potrzebne lub że państwo to jest dla niego politycznym obciążeniem to „specjalne stosunki”, uznane za

dysfunkcjonalne, zostaną po prostu rozwiązane, tak jak dowództwo rozwiązuje kontrakt z żołnierzem zawodowym.

Jedynym sensem i legitymizacją istnienia Izraela jest służyć interesom geopolitycznym i ekonomicznym imperium

światowego. Sądzić, że imperium narażałoby swoje globalne interesy, aby wspierać lokalne i regionalne ambicje władz

państwa, które jest jego klientem, to śmieszny absurd. Ci, którzy jak Patryk Buchanan, uważają, że wojna w Iraku miała

na celu zapewnienie bezpieczeństwa Izraelowi, błędnie interpretują polityczną rzeczywistość. Nie uwzględniają oni podstawowego

faktu, że imperium jak najbardziej może zadbać o bezpieczeństwo Izraela, ale tylko wówczas, gdy zgodne to

jest z ogólniejszym, nadrzędnym interesem (bezpieczeństwem) imperium. Z faktu, że premier Szaron, wielu prominentnych

Żydów amerykańskich, organizacje żydowskie w USA, sympatycy Izraela w USA popierali wojnę, można wnioskować,

że sądzą oni, iż wojna w Iraku leży w interesie imperium, a tym samym w interesie Izraela, gdyż to imperium

jest źródłem siły państwa żydowskiego. Jeśli imperium będzie się miało dobrze to i Izrael będzie się miał dobrze, jeśli

imperium osłabnie, to upadnie Izrael, który nie może przetrwać bez jego wsparcia.

Dziś Izrael nie odgrywa już swojej roli jako wysuniętego antysowieckiego przyczółka USA na Bliskim Wschodzie,

pozostała mu rola na Bliskim Wschodzie, która zależna będzie od tego, jakie plany wobec tego regionu będzie realizować

imperium po wojnie w Iraku. Jest możliwe, że rola ta będzie maleć o tyle, o ile imperium będzie chciało bez pośredników

„zarządzać” tym regionem i umocnić w nim swoją obecność wojskową. Gorączkowa i bardzo widoczna działalność loby

proizraelskiego w USA jest najlepszym dowodem na to, iż nie jest wcale pewne, że Izrael będzie nadal „strategicznym”

a nie tylko taktycznym „sojusznikiem” USA w regionie. Musi ono, podobnie zresztą jak władze w Tel-Aviwie, stale udowadniać,

jakim ważnym, niezawodnym i niezastąpionym „sojusznikiem” USA jest Izrael w nowym globalnym układzie

sił, musi bezustannie przekonywać o jego przydatności i poszukiwać usprawiedliwienia dla stałej pomocy ekonomicznej,

finansowej, wojskowej i politycznej przeznaczonej dla państwa żydowskiego - gdyby ta przydatność Izraela była dziś tak

oczywista dla każdego, jak była w okresie Zimnej Wojny, to cała ta działalność nie byłaby potrzebna. Natomiast z pewnością

Izrael przydaje się jako obiekt, na który USA skierowują gniew, niechęć czy nienawiść tzw. arabskiej ulicy. Gdyby

nie istnienie Izraela, te uczucia w większym stopniu kierowałyby się ku samym Stanom Zjednoczonym i ich bliskowschodniej

polityce. Dzięki istnieniu Izraela Waszyngton może skuteczniej „zarządzać” napięciami na Bliskim Wschodzie

i je rozgrywać, zawsze rezerwując sobie rolę ostatecznego rozjemcy i arbitra.

Dzisiaj, kiedy wojska imperium wkroczyły bezpośrednio do centrum Bliski go Wschodu, przydatność Izraela wcale

nie jest oczywista. Izrael wiele znaczył w strategii globalnej i bliskowschodniej Waszyngtonu, ale teraz, by użyć biznesowej

retoryki, boss osobiście wziął sprawy w swoje ręce i zaczął robić porządek terenie, co zmieniło sytuację kierownictwa

izraelskiej filii. Jej rola i pozycja zależeć będą od tego, jak długo boss zamierza tam zostać, jaki porządek chce

zaprowadzić, ile swobody da kierownictwu izraelskiej filii w realizacji jej planów, jaką rolę wyznaczy nowej irackiej filii,

jak chce zreorganizować całą firmę etc. Nie jest wykluczone, że imperium zechce po wojnie w Iraku powierzyć Izraelowi

ważne zadania. Dzięki idącej w miliardy dolarów pomocy gospodarczej i wojskowej Izrael ma czwartą armię świata,

doskonałe lotnictwo, broń nuklearną, chemiczną i biologiczną, posiada największą i najlepszą agencję wywiadowczą

na Bliskim Wschodzie, która świadczy usługi na rzecz imperium. Jest państwem garnizonowym, gdzie realna władza

spoczywa w rękach służb specjalnych, wewnętrznego aparatu bezpieczeństwa, wojska i sektora zbrojeniowego. Stanowi

zatem siłę, która przydaje się jako element strategii kontroli Bliskiego Wschodu, choć pamiętać należy, że w przeszłości

Izrael w sumie na niewiele się przydał, gdy upadała władza szacha Iranu lub gdy toczyła się pierwsza wojna z Irakiem.

Imperium światowe może nadal posługiwać się Izraelem ściśle współpracującym z Turcją i nowym Irakiem, aby trzymać

w szachu inne państwa regionu, dyscyplinować je i karać przy pomocy „odwetowych uderzeń”. Czy jednak zezwoli na

zbudowanie Wielkiego Izraela ze stolicą w niepodzielonej Jerozolimie, na „transfer” Palestyńczyków do Jordanii lub

północnego Iraku etc.? To się okaże w przyszłości.

Warto tu jeszcze przyjrzeć się stosunkowi neokonserwatystów do Izraela, bo to ich ze względu na żydowskie pochodzenie

części z nich często oskarża się o to, że prowadzą „żydowską wojnę” i kierują się zasadą „Israel First”. W artykule opublikowanym

w „New York Observer” (28. kwietnia 2003) Joe Hagan cytuje wypowiedź redaktora „The Weekly Standard” Davida Brooksa,

który z właściwym neokonserwatystom poczuciem humoru zauważa autoironicznie: „Jedyną różnicą pomiędzy konserwatystą

i neokonserwatystą jest obrzezanie. Zaczęlismy to nazywać `Osią Obrzezania`”. Związana z neokonserwatystami, zaciekła

polemistka i autorka prawicowych bestsellerów atakująca bezpardonowo wszystkich „zdradzieckich liberałów” Ann

Coulter na pytanie, czy jest neokonserwatystką odpowiedziała żartując „Nie, jestem gojką”. I dodała, że w języku liberałów

„neokonserwatysta” to epitet oznaczający „żydowskiego konserwatystę”.

Neokonserwatyści stanowczo odrzucają oskarżenie, że wojna w Iraku, do której od tak dawna i tak głośno wzywali,

jest „wojną za Izrael”. Jak autorytatywnie stwierdził związany z ich środowiskiem Newt Gingrich, „wojna w

Iraku nie ma nic wspólnego z Izraelem”. Jednak dobrze znany i szeroko komentowany jest fakt, że związki środowiska

neokonserwatystów z Izraelem a szczególnie z izraelską prawicą są bardzo ścisłe, tak ścisłe, że jeden z ojców - założycieli

powojennego amerykańskiego konserwatyzmu, autor fundamentalnej pracy Umysł konserwatywny Russell Kirk

występując w 1988 roku w Heritage Foundation nieco złośliwie zauważył: „nierzadko wydaje się, iż niektórzy znani

neokonserwatyści błędnie uważają Tel Aviw za stolicę USA”. Neokonserwatyści manifestują mocno swoją przyjaźń

z Izraelem, są bardzo wyczuleni na krytykę państwa żydowskiego i jego polityki i każdą taką krytykę neutralizują grając

rutynowo kartą antysemicką (zręcznie posługują się tą kartą także po to, aby atakować przedstawicieli Starej Prawicy takich

jak Patryk Buchanan, Joseph Sobran czy Russell Kirk, którego wyżej cytowaną uwagę Migde Decter automatycznie

uznała za „antysemicką”).

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - ŻYDOWSKA WOJNA?

15

Ważną rolę w kontaktach, szczególnie z izraelskim establishmentem wojskowym odgrywa wspominana wcześniej,

kierowana przez neokonserwatystów organizacja Jewish Institute for National Security Affairs (JINSA). W 1996 roku

znani neokonserwatyści Richard Perle (osobisty przyjaciel Ariela Szarona), James Colbert z JINSA, Charles Fairbanks

z John Hopkins University i od wielu lat bliski kolega Paula Wolfowitza, Jonatan Torop z Washington Institute for Near

East Studies utworzonego przez American Israel Public Affairs Comittee, Douglas Feith, David Wurmser (szef wydziału

studiów bliskowschodnich American Enterprise Institute) i jego żona Meyrav Wurmser współpracowali przy stworzeniu

pod auspicjami izraelskiego think-tanku Institute for Advanced Strategic and Political Studies dokumentu zawierającego

strategię polityczną dla Benjamina Netanyahu i nowego rządu partii Likud. Dokument zatytułowany „A Clean Break:

A New Strategy for Securing the Realm” był swego rodzaju amerykańsko-izraelskim neokonserwatywnym manifestem.

Richard Perle osobiście wręczył dokument premierowi Netaniahu. Neokonserwatyści z USA występowali więc jako

doradcy rządu Izraela.

Członkini neokonserwatywnego Hudson Institute Meyraw Wurmser była również współzałożycielką wraz z pułkownikiem

Yigalem Carmonem, który wcześniej pracował dla wojskowych służb specjalnych Izraela, Middle East Media

Research Institute. Hillel Fradkin był dyrektorem neokonserwatywnego Ethics and Public Policy Center i pracował

dla neokonserwatywnego American Enterprise Institute. W 1994 roku wraz z Yoramem Hazoney`em Fradkin założył

izraelski odpowiednik AEI Shalem Center sponsorowane przez milionerów i prawicowych syjonistów Ronalda Laudera

(dziedzic fortuny magnatów kosmetycznych, mecenas sztuki, prezes Jewish National Fund, były przewodniczący Konferencji

Organizacji Żydowskich w USA, sponsor partii Likud i Benjamina Netaniahu, urzędnik Departamentu Obrony i

ambasador USA w Austrii za prezydentury Ronalda Reagana) i Rogera Hertoga, wiceprzewodniczącego Alliance Capital

Management. Hertog, o którym Mark Gerson, prezes firmy inwestorskiej Gerson Lehrman Group, wydawca „The Essential

Neoconsevative Reader” i członek rady powierniczej American Enterprise Institue powiedział, że jak nikt inny przyczynił

się finansowo do zaistnienia ruchu neokonserwatywnego, jest członkiem zarządu American Enterprise Institute

i innej neokonserwatywnej instytucji Manhattan Institute of Policy Research. Hertog jest razem z Conradem Blackiem

i finansistą -milionerem Michaelem Steinhardtem (założycielem Jewish Life Network - fundacji wspierającej wiele nowych

żydowskich inicjatyw i organizacji) współwłaścicielem neokonserwtywnego dziennika „New York Sun”, i razem z

Martinem Peretzem oraz Michaelem Steinhardtem współwłaścicielem sympatyzującej z neokonserwatystami „The New

Republic” - redaktor tego pisma Lawrence Kaplan i William Kristol (przyjaciel Rogera Hertoga) opublikowali książkę

promującą wojnę z Irakiem. Obywatela Wielkiej Brytanii Conrada Blacka, który nawet niektórych publicystów pisujących

w jego „The Spectator” uznał za „antysemitów”, torysowski polityk lord Gilmour oskarżył o uprawianie „jadowitej

propagandy izraelskiej”. Michael Steinhardt wykupił połowę udziałów znanej żydowskiej gazety „Forward”, która jeszcze

kilkanaście lat temu była wydawana w jidysz. Partnerem w interesach i przyjacielem Steinhardta jest Bruce Kovner,

finansista z Wall Street, właściciel Caxton Corporation, numer 303 na liście najbogatszych magazynu „Forbes”, który zainwestował

też w nekonserwatywny „The New York Sun” oraz w „The New Republic”. Kovner wspiera finansowo American

Enterprise Institute, gdzie jest przewodniczacym rady powierniczej (wiceprzewodniczącym jest Lee R.Raymond z

Exxon Mobil Company), i Manhattan Institute, gdzie jest czlonkiem zarządu. Wydawca i redaktor „The New York Sun”

Seth Lipsky, który redagował wcześniej „Forward”, został na łamach „New Yorkera określony jako „syjonista w typie

Żabotyńskiego”. Hilel Fradkin był studentem ucznia Leo Straussa Allana Blooma. Jego partner z Shalem Center Yoram

Hazoney pisał przemówienia dla premiera Beniamina Netaniahu i uchodził za zwolennika nieżyjącego już rabina Meira

Kahane, skrajnie prawicowego żydowskiego działacza politycznego, założyciela Jewish Defense League i ruchu Kach.

Neokonserwatysta William Bennett kieruje grupą Americans for Victory over Terrorism, którą sponsoruje żydowski

developer - milioner Lawrence Kadish z Nowego Jorku - gorący zwolennik Likudu i przewodniczący Republican Jewish

Coalition. Kadish sponsoruje też Center for Security Policy (CSP) kierowane przez Franka Gaffney`a. Do sponsorów zarówno

JINSA jak i CSP należy żydowski milioner i żarliwy syjonista Irving Moskovitz z Kalifornii (właściciel salonów

gry w bingo). Moscovitz wspiera finansowo prawicowych osadników w Izraelu na przykład ultraortodoksyjną grupę

Aterel Cohanim, daje pieniądze na wykup ziemi od Arabów w Jerozolimie. Moskovitz sfinansował również ponowne

otwarcie w 1996 roku tunelu pod Temple Mount/Haram al-Sharif. Innym sponsorem Gaffney`a jest Poju Zabludowicz,

stojący na czele międzynarodowego konglomeratu, w skład którego wchodzi izraelski producent broni Soltam (gdzie

zatrudniony był kiedyś Richard Perle) i sponsorujący londyńskie Britain - Israel Communication and Research Centre.

Paul Wolfowitz ma rodzinę w Izraelu i w okresie rządów Busha seniora pełnił rolę łącznika pomiędzy rządem a główną

żydowską organizacją lobbystyczną w USA American Israel Public Affairs Committee (AIPAC). Bliski współpracownik

Wolfowitza wspomniany wyżej Douglas Feith jest wyznawcą prawicowego syjonizmu. Kontynuuje on tradycje rodzinne

- jego ojciec, byznesman z Filadelfii Dalck Feith był w latach 30. w Polsce zwolennikiem lidera syjonistów-rewizjonistów

Włodzimierza Żabotyńskiego. Obaj Feithowie zostali uhonorowani w 1997 roku nagrodą przez prawicową Zionist Organization

of America (ZOA), która uznała Feitha za „proizraelskiego aktywistę” (niektóre źródła twierdzą, że Douglas Feith

jest członkiem ZOA). Feith był przez pewien czas prezesem powstałej w 1994 roku National Unity Coaliton for Israel

(NUCI), która skupiła najbardziej „prawicowe” elementy społeczności żydowskiej w USA i organizacje chrześcijańskich

syjonistów budując kontakty z Kongresem i neokonserwatywnymi think-tankami w Waszyngtonie. Lewis „Scooter” Libby

wraz z Markiem Richem działali aktywnie na rzecz Ariela Szarona montując polityczną intrygę, która miała osłabić

jego konkurenta wyborczego z lewicy. Współpracownikami Libby`ego przy akcji mającej na celu ułaskawienie Marka

Richa byli Michael Steinhardt oraz identyfikowani przez niektóre źródła jako ex funkcjonariusze Mossadu, Zwi Rafiah

i Avner Azulay, który stoi na czele Marc Rich Foundation. Przypomnijmy tutaj, że Rich (dawniej Marc Reich), finansista,

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - ŻYDOWSKA WOJNA?

16

handlarz złotem i metalami wartościowymi był w bliskich kontaktach z Hillary Rodham Clinton i jej zaufanym przyjacielem

Vincem Fosterem, odegrał dużą rolę w tzw. aferze rublowej z poczatku lat 90., i podejrzewany jest o przetransferowanie

na rzecz rodziny Clintonów 30 milionów dolarów.

Finansowy patron neokonserwatystów, właściciel medialnego koncernu News Coropration, urodzony w 1931 roku

w Melbourne Rupert Murdoch jest bliskim przyjacielem Ariela Szarona i gorąco popiera partię Likud. Matka Murdocha

była ortodoksyjną Żydówką, on sam biorąc za żonę Elizabeth Joy Greek wżenił się w bogatą i ustosunkowaną australijską

rodzinę żydowską. Na należącym do Murdocha kanale Fox News pojawia się często jako komentator Beniamin Netaniahu.

Medialny magnat jest blisko związany z Ligą przeciw Zniesławianiu, sponsoruje charytatywną organizację United

Jewish Appeal, która w 1997 roku wyróżniła go tytułem „filantropa roku”.

Wymienić by można jeszcze wiele innych przykładów bliskiej i korzystnej dla obu stron współpracy neokonserwatystów

z izraelską prawicą, z izraelskimi kołami wojskowymi i izraelską zbrojeniówką, z aparatem bezpieczeństwa

państwa żydowskiego i z prawicowymi organizacjami syjonistycznymi etc. Jednak oskarżenia wysunięte przez Patryka

Buchanana w jego znanym artykule „Czyja wojna?” pod adresem neokonserwatystów i podjęte przez innych publicystów,

sugerowanie, że to żydowskie pochodzenie wielu neokonserwatystów i ich związki z izraelską prawicą spowodowały,

iż parli oni do wojny z Irakiem, należy zdecydowanie odrzucić, gdyż całkowicie zaciemniają one obraz sytuacji. Nazywanie

Richarda Perle`a, Paula Wolfowitza, Douglasa Feitha i innych neokonserwatystów „likudnikami” jest zręcznym

posunięciem na użytek publicystycznej polemiki, ale nie trafia w sedno: wbrew temu co sądził Russell Kirk, centralnym

punktem uniwersum neokonserwatystów, nie jest Jerozolima czy Tel Aviw, ale Waszyngton, ich pierwszą i podstawową

lojalnością nie jest lojalność wobec Izraela, ale wobec imperium. Mogą oni żywić do państwa żydowskiego sentyment

z rodzinnych, kulturalnych czy innych względów, mogą okazywać mu specjalną uwagę i sympatię, ale tylko tak długo,

jak długo zgodne to jest z interesem imperium. Gdyby w jakimś napadzie irracjonalnego zaćmienia umysłów zechcieli

oni swoje sentymenty lub interesy ideologiczno-kulturalne związane z Izraelem postawić wyżej niż interes imperium

zostaliby natychmiast wyeliminowani z jego kierowniczych gremiów. Ich spojrzenie na Izrael musi być i jest spojrzeniem

z perspektywy ośrodka kierowniczego imperium światowego i rozpatrywać muszą oni problem Izraela w imperialnej a

nie wąskiej, partykularnej perspektywie.

Jest rzeczą całkowicie niewyobrażalną, aby którykolwiek z neokonserwatystów, gdyby zdarzyło mu się brać udział

w zamkniętej naradzie kierownictwa imperium, na której dyskutowano wszystkie „za” i „przeciw” wojnie z Irakiem,

mógł posłużyć się argumentem, że należy wysłać wojska amerykańskie do Iraku, bo to jest „w interesie Izraela”. Ba,

nie mógłby tego argumentu nawet „wyartykułować”, bo nie mieści się on w języku, w systemie kategorii politycznych i

strategicznych używanych przez kierownictwo imperium światowego. Jedyne co mógłby zrobić to udowodnić, że wojna

jest potrzebna, aby umocnić Izrael jako ważną placówką imperium.

Jest absolutnie niemożliwe, żeby w sytuacji, gdyby interes Izraela okazał się sprzeczny z interesem imperium,

neokonserwatyści wyżej postawili „interes Izraela” niż interes imperium. Oznaczałoby to bowiem, że „interes Izraela” stawiają

oni ponad swoją własną władzę i swój własny egzystencjalny interes polityczny, które są ściśle związane z losem imperium.

Musielibyśmy ich uznać za potencjalnych pacjentów ośrodków terapeutyczno-psychiatrycznych, gdyby okazało się, że

narażają władzę nad światem, w której mają dziś swój udział, dla interesów Izraela będącego dla wielu z nich „małą ojczyzną”.

To tak, jakby przypuszczać, że prezydent Bush mógłby postawić interes Teksasu, który jest jego „małą ojczyzną”, ponad

interes imperium światowego, którym rządzi. Absurdalność takiej supozycji nie jest oczywista tylko dla tych, którzy

kierują się antyżydowskimi czy antyizraelskimi uprzedzeniami.

POLITYKA APOKALIPSY

Drugim obok neokonserwatystów środowiskiem, które wpływa na politykę rządu Busha i Partii Republikańskiej jest

chrześcijańska prawica w jej protestanckim „ewangelicznym” wydaniu. Tworzą ją kościoły, sekty i ruchy charyzmatyczne

propagujące specyficzną millenarystyczną apokaliptyczną teologię, która z kolei tworzy podstawę teologii politycznej

przełożonej następnie na konkretne koncepcje i działania polityczne mające pewne znaczenie w kontekście polityki bliskowschodniej

i polityki wobec Izraela.

Dla określenia tych odległych od protestanckiej i luterańskiej ortodoksji nurtów używa się takich terminów jak „premillenaryści”,

„ewangelicy”, „fundamentaliści”, „dyspensjonaliści”, „teologowie Czasów Ostatecznych”, „apokaliptycy”,

„protestanccy syjoniści”, „chrześcijańscy syjoniści”, „armagedoniści”.

Nie wchodząc w teologiczne zawiłości i spory pomiędzy różnymi odłamami apokaliptyków streśćmy najważniejsze

wątki ich wizji Czasów Ostatecznych opartej na interpretacji proroctw Daniela, Micheasza, Ezechiela, Jeremiasza, Izajasza

i Zachariasza, eschatologicznych zapowiedzi zawartych w Ewangeliach i Objawienia Św. Jana. Żyjemy w czasach

końca, proroctwa wypełniają się na naszych oczach, niedługo Jezus przybędzie w obłokach i wskrzesi chrześcijan z martwych.

Wszyscy prawdziwi chrześcijanie unikną fizycznej śmierci i z ciałem zostaną wzięci (porwani) w niebo (w obłoki)

jak Eliasz wartościowymi - tzw. rupture, grec. „harpazo” - zgodnie z tym, co pisze św. Paweł w pierwszym Liście do

Tessaloniczan (4:16-17): „Gdyż sam Pan na dany rozkaz, na głos archanioła i trąby Bożej zstąpi z nieba; wtedy najpierw

powstaną ci, którzy umarli w Chrystusie; Potem my, którzy pozostaniemy przy życiu, razem z nimi porwani będziemy w

obłokach w powietrze, na spotkanie Pana; i tak zawsze będziemy z Panem” (cyt. według Biblii wydanej przez Brytyjskie

i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne, Warszawa 1975). „Porwanie w obłoki” nastąpi na trzy i pół roku przed momentem,

kiedy na ziemi rozpocznie się siedmioletni czas zamętu, utrapienia, cierpień i mąk (ang.tribulation). Ci wierzący chrze-

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - POLITYKA APOKALIPSY

17

ścijanie, którzy umrą przed „porwaniem”, powstaną z martwych i również zostaną „wzięci w obłoki”, aby spotkać tam

Jezusa. Narody świata wystąpią przeciw Izraelowi, (który na ziemi zastąpi chrześcijan wziętych w obłoki), aby go zniszczyć,

Antychryst wkroczy do odbudowanej Świątyni w Jerozolimie i zażąda, aby czczono go jako Boga. Żydzi, którzy

w tym okresie uwierzą w Jezusa staną się męczennikami. W okolicach Jerozolimy na polach Armagedonu rozegra się

ostateczna apokaliptyczna bitwa bitew, Żydzi, którzy nie uwierzą w Jezusa Chrystusa zginą w tej bitwie, Jezus Chrystus

zejdzie z chmur wraz z „wziętymi” chrześcijanami, zwycięży szatańskie moce, odbuduje tron Dawida w Jerozolimie,

która będzie stolicą świata, zasiądzie na nim jako król żydowski i będzie rządził tysiąc lat w pokoju i sprawiedliwości

razem z „wziętymi” chrześcijanami, którzy przebywać będą na ziemi w ponadnaturalnych, uświęconych ciałach. Żydzi,

którzy przeżyją czas zamętu i prześladowań i uznają Jezusa jako Zbawiciela staną się Jego prawą ręką i będą Mu pomagać

w zarządzaniu ziemią. Po tysiącu lat sprawiedliwych rządów Jezusa nastąpi Sąd Ostateczny, na którym Szatan i wszyscy

niewierzący zostaną strąceni do piekieł.

W apokaliptycznym fundamentalizmie kluczowa rola w wydarzeniach prowadzących do Drugiego Przyjścia Jezusa

Chrystusa przypada Izraelowi. Korzenie tej koncepcji tkwią w brytyjskim protestantyzmie XVII. wieku, żeby wymienić

tu choćby sir Henry Fincha, wybitnego prawnika i członka parlamentu, który w 1621 roku napisał traktat wzywający

Brytyjczyków i rząd brytyjski do wsparcia osadnictwa żydowskiego w Palestynie, aby „pomóc” w ten sposób w spełnieniu

się biblijnych proroctw. W XIX. wieku były anglikański ksiądz z Irlandii John Nelson Darby (1800-1882) założyciel

sekty Plymouth Brethren, który przez wiele lat podróżował i nauczał w Europie i w Ameryce Północnej popularyzując

i systematyzując watki eschatologiczne, rozwinął nową szkołę myślenia teologicznego nazywaną „przyszłościowym

premillenaryzmem” lub „dyspensjonalizmem”. Darby, uznawany za najbardziej wpływową postać protestanckiego

syjonizmu, uważał, że biblijne proroctwa winny być interpretowane zgodnie z hermeneutyką, która traktuje je literalnie

i uznaje ich ważność jako spełniających się przepowiedni. Na przykład zapowiedź Jezusa zburzenia Świątyni

w Jerozolimie nie odnosi się, tak jak nauczał tego i naucza Kościół katolicki, do zburzenia Świątyni przez Rzymian

w 70. roku, ale do zburzenia jej w naszych czasach (najpierw trzeba ją oczywiście odbudować, aby mogła zostać zburzona).

Według Darby`ego chrześcijanie winni traktować historię w świetle siedmiu epok lub „dyspensacji”, w których za każdym

razem Bóg inaczej objawia się ludzkości. Drugie Przyjście Jezusa dokona się jakby w dwóch fazach, pierwsza to tajemne

przyjście dla „świętych” czy „prawdziwych chrześcijan” w momencie „wzięcia”, które Darby interpretował jako wzięcie

z ciałem „w powietrze”, druga w chwili objęcia przez Jezusa rządów na ziemi. Darby uważał, że naród żydowski przyjmie

rolę najważniejszego narzędzia Boga w historii. Niektórzy znawcy tematu twierdzą, że Darby znalazł zalążek koncepcji

„porwania” w napisanej około 1791 roku i wydanej po hiszpańsku w roku 1812 książce The Coming of Messiah in Glory and

Majesty, której autorem był hiszpański jezuita Manuel Lacunza uznający się za przechrzczonego Żyda i występujący pod

nazwiskiem Juan Jozafat Ben Ezra, który z kolei nawiązywał do koncepcji innego hiszpańskiego jezuity z 16. wieku Francisco

Ribeiry. Dzieło Lacunzy przełożył na angielski współwyznawca Darby`ego Edward Irving. Zgodnie z teologią Darby`

go przymierze Boga z Abrahamem jest wiążące na zawsze i wszystkie obietnice odnoszące się do narodu żydowskiego

i dotychczas niespełnione zostaną spełnione w okresie tysiącletnich rządów Jezusa na ziemi. W pewnym sensie teologia

Darby`ego jest odwróceniem tradycyjnej teologii zastępstwa mówiącej, że to Kościół zastąpił biblijny Izrael.

W nieprzerwalnej i nieodwoływalnej relacji Przymierza Boga z Izraelem Kościół jest tylko parentezą. U Darby`ego

Izrael zastępuje Kościół, oczywiście nie chodzi o Kościół katolicki, gdyż ten jest odstępcą od prawdziwej wiary i

wymaga nawrócenia, ale Kościół będący zgromadzeniem prawdziwie wierzących czyli tych, którzy przeżyli wewnętrzne

doświadczenie nawrócenia, zaakceptowali Jezusa jako swojego osobistego zbawiciela i zobowiązali się żyć

„świętym” życiem chrześcijańskim. Można Darby`ego uznać za prekursora tzw. pozytywnej teologii judaizmu, gdyż

twierdził on, że chrześcijanie i naród żydowski mają dwa odrębne powołania i dwie odrębne drogi do zbawienia.

Uczniem Darby`ego był William Blackstone, biznesmen z Illinois, który w 1882 roku napisał bestseller Jesus is Coming

i przyczynił się mocno do popularyzacji dyspensjonalizmu. Blackstone nie chciał czekać bezczynnie na powstanie

państwa żydowskiego, ale działał politycznie i propagandowo na rzecz jego odbudowania. W 1891 roku Blackstone z

poparciem J.P.Morgana, Johna D.Rockefellera, Charlesa B.Scribnera zorganizował wielką kampanię prasową wzywającą

prezydenta Beniamina Harrisona do wsparcia idei utworzenia w Palestynie państwa żydowskiego. Dodajmy, że pod

wpływem dyspensjonalizmu byli sprzyjający syjonizmowi znani przedstawiciele brytyjskiego życia politycznego: lord

Palmerstone, lord Ashley Cooper (siódmy hrabia Shaftesbury), lord Artur Balfour i David Lloyd George.

Najważniejszym źródłem współczesnego anglosaskiego dyspensjonalizmu jest wydana w 1909 roku przez ucznia Darby`

ego Cyrusa Ingersona Scofielda Biblia Króla Jakuba, opatrzona przez niego obszernymi komentarzami i przypisami,

w których mowa jest o roli Żydów i Izraela. Biblia Scofielda będąca najbardziej popularną w USA Biblią z komentarzami,

stała się narzędziem upowszechnienia dyspensjonalizmu wśród szerokich mas i zdefiniowała system dyspensjonalistyczny

na następne 90 lat. Przedmiotem sporów jest udział wczesnych syjonistów np. Samuela Untermeyera (1858-1940)

w sfinansowaniu wymagającej wiele czasu, energii i pieniędzy pracy Scofielda nad Biblią (Untermeyer - wybitny prawnik

- stanął później na czele American Jewish Comittee i był prezesem American League of Jewish Patriots). Co ciekawe

Biblia Scofielda mimo swojej teologicznej ekscentryczności opublikowana została w 1930 roku przez renomowane wydawnictwo

Oxford University Press i sprzedała się w milionie egzemplarzy. Nadmienić tu można, że w 1910 roku czyli

w rok po ukazaniu się pierwszego wydania Biblii Scofielda założyciel Union Oil Lyman Stewart wydał 250 000 dolarów

na sfinansowanie druku i dystrybucji serii broszur zatytułowanej „The Fundamentals”, która propagowała dyspensjonalistyczny

i premilennarystyczny punkt widzenia. 3 miliony egzemplarzy tych broszur zostało rozprowadzonych w kościołach

na obszarze całych Stanów Zjednoczonych

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - POLITYKA APOKALIPSY

18

To zasadnicza rola Żydów i Izraela w dyspensjonalizmie i premillenaryzmie sprawiła, że określany jest on również

mianem „chrześcijańskiego syjonizmu”. W Biblii Scofielda wydarzenia wyczytane z Biblii zogniskowane są wokół

przeszłości, teraźniejszości i przyszłości Izraela. Według Scofielda Jezus Chrystus nie powróci na ziemię, zanim Żydzi

nie powrócą do Palestyny, nie odzyskają kontroli nad Jerozolimą i nie odbudują Świątyni. Z tych samych przesłanek

wychodzą współcześni amerykańscy chrześcijańscy syjoniści, którzy skupiają swoją uwagę na Bliskim Wschodzie, bo

uważają, że zgodnie z Biblią to Bliski Wschód będzie sceną ostatecznej bitwy i Drugiego Przyjścia Jezusa Chrystusa,

i że chrześcijanie nie powinni biernie czekać na wypełnienie się proroctw ale być ich aktywnymi wykonawcami. Winni

działać jak katalizator, który przyśpieszy Drugie Przyjście.

Kiedy w 1948 roku utworzone zostało państwo żydowskie, najważniejszy kawałek profetycznego puzzla wskoczył

na swoje miejsce, tykać zaczął zegar biblijnych proroctw, pojawił się „niezaprzeczalny dowód”, że dyspensjonalistyczne

czy premillenarystyczne odczytanie Biblii jest prawidłowe. Narodziny Izraela uznano za znak, że wypełniają się biblijne

proroctwa i zaczynają się Dni Ostatnie. Flaga z gwiazdą Dawida łopocząca nad Palestyną inauguruje erę mesjańską

i zapowiada Drugie Przyjście Chrystusa. Rok 1948 to początek odliczania do Armagedonu - żadne inne wydarzenie nie

byłoby znakiem, że count-down się rozpoczął. Państwo żydowskie ulokowane jest teraz w centrum biblijnych profecji,

staje się osią eschatologicznego dramatu. W Izraelu spełnia się przeznaczenia świata, Żydzi w Izraelu są instrumentem

realizacji mesjańskich obietnic.

Kolejnymi wydarzeniami, które miały dramatyczny wpływ na postawy premillenarystycznych chrześcijańskich

syjonistów wobec Izraela, były wojna sześciodniowa w 1967 roku i przejęcie przez Żydów politycznej kontroli nad

Jerozolimą. Było to polityczno-militarne wydarzenie, które dostarczyło potężnego paliwa profetycznym spekulacjom

i wzmocniło przekonanie, że Izrael powstał, aby wypełnić istotną misję w historii, i odegra ważną rolę w procesie, który

poprzedzi przyjście Mesjasza. Redaktor „Christianity Today”, teść znanego kaznodziei Billy Grahama L. Nelson Bell

napisał wówczas: „Po raz pierwszy od ponad 2000 lat Jerozolima jest znowu całkowicie w rękach Żydów, co przejmuje

do głębi każdego studiującego Biblię i odnawia jego wiarę w jej dokładność i ważność”.

Po 1967 roku przekonanie, że państwo żydowskie ma zasadnicze znaczenie w przygotowaniu gruntu dla nadejścia

ery mesjańskiej, zaczyna dominować w całej propagandzie religijno-politycznej chrześcijańskich syjonistów i określać

ich stosunek do Izraela oraz Żydów. Hal Lindsey, jedna z najważniejszych postaci chrześcijańskiego syjonizmu w USA,

nazywany „Jeremiaszem swojego pokolenia”, autor wielu książkowych bestsellerów, napisał, że Żydzi są „cudem historii”,

wyjątkowym narodem, że Jerozolima to najważniejsze miasto na planecie, które będzie duchowym centrum całego

świata, dokąd wszyscy ludzie z całej planety będą co roku przyjeżdżać, aby czcić Jezusa, który zasiądzie tam na tronie.

Izrael, pisał Lindsay, jest przeznaczony do tego, aby odgrywać główną rolę w świecie, państwo żydowskie będzie pełne

wielkiego bogactwa, władzy i prestiżu w Dniach Ostatnich. Izrael, zdaniem Lindsey`a przesuwa się ku centralnemu miejscu

na politycznej i ekonomicznej scenie świata.

Polityczna teologia chrześcijańskich syjonistów wywodzona z Pisma Świętego zawiera następujące składniki mające

istotne implikacje polityczne: obietnice dane Abrahamowi są wieczne, bezwarunkowe i nieodwoływalne i rozciągają się

na wszystkich Żydów w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, Bóg dał Żydom Palestynę na zawsze, do nich należy

każdy milimetr kwadratowy tej ziemi, łącznie ze Strefą Gazy, Wzgórzami Golan, Judeą i Samarią (najbardziej radykalni

chrześcijańscy syjoniści postulują odtworzenie Wielkiego Izraela w granicach od Nilu do Eufratu), niepodzielona Jerozolima

jest stolicą państwa żydowskiego, wrogość wobec Izraela jest próbą przeszkodzenia w realizacji planu Bożego, antysemityzm

ma szatańskie źródła. To wszystko czyni chrześcijańskich syjonistów najbardziej zagorzałymi przyjaciółmi

państwa żydowskiego, którzy każdy akt polityczny przez nie dokonany uznają za dostrojony do planu Boga i jako taki nie

podlegający krytyce, chyba że idzie o akty typu „ziemia za pokój”, wstrzymanie osadnictwa żydowskiego na Ziemiach

Okupowanych, ustępstwa polityczne wobec Palestyńczyków czy krajów arabskich itp. Te bowiem oznaczają, że Żydzi nie

chcą nieść brzemienia nałożonego na nich przez Boga, nie chcą wypełniać swojego mesjańskiego obowiązku, odmawiają

odegrania swojej roli w eschatologicznym dramacie, co jest niewybaczalną zdradą wobec ludzkości.

Teologia polityczna chrześcijańskich syjonistów przekłada się na konkretną działalność polityczną, propagandową

i filantropijną. Zebrali oni miliony dolarów na popieranie osadnictwa żydowskiego na Terytoriach Okupowanych, nieodmiennie

opowiadają się za trwałą wojskową i finansową pomocą USA dla Izraela, popierają inkorporację Terytoriów

Okupowanych do Izraela, są przeciwnikami jakichkolwiek ustępstw wobec Arabów, usprawiedliwiają moralnie i politycznie

wszystkie akcje armii izraelskiej i służb specjalnych wobec Palestyńczyków, prowadzą stałą agitację na rzecz

partii Likud i innych prawicowych ugrupowań w Izraelu etc. Popierają również przejęcie Góry Świątynnej przez Żydów,

działają na rzecz odbudowy Świątyni w Jerozolimie, wspierają próby wyhodowania „czerwonej jałówki bez skazy” opisanej

w Księdze Liczb, aby „wymusić” spełnienie proroctw.

Mamy do czynienia ze spirytualną geopolityką i „eschatologiczną polityką”, w której religijne proroctwa i teologiczne

interpretacje dyktują konkretne posunięcia i działania polityczne. Chrześcijańscy syjoniści opowiadali się np.

za emigracją Żydów z ZSRR do Izraela i współfinansowali ją, bo wierzą, że im więcej Żydów zbierze się w Izraelu,

tym szybciej wypełnią się proroctwa. Hal Lindsey powołując się na proroka Jeremiasza, napisał, że Bóg uczynił

obietnicę Izraelowi a Bóg dotrzymuje obietnic, dlatego każdy, kto odmawia Izraelowi prawa do istnienia, ten walczy

z Bożą obietnicą. Inny chrześcijański syjonista republikański senator James Inhofe z Oklahomy oświadczył, że

konflikt izraelsko - palestyńskie to nie walka polityczna, ale spór o to, czy słowa Boga są prawdziwe czy nie. Ci,

którzy naciskają na powstanie państwa palestyńskiego, działają wbrew zamiarom Boga, premier Rabin został zamordowany

ponieważ działał przeciw woli Bożej. Właściwa jest tylko taka polityka, która nie „tamuje” nurtu proroctw

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - POLITYKA APOKALIPSY

19

spełnianych w Izraelu - zwiastunie Dni Ostatnich. Każdy, kto, tak jak premier Rabin, działa wbrew profetycznym

zapowiedziom, ściąga na siebie wielkie niebezpieczeństwo. Izrael musi być broniony za wszelką cenę, bo gdyby został

militarnie pokonany lub wręcz gdyby państwo żydowskie upadło, nadejście mesjańskiej epoki oddaliłoby się

w niewiadomą przyszłość a wraz z tym nadzieja na uniknięcie fizycznej śmierci. Należy tutaj dopowiedzieć, że premillenarystyczna

koncepcja zakładająca „wzięcie” czy „porwanie” (ciekawe, że termin „rupture” występuje również

w subkulturze UFO) prawdziwych chrześcijan z ciałem do nieba rozwiązuje dla jej wyznawców odwieczny dylemat

zawarty w powiedzeniu: „każdy chce pójść do nieba, ale nikt nie chce umierać”. „Porwanie”, które wkrótce

nastąpi - musi nastąpić wkrótce, a nie np. za tysiąc lat, bo za tysiąc lat ci, do których adresowane jest apokaliptyczne

przesłanie nie będą już żyli - pozwoli prawdziwym chrześcijanom uniknąć mąk i cierpień okresu „Tribulation”

i pójść do nieba bez umierania. Ta wiara w uniknięcie fizycznej śmierci jest doktrynalnie zabezpieczona poprzez zapowiedzianą

w mesjańskich proroctwach sekwencję wydarzeń mesjańskich aż po zagładę w bitwie na polach Armagedonu.

Dlatego Izrael jako konieczny wehikuł na mesjańskiej drodze musi być broniony za wszelką cenę, trzeba podtrzymywać

ze wszystkich sił jego egzystencję i zapewniać mu bezpieczeństwo. Jeśli Izrael upadnie, to wraz z nim upadnie nadzieja

na to, że chrześcijanie nie umrą i zostaną żywi wzięci do nieba. Żydzi muszą przetrwać jako „ciało Izraela” do momentu

rozpoczęcia okresu „Tribulation” po to, aby większość z nich mogła zginąć w tym okresie. John F.Walvoord, jeden

z czołowych teologów dyspensjonalizmu, który przez trzy dekady stał na czele Seminarium Teologicznego w Dallas

- głównego ośrodka teologicznego ruchu, powołując się na proroctwo Zachariasza (13:8,9) stwierdził w swojej książce

Israel in Prophecy (1962), że w okresie „Tribulation” zginie dwie trzecie Żydów, a pozostała jedna trzecia doczeka

powtórnego przyjścia Chrystusa, które przepowiedziane jest w następnej części Księgi Zachariasza. Armagedonista

Timothy Dailey w swojej książce The Gathering Storm (1992) przewiduje, że Tel Aviw zniszczony zostanie przez bombę

atomową wysłaną z Syrii.

Trzeba chronić Żydów, bo śmierć dwóch trzecich z nich przewidziana jest w apokaliptycznym scenariuszu. Jeśli Żydzi

nie przetrwają, to nie będą mogli odegrać swojej roli w scenariuszu ergo scenariusz nie będzie mógł się zrealizować.

Sojusz amerykańskich chrześcijańskich syjonistów z Izraelem jest swego rodzaju polityczno-teologicznym „dealem”:

premier Szaron, partia Likud czy szerzej klasa rządząca Izraela (jak również establishment żydowski w USA) wykorzystuje

premillenarystów dla swoich celów politycznych, ci zaś wykorzystują Izrael i Żydów dla swoich celów teologicznych,

dla Izraela chrześcijańscy syjoniści są instrumentem politycznym, dla nich zaś Izrael jest narzędziem metafizycznym,

aktorem niezbędnym dla odegrania apokaliptycznego scenariusza. Dodatkowo izraelska prawica z partii Likud widzi

w chrześcijańskich syjonistach źródło finansowego wsparcia wyrównującego straty, jakie wynikają ze zmniejszenia

sponsoringu od amerykańskiej społeczności żydowskiej, która, w większości o liberalno-lewicowych poglądach i

niechętna rosnącemu wpływowi małych partii ortodoksyjnych będących w koalicji z Likudem i radykalnego ruchu

osadniczego, obcięła datki na Jewish National Fund i inne instytucje w USA wspierające Izrael. Te rachuby prawicy

izraelskiej nie są, jak pisaliśmy wcześniej, pozbawione podstaw. Na przykład w drugiej połowie lat 90. International

Fellowship of Christians and Jews kierowana przez rabina Yeckhiela Ecksteina z Chicago zebrała 5 milionów dolarów

prawie w całości pochodzących od chrześcijańskich syjonistów. W 1998 roku pastor John Hagee z San Antonio

w Teksasie zebrał wśród członków swojego kościoła (Cornerstone Church) milion dolarów dla Izraela. Poza tym chrześcijańscy

syjoniści organizują liczne wycieczki i pielgrzymki do Izraela, które przez izraelskie Ministerstwo Turystyki

traktowane są jako ważny segment rynku turystycznego i źródło wpływów do budżetu państwa.

Na marginesie dodajmy, że instrumentalne traktowanie Żydów i Izraela przez chrześcijańskich syjonistów wywołuje

pewne ideologiczne zamieszanie, gdyż nie dają się oni zaklasyfikować ani jako filosemici ani jako antysemici. Na

płaszczyźnie praktycznej polityki i propagandy są filosemitami, ale na płaszczyźnie moralno-teologicznej można ich uznać

za antysemitów, gdyż redukują Izrael i Żydów do bytów wyłącznie funkcjonalnych, do narzędzia popychającego historię ku

momentowi Powtórnego Przyjścia. Współcześni Żydzi są wprawdzie dziedzicami biblijnego Izraela i obiektem proroctw

o odbudowie Królestwa Dawidowego w epoce mesjańskiej, ale jedynie chrześcijanie „born again in Christ” mogą być

zbawieni i cieszyć się życiem wiecznym. Ponieważ Żydzi nie akceptują Jezusa, dlatego są moralnie i duchowo pozbawieni

czegoś najważniejszego. Jest więc tu obecna pewna ambiwalencja, która widoczna jest także w kwestii nawracania Żydów.

Propagowanie chrześcijaństwa wśród Żydów to nauczanie tego boskiego narodu jego roli w historii i warunek ocalenia

części z nich w czasie Wielkiego Zamętu. Praca misyjna wśród Żydów jest konieczna, bo Żydzi potrzebują Jezusa.

Z drugiej jednak strony istnieje teoretyczne wprawdzie, ale jednak, niebezpieczeństwo, że Żydzi zbyt wcześnie nawrócą się

en masse na chrześcijaństwo. Staliby się wówczas chrześcijanami i tak jak inni chrześcijanie zostaliby „porwani” w niebo,

zanim rozpocząłby się okres „tribulation”, a wtedy proroctwa by się nie spełniły, bo nie byłoby Żydów, którzy walczyliby,

byliby prześladowani i ginęliby w tym okresie. Ten nierozwiązywalny w istocie rzeczy dylemat jest rozwiązywany

w ten sposób, żeby raczej zrezygnować z nawracania Żydów niż narażać profetyczny scenariusz na to, że się nie spełni.

Chrześcijańscy syjoniści wolą poświęcić dusze Żydów nie nawracając ich na wiarę w Chrystusa, niż ryzykować, że dzień

„wzięcia” z ciałem „w obłoki” oddali się w nieodgadnioną przyszłość.

Z punktu widzenia establishmentu żydowskiego w USA i klasy rządzącej w Izraelu spekulacje teologiczne i wynikająca

z nich dualistyczna perspektywa w widzeniu Izraela i Żydów nie mają większego znaczenia - liczą się wymierne

korzyści polityczno-propagandowe, które przynosi strategiczne partnerstwo z chrześcijańskimi syjonistami, i ich praktyczno-

polityczny filosyjonizm i filosemityzm. Fakt, że chrześcijańscy syjoniści chcą chronić Izrael za wszelką cenę po

to, aby mógł on zostać zniszczony w okresie „Great Tribulation”, nie przeszkadza im z tej prostej przyczyny, że nie są

wyznawcami tej eschatologicznej wizji (jeśli wierzą, to w swoją własną, w której rola i przeznaczenie Żydów są oczywiście

całkiem inne).

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - POLITYKA APOKALIPSY

20

Dla premillenarystycznych chrześcijańskich syjonistów, którzy widzą siebie jako aktywistów wielkiej sprawy, a

właściwie sprawy największej ze wszystkich: pracy nad nadejściem epoki mesjańskiej i ustanowienia Królestwa Bożego

na ziemi, to, co dzieje się w Izraelu i wokół Izraela to nie pragmatyczne i racjonalne decyzje polityczne, lecz decyzje

o kosmicznych implikacjach, które mogą zahamować realizację boskiego planu ludzkiego zbawienia, to nie posunięcia

polityczne, ale realizowanie ról rozpisanych w scenariuszu eschatologicznego dramatu. To, co robi Ariel Szaron

- robi on w imię Boga i jego nakazów przyspieszając nadejście powrotu Chrystusa, to, co robi Jaser Arafat - robi on

w imię Szatana i jego nakazów, opóźniając Drugie Przyjście Chrystusa. Chrześcijańscy syjoniści nie rozpatrują konfliktu

żydowsko -palestyńskiego i szerzej konfliktu Izraela z państwami islamskimi w kategoriach politycznych, w kategoriach

prawa międzynarodowego etc. ale interpretują go jako współczesny wyraz biblijnej rywalizacji pomiędzy Izaakiem

i Izmaelem o prawo pierworodnego syna Abrahama i jego błogosławieństwo. Hal Lindsey pisał o starożytnej nienawiści

pomiędzy Izmaelem i Izaakiem, nienawiści, która trwa od 4000 lat i ma swoje źródło w zazdrości Izmaela wobec Izaaka.

Izmael i jego potomkowie pożądają błogosławieństwa, które otrzymał Izaak, i nigdy nie będą usatysfakcjonowani tym, co

mają. To, co zaczęło się od Izmaela trwa u jego potomków-muzułmanów. Tu nie może być porozumienia i politycznego

kompromisu, Boskie kości zostały rzucone tysiące lat temu: Żydzi wygrywają, Palestyńczycy (mułzumanie) przegrywają.

Ostateczną instancją pozostaje Biblia, zgodnie z którą Liban = Tyr, Syria = Asyria, Arabowie = Filistyni etc. etc.

Polityka wobec Izraela i Bliskiego Wschodu zakorzeniona jest zatem w głębokiej strukturze teologicznej, która

wojnę przeciw wrogom państwa żydowskiego czyni spirytualną wojną z siłami szatańskimi. W ten sposób widziana

jest również wojna przeciw Irakowi rządzonemu przez prezydenta Saddama Hussajna. Już pierwsza wojna z Irakiem

w 1991 roku traktowana była jako znak Dni Ostatnich. Od czasu tamtej wojny chrześcijańscy syjoniści z USA prowadzili

stałą religijną kampanię propagandową przeciw Irakowi i Husajnowi. Wymieńmy charakterystyczne tytuły

książek i filmów z lat 90: Mark Hitchcock Drugie powstanie Babilonu, Charles Dyer Powstanie Babilonu. Czy Irak

jest centrum ostatecznego dramatu?, Babilon: Irak i nadchodzący kryzys bliskowschodni - droga do Armagedonu

i dalej, Arno Froese Tajemny Babilon Saddama (książka z 1998 roku przewidująca drugą wojnę w Zatoce Perskiej),

Joseph Chambers Pałac Antychrysta. W książkach, broszurach, na stronach internetowych chrześcijańskich syjonistów

prezydent Saddam Husajn prezentowany jest jako ten, kto ma wszystkie cechy, którymi Szatan obdarza swoich władców.

Saddam Husajn to wcielenie Nabuchodonozora, który odbudowuje Babilon i wznosi Pałace Antychrysta. Staje się on

jako esencja Zła jedną z centralnych postaci w profetycznych wyobrażeniach, tym, kto przygotowuje drogę dla Bestii

z Apokalipsy św. Jana, opętanym zdobywcą, który chce ruszyć na podbój świata, władcą takim jak Haman, faraon,

Herod i Hitler - wszyscy mianowani przez Szatana, który nimi i poprzez nich rządzi, wszyscy - marionetki

w rękach szatańskich sił. Jak pisał jeden z autorów o prezydencie Husajnie: „Dzisiaj ten arcybuntownik rozpoczął

odbudowę starożytnych ruin Babilonu i swojej starożytnej chwały. Ta ziemia, gdzie Szatan podburzył i zdeprawował

człowieka stworzonego przez Boga, stanie w obliczu zniszczenia na niewyobrażalną skalę. Z pewnością Saddam

Hussajn to człowiek nominowany przez Szatana, aby wypełniać jego rozkazy”. Wojna z Irakiem jest zatem

religijną krucjatą przeciw nowemu Babilonowi (czy Babilon będzie siedzibą nadchodzącego Antychrysta to w kręgach

dyspensjonalistów sprawa sporna), przeciw Irakijczykom - „narodowi szatańskiemu”. Antyiracka propaganda

chrześcijańskich syjonistów wbudowana jest w szerszą wizję całej „szatańskiej infrastruktury na Bliskim Wschodzie”,

„islamu wybranego przez Szatana”, religii, której założycielem był „opętany przez demony pedofil” jak jeden

z przywódców Konwencji Południowych Baptystów nazwał proroka Mahometa.

Armia amerykańska jest przeto instrumentem w rękach Boga, to ona po zburzeniu wież World Trade Center przez

„szatańskich islamistów” (cztery samoloty tak jak czterech Jeźdźców Apokalipsy) zniszczyła talibów i Al-Kaidę

w Afganistanie sprawiając, że Bóg zdjął przekleństwo z tego kraju, to ona obalając Saddama Husajna pokonała śmiertelnego

wroga państwa żydowskiego, który mógł je zniszczyć przy pomocy broni masowego rażenia a wówczas Izrael

przedwcześnie uległby zagładzie, co zakłóciłoby naturalny bieg nurtu mesjańskich proroctw (dla chrześcijańskich syjonistów

argument, że iracka broń masowego rażenia nie zagraża Stanom Zjednoczonym ale jedynie Izraelowi jest jeszcze

mocniejszym argumentem za wojną z Irakiem). Wojna z Irakiem była zatem „wojną o ocalenie i bezpieczeństwo Izraela”

w tym sensie, że wymagał tego „ interes teologiczny ” chrześcijańskich syjonistów. Chodziło bowiem o to, aby zapobiec

podważeniu roli, jaką Izraelowi i Żydom wyznacza profetyczny scenariusz Dni Ostatecznych. Atak na Irak był słuszny,

gdyż według chrześcijańskich syjonistów Stany Zjednoczone zobligowane są przez Boga do tego, aby chronić Izrael

i Żydów.

Cytowany już Hal Lindsey napisał, że los USA zależy od traktowania Żydów - kiedy Stany Zjednoczone dobrze

traktują Żydów i popierają Izrael, to rozkwitają, kiedy tego nie czynią, podupadają. USA dlatego cieszą się specjalną

protekcją Boga, ponieważ stały za narodem żydowskim w trudnych dla niego chwilach, pomagały Żydom, zwalczały

ich prześladowców, udzieliły schronienia Żydom i umożliwiają im przetrwanie. Lindsey stwierdził: „Bóg powiedział

do Abrahama, ojca wszystkich Żydów: `I będę błogosławił błogosławiącym tobie, a przeklinających cię przeklinać

będę`. Ta obietnica została rozciągnięta na wszystkich potomków Abrahama, Izaaka i Jakuba. Sądzę, że jeśli USA

odwrócą się do Izraela, przestaniemy istnieć jako naród. Nie lekceważcie tego, gdyż w historii powstanie i upadek

imperiów są bezpośrednio związane z tym, jak traktowały Żydów”. Na Trzeciej Międzynarodowej Konferencji Chrześcijańskich

Syjonistów w lutym 1996 roku w Jerozolimie 1500 delegatów z Europy i Ameryki przyjęło deklarację: „Pan

w jego zazdrosnej miłości dla Izraela i narodu żydowskiego błogosławi i przeklina i osądza narody zgodnie z tym, jak

traktują naród wybrany Izraela.” Tak więc Bóg błogosławi Ameryce, bo ona błogosławi Żydom i państwu żydowskiemu.

Podobnie znany telewangelista wielebny Jerry Falwell oświadczył, że Bóg był życzliwy Ameryce jedynie dlatego,

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - POLITYKA APOKALIPSY

21

że Ameryka była życzliwa Żydom. Republikański senator James Inhofe (Oklahoma) stwierdził, iż jedną z przyczyn, dla

których „otwarte zostały duchowe wrota” do zamachu na wieże WTC była polityka rządu amerykańskiego polegająca na

stawianiu żądań wobec Izraela i wywieraniu nań nacisku, aby nie dokonywał mocnego odwetu za terrorystyczne zamachy

Palestyńczyków. Sens słów senatora jest jasny: Ameryka przestała być życzliwa Żydom, dlatego Bóg przestał jej być

życzliwy i spotkała ją kara w postaci zburzenia wież WTC i śmierci wielu Amerykanów.

Ameryka ma specjalną rolę i misję w Boskim planie dla ludzkości, rolę współczesnego Cyrusa mającego pomóc

Żydom w odbudowie Syjonu. Bóg wybrał Amerykę ze względu na jej moralną wyższość nad innymi narodami i Ameryka

będzie osądzana zgodnie z tym, jak wypełnia tę misję. Obalenie siłą rządów Saddama Husajna było potwierdzeniem, że

Stany Zjednoczone są swojej misji wierne.

Ewangeliczne sekty, ruchy i kościoły łączą swoje teologiczne spekulacje i rozumienie drogi ludzkiej historii z poczuciem

mesjanistycznego amerykańskiego patriotyzmu, którego dyskurs pełen jest zresztą odniesień do historii biblijnego

Izraela. Chociaż chrześcijańscy syjoniści są krytyczni wobec współczesnej kultury amerykańskiej, to pozostają lojalni

wobec USA jako politycznej wspólnoty a ich teologia polityczna zgodna jest z celami politycznymi imperium światowego

i jego klasy rządzącej. Byli oni zawsze i są nadal przeciwnikami ograniczenia zbrojeń. Hal Lindsey, zbierając zapewne

aplauz w Pentagonie, pisał: „uważam, że Biblia wspiera koncepcję budowy potężnej siły militarnej. Biblia mówi nam, że

Stany Zjednoczone powinny znowu stać się silne. Jest czas, aby użyć naszej wielkiej i wspaniałej technologii, aby stworzyć

najsilniejszą potęgę militarną na świecie”. Broń nuklearna jest bronią czasu Apokalipsy i zostanie użyta w bitwie

Armagedonu, dlatego nie należy dążyć do atomowego rozbrojenia. Widać jasno, że mesjańskie cele armagedonistów

i towarzysząca im propaganda religijna mogą być instrumentem wpływania przez władze imperium na umysły obywateli

USA, aby akceptowali oni wzrost wydatków na zbrojenia. Chrześcijańscy syjoniści są użyteczni przy desygnowaniu

wrogów imperium i stwarzaniu ich negatywnego wizerunku tak jak widzieliśmy to na przykładzie Saddama Husajna.

Wrogowie imperium są równocześnie ich wrogami. Do upadku ZSRR głównym wrogiem był sowiecki komunizm,

z którego zrodzić się miał Antychryst. Dzisiaj metafizycznym wrogiem mogą być chińscy komuniści, islam lub Europa

(Unia Europejska).

Unia Europejska uważana jest przez chrześcijańskich syjonistów za wcielenie imperium rzymskiego i Świętego

Cesarstwa Rzymskiego, zjednoczona Europa to nowe imperium, konfederacja 10 królestw, którą przepowiada Biblia

w Księdze Daniela i w Apokalipsie, znak nadciągających rządów Antychrysta. Cytowany już Hal Lindsay, najbardziej

wpływowy przedstawiciel chrześcijańskiego syjonizmu w 20. wieku, pisał: „wierzę, że gdzieś w Europie żyje przywódca,

który zawarł pakt z Szatanem, być może już jest on członkiem Parlamentu Europejskiego”. Antychryst wyjdzie z Europy

i będzie, jak twierdzi Lindsay, dyktatorem Europy, największym jakiego do tej pory oglądał świat, w porównaniu z nim

Adolf Hitler i Józef Stalin to członkowie chłopięcego chóru.

Na płaszczyźnie propagandowej armagedoniści demonizują Europę jako ojczyznę Antychrysta, a jednocześnie popierają

jej zjednoczenie, bo pomaga to wypełniać się proroctwom. Ale to poparcie jest ostrożne, gdyż Unia Europejska liczy

już 15 państw członkowskich i chce się rozszerzać, tymczasem wedle proroctw tylko 10 królestw utworzy konfederację

przeciw Izraelowi. Stąd należy oczekiwać, że Unia Europejska nie przetrwa w dotychczasowym kształcie, część państw

z niej wystąpi i ostatecznie pozostanie w Unii 10 państw członkowskich, co będzie potwierdzeniem biblijnych przepowiedni.

Interpretacje proroctw w pewnej mierze ewoluują wraz z zmieniającą się sytuacją na świecie i zgadzają się, jak do

tej pory, z polityką Stanów Zjednoczonych. Obojętnie czy jest to Związek Sowiecki (Rosja), Unia Europejska czy świat

islamu - każde skupienie sił geopolitycznych i geoekonomicznych aspirujące do większej niezależności od imperium lub

uznane za potencjalnego rywala może zostać włączone jako „czarny charakter” do religijno politycznej propagandy. Armagedoniści

reagują zresztą bardzo szybko na aktualne wydarzenia polityczne i na przykład Hal Lindsey w 2002 roku,

kiedy narastał konflikt wokół ewentualnej interwencji w Iraku, opublikował książkę Bliski Wschód - gotowy do wojny,

w której pokazuje, jak „napędzane przez żądzę zysku” kraje - Rosja, Chiny, Francja, Niemcy i Północna Korea - sprzedają

broń masowej zagłady dla „islamskiej machiny wojennej”, co oczywiście zgodne jest według niego z profetycznymi

zapowiedziami.

Premillenarystyczni chrześcijańscy syjoniści są dziś drugim obok neokonserwatystów środowiskiem które odgrywa

istotną rolę w tym sektorze klasy rządzącej występującej pod nazwą „Republikanie”, przy czym neokonserwatyści są

generałami i wyższymi oficerami zaś ci pierwsi tworzą pospolite ruszenie i dostarczają niższej kadry oficerskiej (odwołując

się do znanej w Polsce terminologii można to interpretować jako sojusz „chamy” - Żydy”). Ich polityczna mobilizacja

zaczyna się w połowie lat 70. kiedy wychodzą ze stanu pewnej politycznej bierności i zaczynają coraz mocniej angażować

się w sprawy legislacyjne i wyborcze. Im w znacznej mierze zawdzięcza Ronald Reagan swój wybór na prezydenta

w 1980 i 1984 roku. W tym czasie umacniają swoje wpływy w Partii Republikańskiej i po raz pierwszy zyskując dostęp

do kręgów rządowych i wojskowych. Liderzy fundamentalistów biorą udział w seminariach i briefingach organizowanych

przez administrację Reagana. W przemówieniach samego Reagana pobrzmiewały pewne tony „ewangeliczne” - to, że

to doradcy prezydenta i autorzy jego przemówień świadomie je tam umieszczali, żeby chrześcijańska prawica będąca

ważnym ogniwem reaganowskiej koalicji czuła się usatysfakcjonowana, nie zmienia faktu, że były one potrzebne ze

względu na rosnącą siłę polityczną środowisk, kościołów i sekt ewangelicznych, które stawały się istotnym komponentem

bazy wyborczej Republikanów a wywodzący się z nich kaznodzieje, aktywiści społeczni, publicyści i autorzy książek

polityczno-propagandowym ramieniem partii. Warto tu przypomnieć, że przed laty „Jerusalem Post” przytoczyła słowa

Ronalda Reagana skierowane do dyrektora American - Israel Public Affairs Committee Toma Dine`a: „Zwróciłem się do

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - POLITYKA APOKALIPSY

22

waszych starożytnych proroków w Starym Testamencie i ku znakom zapowiadającym Armagedon i zastanawiałem się, czy

jesteśmy pokoleniem, które zobaczy, jak to się staje”. Nie wystarczy to wprawdzie, żeby Ronalda Reagana zaklasyfikować

jako armagedonistę z krwi i kości, ale pokazuje do jakiego stopnia dyspensjonalistyczn wersja chrześcijaństwa przenika

nawet do ludzi na samych szczytach władzy politycznej.

W wyborach prezydenckich 2000 roku na Busha głosowało 15 milionów białych ewangelicznych chrześcijan, co nie

było najlepszym wynikiem - spodziewano się 19 milionów. Tak czy inaczej jednak chrześcijańska prawica stanowi jeden

z kluczowych bloków politycznych i wyborczych Partii Republikańskiej. Dlatego strateg wyborczy i doradca polityczny

Busha Karl Rove stwierdził, że chrześcijańska prawica to elektorat, któremu trzeba poświęcić więcej czasu i energii, a to

może oznaczać, że prezydent Bush walcząc o reelekcję będzie się musiał jeszcze bardziej z nią liczyć. Warto podkreślić,

że szereg ważnych polityków republikańskich to chrześcijańscy syjoniści. Wymienić tu można senatora Jesse Helmsa,

senatora Jamesa Inhofe z Oklahomy, członka Izby Reprezenatów Toma DeLay`a (Teksas) - lidera większości Republikańskiej

w Kongresie, senatora Brownbacka z Kansas, senatora Hutchinsona z Arkansas, prokuratora generalnego Johna

Ashcrofta (wcześniej senatora z Missouri) oraz cały szereg innych senatorów i kongresmanów takich jak Dick Armey,

Lindsey Graham, Orrin Hatch, Roy Blunt, Henry Brown. Charyzmatyczną postacią chrześcijańskich syjonistów jest

pułkownik Oliver North, bohater akcji Iran-kontras, o którym jeden z izraelskich generałów powiedział, że jest „bardziej

izraelski niż my Izraelczycy”.

Niegdyś dyspensjonaliści byli lekceważeni i uważani za religijną subkulturę, ale ta subkultura dawno już wyszła

z getta, dąży do ekspansji i ma coraz większy wpływ na kościoły, w ramach których działają dyspesjonaliści, i poza nimi.

Jest to zasługą prężnej i dynamicznej działalności propagandowej kaznodziejów telewizyjnych, pisarzy, publicystów,

dziennikarzy, aktywistów społecznych takich Pat Robertson, Jerry Falwell, Ralph Reed, James Dobson, Jerry Falwell,

Billy Graham, Jimmy i Tammy Bakker, Jack Impe, Tim LaHaye i jego żona Beverly LaHaye, która stoi na czele organizacji

Concerned Women for America, Hal Lindsey, Cal Thomas, piosenkarz Pat Boone, Don Argue (prezes Krajowego

Związku Ewangelików), Brandt Gustavson (prezes Krajowych Nadawców Religijnych - organizacji, która skupia ok.90

procent chrześcijańskich nadawców radiowych i telewizyjnych w Ameryce Północnej), Donald Wildmon (prezes Amerykańskiego

Związku Rodzin).

Wspominany już Hal Lindsey ożywił apokaliptyczne spekulacje w wydanym w 1970 roku bestsellerze The Late Great

Planet Earth, w którym ogłosił, iż powstanie państwa żydowskiego w 1948 roku jest znakiem, że rozpoczęły się Dni Ostatnie.

Książka miała do dziś ponad 100 wydań i sprzedała się w łącznym nakładzie kilkunastu milionów egzemplarzy (była

najlepiej sprzedającą się książką w latach 70.), a na jej podstawie nakręcono dwa filmy. Lindsey jest autorem ponad 20

książek, które, jak się szacuje, sprzedane zostały w łącznym nakładzie 50 milionów egzemplarzy. Są to m.in. Szatan żyje

i ma się dobrze na planecie Ziemia (1973); Nadchodzi nowy świat. Profetyczna odysea (1973); Wyzwolenie planety Ziemi

(1974); Ostatnia godzina świata: ewakuacja czy wymarcie? (1976); Lata osiemdziesiąte: odliczanie do Armagedonu

(1981); Wzięcie: prawda i konsekwencje (1983); Ostatnie pokolenie (1983); Profetyczna wędrówka przez Ziemię Świętą

(1983); Izrael i dni ostatnie (1983); Droga do Holocaustu (1989); Ostateczna bitwa (1995); Kod Apokalipsy (1997); Planeta

Ziemia: Ostatni rozdział (1998). Wieloczęściowa seria powieściowa zatytułowana Left Behind autorstwa Timothy`ego

LaHaye i Jerrego B.Jenkinsa lansująca premilenarystyczną wersję chrześcijaństwa sprzedała się w łącznej ilości ponad

50 milionów egzemplarzy. W 2001 roku ostatnia część serii Desecration pobiła Johna Grishama sprzedając się w ciągu

roku w prawie 3 milionach egzemplarzy. Ósma książka tej serii The Mark zajęła drugie miejsce na liście bestsellerów

w 2000 roku, a siódma Assassins była 3 w 1999 roku. Wpływ tego typu publikacji na amerykańską kulturę popularną

jest tak duży, że istnieją w USA katoliccy fani Left Behind, którzy są zdumieni, kiedy się dowiadują, że ich Kościół nie

wierzy w „rupture”.

Nie należy zapominać o imponującej produkcji filmów, kaset wideo, broszur i innych publikacji, o prawie 200 stronach

internetowych, o sieci szkół, wydawnictw, sieci telewizji kablowych, lokalnych stacji radiowych etc. Podczas gdy

Kościół katolicki i protestanckie wyznania „głównego nurtu” słabną, zarówno gdy chodzi o liczbę wiernych jak i budżet,

ruchy i kościoły ewangeliczne stają się najszybciej rosnącym odgałęzieniem północnoamerykańskiego chrześcijaństwa O

sile ich oddziaływania świadczy fakt, że w szczytowym momencie swojej popularności program telewizyjny kaznodziei

Jimmy`ego Bakkera był oglądany codziennie w 6 milionach domów, a Jimmy`ego Swaggarta w 4,5 milionach domów.

Badania opinii publicznej, ankiety i sondaże wykazują że kilkanaście milionów Amerykanów podziela w pełni

interpretacje biblijnych proroctw i apokaliptyczne wizje wyznań ewangelicznych, a kilkanaście następnych milionów

- częściowo. Widać wyraźnie, że siła tych kościołów i ich wpływ na politykę rośnie. Na marginesie dodajmy, że niektórzy

obserwatorzy właśnie we wzroście tych wpływów widzą źródło ataku na Kościół katolicki polegającego na nagłaśnianiu

afer pedofilskich i wytaczaniu procesów o „molestowanie seksualne” duchownym katolickim w ostatnich kilku latach,

które osłabiają finansowo Kościół katolicki w USA, a pośrednio Kościół katolicki w ogóle. Nie należy zapominać,

że antyrzymskie, antypapieskie i szerzej antykatolickie nastawienie, słabe dziś w głównym nurcie protestantyzmu,

nadal obecne jest u „prawdziwych biblijnych chrześcijan”, dla których Kościół katolicki nie przestał być „babilońską

wszetecznicą”, zaś papież w każdej chwili może się pojawić na liście kandydatów na Antychrysta (sprzeciw Jana Pawła

II wobec wojny z Irakiem z pewnością nie uszedł ich uwadze).

Otwartą pozostaje kwestia, czy dla prezydenta Busha kościoły ewangeliczne są tylko rezerwuarem głosów wyborczych

czy też czuje się on osobiście, emocjonalnie i teologicznie związany z „dyspensjonalistami”. Wiadomo, że Goerge

Bush junior należy do chrześcijan „narodzonych na nowo w Chrystusie”, że zbliżył się do teksańskiego baptyzmu i duże

znaczenie miała dla niego przyjaźń z drem Tonym Evansem, pastorem z Dallas z ruchu Promise Keepers i reprezentan-

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - POLITYKA APOKALIPSY

23

tem tzw. dominionizmu, który przejęcie władzy politycznej przez „ludzi Boga” widzi jako jedyny środek, dzięki któremu

świat może zostać ocalony. Nie ulega wątpliwości, że język przemówień i wojenna retoryka Busha wywołują skojarzenia

z kazaniami, w które wplatane są frazy mile brzmiące w uszach ewangelików. Na przykład w orędziu o stanie państwa

umieszczona została parafraza fragmentu jednego z hymnów „revivalistycznych” z końca XIX wieku - jest to swego

rodzaju zaszyfrowany sygnał zrozumiały tylko dla „ewangelików”, którzy odczytują to jako przesłanie wysłane przez

prezydenta specjalnie do nich.

Nie można wykluczyć, że prezydent USA pragnie realizować „dominionistyczną” koncepcję „przywrócenia Bogu

kontroli nad Ziemią”. Z drugiej strony chrześcijańska prawica narzuca mu rolę mesjańskiego przywódcy, nowego króla

Dawida łączącego świecką wizję narodu i potęgi państwa z duchowo-religijnymi aspiracjami.

Mamy do czynienia z syntezą imperialnej Realpolitik i mesjańskiej wizji, religijna ideologia współgra z praktycznymi

celami polityki globalnej, imperialna strategia zgadza się z „Wielkim Planem Boga Wszechmogącego”, chłodnej kalkulacji

towarzyszy mesjanistyczny zapał, Pentagon pełni rolę najważniejszego instrumentu w walce ze Złem, na scenie

dziejów.

Wojna z Irakiem mogła zatem mieć uzasadnienia wynikające z teologii polityczn chrześcijańskiej prawicy, ale tylko

dlatego, że nie stoi ona w sprzeczności z racjonalną kalkulacją i politycznymi celami imperium. Gdyby stała w sprzeczności,

to nawet prezydent nie przewalczyłby wówczas oporu technokratów, biurokracji i aparatu wojskowego. Zachodzi

jednak pytanie, czy teologia polityczna apokaliptycznych premillenarystów nie będzie w przyszłości balastem dla władz

imperium. Do tej pory wykazywała ona pewną elastyczność i potrafiła desygnować wroga zgodnie z przesunięciami

w globalnej sytuacji politycznej. W okresie Zimnej Wojny proroctwa zapowiadały, że to siły sowieckie będą głównym

sojusznikiem Szatana w ataku na Izrael i uczestnikiem bitwy na polach Armagedonu, dziś nastąpiło przesunięcie w kierunku

„szatańskiego islamu”. Ale jeden element pozostaje niezmienny: Izrael. Tutaj nie ma odwrotu, premillenaryści nie

poprą żadnej polityki imperium, która zakłócałaby wypełnianie się profetycznych zapowiedzi w stosunku do państwa

żydowskiego. Możliwe jest dokonywanie korekt w apokaliptycznym scenariuszu i interpretowanie pokolenia biblijnego

jako dłuższego niż zwykłe („Zaprawdę powiadam wam, że to pokolenie nie przeminie, aż wszystko to się stanie”, Mateusz

23:34) i przesuwanie momentu odliczania - najpierw od 1948 roku czyli od powstania państwa żydowskiego a później od

1967 roku czyli od przejęcia Jerozolimy, ale nie jest możliwe wsparcie przez chrześcijańskich syjonistów jakichkolwiek

posunięć ograniczających pomoc dla Izraela, idących w kierunku powstania państwa palestyńskiego etc. W przeciwieństwie

do swoich sojuszników neokonserwatystów, którzy patrzą na Izrael przede wszystkim jako na element globalnej

strategii imperium, chrześcijańscy syjoniści nie mogą tu sobie pozwolić na żadną elastyczność, bo przekroczyli point of

no return, żadna teologiczna wolta nie jest już możliwa. To raczej oni a nie neokonserwatyści wyznają zasadę „Israel

First”. Dlatego każda próba zdobycia poparcia Arabów poprzez wywieranie presji na Izrael, każdy zwrot w polityce

bliskowschodniej dokonany ze szkodą dla pozycji politycznej Izraela może kosztować Republikanów utratę głosów i

politycznego poparcia ewangelików. Prawe skrzydło klasy rządzącej staje się w pewnym stopniu zakładnikiem tej części

elektoratu, która biblije proroctwa stawia wyżej niż wytyczne Departamentu Stanu, a przecież władze imperium muszą

mieć swobodę politycznego manewru i nie mogą mieć rąk związanych interpretacjami biblijnych proroctw. Oznacza to,

że takiego ewentualnego zwrotu mogłoby dokonać tylko lewe skrzydło klasy rządzącej występujące pod nazwą „Demokraci”,

choć oczywiście w tym skrzydle z kolei ważną rolę odgrywają organizacje i środowiska żydowskie o liberalno-

lewicowym nastawieniu, reprezentujące w większości stanowisko proizraelskie. Ale nie są one związane biblijnymi

proroctwami.

ROPA NAFTOWA JAKO BROŃ POLITYCZNA

6 lutego 2003 Rzecznik Białego Domu Ari Fleischer zapewnił dziennikarzy, że wojna z Irakiem nie ma nic wspólnego

z ropą, Fleischer powtórzył to za sekretarzem obrony Donaldem Rumsfeldem, który 14 listopada 2002 roku

powiedział w telewizji, że wojna nie ma nic, dosłownie nic, wspólnego z ropą. Przemawiając do członków parlamentu

brytyjskiego premier Wlk.Brytanii Tony Blair powiedział „Pozwólcie mi, że skomentuję ideę teorii spiskowej,

że idzie o ropę. Gdyby chodziło o ropę, to nieskończenie prościej byłoby dogadać się z Saddamem Husajnem”. Jeśli

premier Blair odpierał argumenty zwolenników „teorii spiskowej” mówiące, że rządy USA i Wlk.Brytanii potrzebują

koniecznie irackiej ropy dla siebie lub pragną pomóc w napełnieniu portfeli właścicielom koncernów naftowych,

to możemy mu, choć z pewnymi zastrzeżeniami, przyznać rację. Były ważniejsze powody, które skłoniły, przede

wszystkim prezydenta Busha, do wysłania wojsk nad Eufrat, aby wyzwoliły one złoża irackiej ropy naftowej spod

tyranii prezydenta Saddama Husajna. Wyzwolenie to było przygotowane już wcześniej, gdyż po wojnie 1991 roku

USA „przesunęły” granicę Kuwejtu, aby przejąć kontrolę nad polami naftowymi Rumaila w południowym Iraku, co

pozwoliło Kuwejtowi podwoić wydobycie. Również sankcje nałożone na Irak, których pilnowały Stany Zjednoczone

i Wielka Brytania, służyły temu, aby w pewnym zakresie wyjąć z rąk rządu w Bagdadzie możliwość samodzielnego

decydowania o wydobyciu i handlu iracką ropą. Trudno nie przyznać racji prof.Arno Meyerowi, który na łamach

„Monthly Review” stwierdził nieco zgryźliwie, że gdyby w Iraku hodowano jedynie tulipany na eksport, to nie byłby

on takim przedmiotem zainteresowania Waszyngtonu. Prof. Meyer sparafrazował zresztą wypowiedź jednego

z urzędników Departamentu Stanu z 1991 roku, który powiedział: „gdyby Kuwejt hodował marchewkę, guzik by nas to

obchodziło”.

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - ROPA NAFTOWA JAKO BROŃ POLITYCZNA

24

Przypomnijmy, w Iraku znajdują się drugie co do wielkości (potwierdzone) zasoby ropy na świecie. Wielu ekspertów

uważa ponadto, że Irak posiada jeszcze nieodkryte rezerwy ropy, co zbliża go do Arabii Saudyjskiej i znacznie wyprzedza

wszystkie inne państwa-zasoby Iraku to suma zasobów USA, Kanady, Meksyku, Zachodniej Europy, Australii, Nowej

Zelandii, Chin i całej nie bliskowschodniej Azji.

Iracka ropa jest wysokiej jakość a koszty jej wydobycia są bardzo niskie: znajduje się ona na małej głębokości i tworzy

wielkie złoża, co powoduje, że produkcja jednej baryłki kosztuje od 1 do 1,5 dolara. Poza tym przez długi czas z powodu

dziesięcioletniej wojny z Iranem a potem trwających 10 lat sankcji nałożonych przez ONZ złoża irackie, w przeciwieństwie

do złóż w innych krajach, nie były mocno eksploatowane. Tylko w 15 z 74 odkrytych pól naftowych wydobywa

się ropę, tylko w 125 z 526 znanych złóż dokonano wierceń. Przewiduje się, że w ciągu 10-15 lat iracka ropa będzie

zyskiwała na znaczeniu w globalnej gospodarce energetycznej, choć potrzebne będą wielkie inwestycje, aby odbudować

i unowocześnić infrastrukturę służącą do wydobycia i dystrybucji ropy.

Przejęcie kontroli nad ropą iracką należy widzieć w szerszym kontekście celów i interesów geopolitycznych i geoekonomicznych.

Kiedy skupiamy się na ropie w jej aspekcie czysto komercyjnym, kiedy widzimy właścicieli koncernów naftowych

zacierających ręce z radości, że im bankowe konta rosną, to dostrzegamy drzewa, ale nie widzimy lasu. Traktując

ropę iracką jako towar, którego handlowa wartość stanowić ma przemożny motyw pchający USA do wojny, widzimy

symptom, a nie widzimy głębszych przyczyn. Dlatego hasło na transparentach antywojennych demonstracji „Ani kropli

krwi za ropę” jest w znacznym stopniu zwodnicze i wprowadzające w błąd. Maskuje ono prawdziwą naturę wojny i jej

celów. Nie znaczy to, że interesy wielkich koncernów naftowych nie odgrywały żadnej roli w podjęciu decyzji o wojnie.

Pamiętać trzeba, że w wydobyciu i handlu ropą nigdy nie obowiązywały zasady rynkowe, zawsze istniał tu splot politycznych

i ekonomicznych interesów, zawsze manipulowano tu wydobyciem, cenami, kosztami etc. „Od samego początku”

istniały silne związki pomiędzy firmami naftowymi i rządami: relatywnie mała liczba firm kontrolowała produkcję

i ceny ropy i zawsze firmy te ściśle współpracowały z rządami. Rządy pomagały utrzymać dobre warunki rynkowe i

zyskiwać nowe źródła ropy, współuczestniczyły w zarządzaniu cenami, zapewniały polityczne wsparcie i ochronę. Tak

było od 1870 roku, kiedy John Rockefeller założył Standard Oil Trust i tak jest do dzisiaj. Nigdy żadne autonomiczne

prawa wolnego rynku nie miały racji bytu w dziedzinie wydobycia i handlu ropą - szczególnie od lat 30. zeszłego wieku,

kiedy to ropę zaczęto postrzegać jako surowiec strategiczny o ogromnym znaczeniu dla funkcjonowania armii, państwa

i gospodarki.

Funkcjonariusze wielkich amerykańskich koncernów naftowych to często quasi-dyplomaci rządowi, koncerny naftowe

(podobnie jak zbrojeniowe) posiadają swego rodzaju paradyplomację, która rekrutuje się z urzędników administracji

rządowej. Takie giganty jak (zbankrutowany) ENRON działają jako operacyjne ramię rządu i jako broń w walce gospodarczej

i politycznej. Zawsze też w polityce USA polityczne koncepcje w mniejszym czy większym stopniu musiały

zgadzać się z interesami wielkiego biznesu. Strategia polityczna, wojskowa i ekonomiczna są ze sobą wzajemnie powiązane,

promocja interesów amerykańskich korporacji jest jednym z ważnych obowiązków państwa, które prowadzi swoją

politykę zagraniczną także via korporacje przemysłowe i banki.

Nie ma w USA ścisłego rozdziału pomiędzy sferą polityczną i gospodarczą: cały system funkcjonuje w ten sposób,

że koła polityczne, administracja państwowa, korporacje przemysłowe i finansowe oraz aparaty bezpieczeństwa

(agencje wywiadowcze, wojskowe etc.) w praktyce zlewają się w jeden aparat rządzący, wspólnie planują akcje polityczne,

gospodarcze i wojskowe, między elitą polityczną i wielkim biznesem, między sektorem publicznym i prywatnym

zachodzi stały przepływ ludzi w obie strony. Widać to choćby w przypadku relacji CIA i Wall Street - żeby

wymienić Clarka Clifforda, który w 1947 roku napisał National Security Act powołujący CIA (bankier i prawnik z

Wall Street), Allana Dullesa (partner dużej prawniczej Spółki pracującej dla Wall Street), Billa Casey`a (dyrektor

CIA za Reagana, makler i prawnik Wall Street), Dave`a Roherty`ego (wiceprezes nowojorskiej giełdy i emerytowany

pracownik CIA), Johna Deutcha (były dyrektor CIA i jeden z szefów Citigroup), Norę Slatkin (była członkini kierownictwa

CIA i wyższy urzędnik Citigroup). Takich przykładów pokazujących związki pomiędzy sferą finansów

i służbami specjalnymi jest oczywiście o wiele, wiele więcej.

W ekipie prezydenta Busha ludzie powiązani z sektorem naftowym i energetycznym są bardzo silnie reprezentowani,

żeby wymienić wiceprezydenta Cheney`a, który kierował gigantem w przemyśle naftowym firmą Halliburton w latach

1995-2000, sekretarza handlu Dona Evansa, wysokiego rangą dyplomatę Zalmay`a Khalizada czy wreszcie doradczynię

prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego Condoleezzę Rice, która 10 lat przepracowała w zarządzie Chevron Texaco

(firma uhonorowała jej zasługi nadając jednemu ze swoich tankowców imię „Condoleezza”). Sam prezydent Bush zanim

wszedł do polityki założył w 1978 roku firmę Arbusto Energy, którą kupiła w 1983 roku firma Spectrum 7 Energy Corporation

przejęta w 1986 roku przez giganta energetycznego Harken Energy Corporation, George Bush junior był jednym z

jej dyrektorów w latach 1986-1990. Te rozmaite zależności i powiązania najlepiej widać na przykładzie b.sekretarza stanu

w rządzie Ronalda Reagana George`a Shultza, kierującego grupą doradczą Komitetu Wyzwolenia Iraku, organizacji, która

bardzo mocno opowiadała się za wojną, a równocześnie będącego jednym z dyrektorów konglomeratu przemysłowego

Bechtel, który walczy o lukratywne kontrakty na odbudowę Iraku. Należy jednak zawsze mieć na uwadze to, że prezydent

Bush czy wiceprezydent Cheney są przede wszystkim politykami i interes polityczny państwa jest dla nich interesem

nadrzędnym.

W przemyśle naftowym dominuje pięć koncernów, w tym dwa amerykańskie - Exxon Mobil (1 miejsce) i Chevron-

Texaco (4 miejsce), dwa w przeważającej mierze brytyjskie - Royal Dutch Shell (2 miejsce) i British Petroleum (3 miejsce

- faktycznie od 1988 roku część amerykańskiego kompleksu naftowego) oraz francuski - TotalFina Elf (piąte miejsce).

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - ROPA NAFTOWA JAKO BROŃ POLITYCZNA

25

W USA mają swoje siedziby największe firmy zajmujące się poszukiwaniem, wydobyciem i handlem ropą oraz firmy

przodujące w budowie rurociągów i instalacji naftowych. Stąd trudno uznać za przypadek fakt, iż to właśnie USA

i Wlk.Brytania praktycznie same działały jako wykonawcy sankcji ONZ nałożonych na Irak, sprzeciwiały się ich zniesieniu

i w końcu dokonały interwencji zbrojnej w Iraku. Amerykańskie i brytyjskie firmy miały już swój udział w 3⁄4 produkcji

ropy irackiej, ale utraciły swoją pozycję po nacjonalizacji w 1972 roku. Wówczas zaczęły działać w Iraku firmy francuskie

i sowieckie. W latach 90. rosyjskie korporacje Łukoil, Zarubieżnieft, Slavnieft, chińska Narodowa Korporacja Naftowa

i francuska TotalFinalElf prowadziły negocjacje z rządem irackim na temat planów eksploatacji irackich złóż po zniesieniu

sankcji i zawarły z nim, wielkie kontrakty. Firmy amerykańskie i brytyjskie były tym bardzo zaniepokojone, gdyby

bowiem te kontrakty doszły do skutku, ich rywale mogliby się umocnić na rynku a nawet uzyskać w przyszłości przewagę

w światowym biznesie naftowym. Sankcje, na straży których stały USA i Wlk. Brytania, pozwalały blokować rywali.

Firmy amerykańskie i brytyjskie liczyły, że reżim się załamie, co pozwoli im uzyskać lepszą pozycję u nowego posthusajnowskiego

rządu. Kiedy jednak embargo stawało się coraz bardziej dziurawe, prezydent Saddam Husajn trwał przy władzy,

i odzywały się coraz silniejsze głosy za zniesieniem sankcji, amerykańskie i brytyjskie firmy zaczęły się obawiać, że

zostaną wyeliminowane z gry o iracką ropę. W czerwcu 2001 roku Francja i Rosja zaproponowały zniesienie ograniczeń

w inwestycjach zagranicznych w iracki przemysł naftowy, a ponieważ amerykańskie firmy miały prawny zakaz inwestowania

w Iraku, kontrakty przypadłyby innym krajom.

Wolno zatem podejrzewać, że firmy lobbowały u swoich rządów za bezpośrednią interwencją zbrojną, choć zarazem

obawiały się zaburzeń i destabilizacji w regionie. Obecnie po 30 latach koncerny amerykańskie i brytyjskie mają szansę

odzyskania dawnej pozycji w Iraku i umocnienia swojej przewagi nad firmami z innych krajów. Z pewnością ułatwieniem

lobbingu był fakt, że firmy naftowe i inne energetyczne giganty oficjalnie wsparły kampanię wyborczą Busha

w 2000 roku kwotą kilku milionów dolarów.

Jest sprawą znaną, że USA zaoferowały Francji, Rosji i Chinom udział w powojennym wydobyciu ropy w Iraku, aby

skłonić je do poparcia w Radzie Bezpieczeństwa rezolucji w sprawie Iraku. We wrześniu 2002 w wypowiedzi dla „Washington

Post” były dyrektor CIA James Woolsey stwierdził, że jeśli Rosja i Francja chcą partycypować w wydobyciu

i sprzedaży irackiej ropy, to powinny również uczestniczyć w „zmianie reżimu” w Iraku. Jeśli nie, to, jak się wyraził

obrazowo Woolsey, będą mogły jedynie „kontemplować statki w Zatoce”. W wyniku zakulisowych negocjacji Rosja,

Francja i Chiny poparły rezolucję 1441, która była kompromisem i zostawiała sprawę otwartą, grożąc Irakowi „poważnymi

konsekwencjami” ale nie wojną. Ostatecznie jednak do porozumienia w sprawie irackiej ropy nie doszło - widocznie

Rosja, Francja i Chiny uznały, że dostaną za mało, i nie poparły projektu następnej rezolucji grożącej wojną. Jest zatem

bardzo prawdopodobne, że zostaną wyeliminowane z Iraku, gdyż trudno przypuścić, aby nowe władze Iraku honorowały

w pełni kontrakty zawarte przez rząd Saddama Husajna z zagranicznymi firmami naftowymi. Co prawda zgodnie z

prawem międzynarodowym kontrakty powinny być respektowane, ale prawo to ustąpi przed siłą. Niezależnie od tego,

w jakim zakresie kontrakty będą honorowane przez nowe władze, sytuacja zmieni się na korzyść firm amerykańskich i

brytyjskich, która po 30 latach wrócą do Iraku. Do tego być może dojdzie prywatyzacja przemysłu naftowego w Iraku,

co motywuje się tym, że bez własności prywatnej nie ma wszak demokracji, którą chce się wprowadzić w Iraku. Prywatyzacja

w Iraku mógłby zapoczątkować falę denacjonalizacji na całym świecie - obecnie państwowe korporacje posiadają

znaczącą większość światowych zasobów ropy a firmy naftowe pracują pod nadzorem rządów tych krajów, które eksportują

ropę. Szeroka fala prywatyzacji w światowym przemyśle naftowym oznaczałaby odwrócenie trendu z początku lat

70. i wzmocnienie pozycji koncernów naftowych, szczególnie amerykańskich i brytyjskich.

W komentarzach poświęconych motywom wojny z Irakiem zwracano uwagę na USA, dążenie do zapewnienia sobie

„bezpieczeństwa energetycznego”, którego warunkiem jest swobodny „dostęp” do ropy, tak aby jej przepływ do Ameryki

nie był narażony na zakłócenia z powodów politycznych. Ten argument przemawia szczególnie do wyobraźni zwykłych

obywateli USA, których łatwo przekonać o tym, że Saddam Husajn mógłby sprawić, iż na stacjach benzynowych w USA

zabrakłoby paliwa.

W kwietniu 1997 roku raport opublikowany przez Instytut Polityki Publicznej Jamesa A. Bakera przy Rice University

zajmujący się „bezpieczeństwem energetycznym” Stanów Zjednoczonych (patron Instytutu James Baker był sekretarzem

stanu za prezydentury G.Busha seniora) stwierdzał, że Stany Zjednoczone są w coraz większym stopniu zagrożone brakami

w dostawach ropy naftowej, nie dotrzymujących kroku światowemu popytowi (ludność Stanów Zjednoczonych to

jedna dwudziesta populacji świata, która konsumuje jedną czwartą światowej energii). Raport zwracał w szczególności

uwagę na zagrożenie ze strony Iranu i Iraku dla swobodnego przepływu ropy z Bliskiego Wschodu. Raport uznawał

Saddama Husajna za zagrożenie dla bezpieczeństwa Bliskiego Wschodu i przypisywał Irakowi potencjał wojskowy

zdolny do działania poza jego granicami. Po objęciu władzy przez Georg`a Busha juniora ukazał się drugi raport tego

samego instytutu na temat „bezpieczeństwa energetycznego” wykonany na zlecenie wiceprezydenta Richarda Cheney-

`a. Raport zatytułowany był „Strategiczne wyzwania w dziedzinie polityki energetycznej w 21. wieku”. Raport ten,

współsponsorowany przez Radę Polityki Zagranicznej, która bardzo intensywnie zajmuje się dostępem USA do zagranicznych

zasobów ropy, zawierał stwierdzenia, że Irak pozostaje czynnikiem destabilizującym przepływ ropy naftowej

z Bliskiego Wschodu na międzynarodowe rynki i że Saddam Husajn okazał skłonność do używania ropy jako broni i do

wykorzystywania swojego własnego programu eksportu do manipulacji rynkami ropy. Dlatego Stany Zjednoczone winny

dokonać przeglądu polityki wobec Iraku w dziedzinie wojskowej, energetycznej, gospodarczej i polityczno-dyplomatycznej.

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - ROPA NAFTOWA JAKO BROŃ POLITYCZNA

26

Raport sporządzony w maju 2001 roku przez National Energy Policy Development Group kierowaną przez Richarda

Cheney`a przewidywał, że wydobycie ropy w USA spadnie o 12% w następnych 20 latach, a zwiększy się zależność

od eksportu - w 1983 USA importowały 1/3 ropy, dziś 50%, w roku 2020 - 2/3. Cheney oświadczył, że „bezpieczeństwo

energetyczne” jest sprawą centralną dla amerykańskiej polityki zagranicznej. Przyjazny Stanom Zjednoczonym

Irak jako jeden z głównych dostawców ropy na świecie takie bezpieczeństwo ma zapewnić, szczególnie, że konsumpcja

ropy na świecie będzie stale rosła. Przewiduje się, że w ciągu 20 lat wzrośnie o jedną trzecią - ani nowe złoża

w regionie Morza Kaspijskiego, w Rosji, w Afryce Zachodniej, pod wodami Atlantyku, choć ważne, nie zastąpią wielkich

zasobów na Bliskim Wschodzie. Dlatego „bezpieczeństwo energetyczne” Stanów Zjednoczonych zależy od swobodnego

dostępu do ropy bliskowschodniej. Ta swoboda ograniczona była nie tylko poprzez reżim Saddama Husajna, ale także

poprzez istnienie kartelu naftowego czyli OPEC-u. Przypomnijmy, że w sierpniu 2000 roku z oficjalną wizytą w Bagdadzie

gościł prezydent Wenezueli Hugo Chavez, pierwsza głowa państwa odwiedzająca Bagdad od czasu pierwszej wojny

w Zatoce Perskiej. Chavez oświadczył potem prasie, że rozmawiał długo z prezydentem Husajnem o tym, jak wzmocnić

rolę OPEC-u. Była to część dłuższej podróży prezydenta Chaveza mająca na celu skonsolidowanie OPEC-u przeciw naciskowi

kierowanemu przez USA, aby zmniejszyć ceny ropy - wówczas prawie 30 $ za baryłkę (zaangażowanie Chaveza

w różne kwestie polityczne i jego niektóre posunięcia prawie doprowadziły do „zmiany reżimu” w Wenezueli). Skonsolidowanie

OPEC-u sprzeczne jest oczywiście z interesami i celami politycznymi USA. Przejęcie kontroli nad iracką ropą

ma zapobiec konsolidacji OPEC-u, co więcej, może pomóc w osłabieniu OPEC-u a nawet w jego rozbiciu dokonanemu

poprzez zlikwidowanie całego systemu kwotowego, na którym opiera się istnienie kartelu. Iracka ropa jest zatem nie tyle

„money maker”, co „OPEC breaker”. Dzięki irackiej ropie USA mogłyby zrealizować cel, o którym od dawna marzą:

rzucić OPEC na kolana. Jak otwarcie napisał dziennikarz „New York Timesa” Thomas Friedman: „kup dwa w jednym:

zniszcz Saddama i OPEC za jednym zamachem: kup jedno, drugie dostaniesz za darmo”.

Według Amerykańskiego Departamentu Energii OPEC kontroluje dwie trzecie światowych zasobów ropy i dostarcza

40% ropy na rynki światowe, a ponieważ, jak się przewiduje, w krajach NONOPEC (Wlk.Brytania, Norwegia, Ameryka

Płd. etc.) będzie następował w najbliższych dziesięcioleciach spadek wydobycia, to OPEC zyskiwałby na znaczeniu

i wpływach.

Gdyby OPEC jako siła geoekonomiczna został zniszczony, wówczas próżnię polityczną jaką pozostawiłby po swoim

zniknięciu wypełniłyby Stany Zjednoczone - iracka ropa jest instrumentem ekonomiczno-politycznym, przy pomocy

którego Waszyngton osłabia lub niszczy (względnie) niezależne do siebie skupienie siły politycznej. I w tym aspekcie

należy przede wszystkim rozpatrywać cele, dla których obalono tyranię Saddama Husajna nad złożami ropy.

Prof. Michael Klare stwierdził we wrześniu 2002 roku na łamach „The Nation”: „ktokolwiek zdobędzie kontrolę

nad złożami ropy irackiej, ten będzie wywierał olbrzymi wpływ na globalne rynki energetyczne w XXI. wieku”. A ten,

kto będzie wywierał wpływ na rynki energii, będzie wpływał na wszystkie inne rynki bo ropa (energia) jest i będzie w

najbliższych dziesięcioleciach zasadniczym czynnikiem określającym koszty/ceny wszystkiego. Gospodarka światowa

oparta jest na ropie, ropa jest najbardziej cennym zasobem naturalnym na naszej planecie i podstawowym surowcem

energetycznym, materiałem niezbędnym dla nowoczesnego przemysłu (w tym, co bardzo ważne, dla przemysłu chemicznego

i farmaceutycznego) i transportu. Przemysł naftowy jest najpotężniejszą gałęzią światowej gospodarki, ropa określa

kształt i wydajność współczesnego rolnictwa a co za tym idzie w dużej mierze decyduje o wyżywieniu ludności świata,

przepływy kapitału inwestowanego w przemysł naftowy mają poważny wpływ na światowy system finansowy, ropa jest

niezbędna dla wojska i dla prowadzenia wojny, ropa rozstrzyga o geoekonomicznym układzie świata.

Dyrektor programu energetycznego w Center for Strategic and International Studies Robert Ebel, który nadzorował

powstanie raportu „Geopolityka energii w XXI. wieku” stwierdził: „Ropa naftowa napędza władzę militarną, narodowe

skarbce i międzynarodową politykę. Nie jest już towarem kupowanym i sprzedawanym w ramach ograniczeń tradycyjnej

równowagi pomiędzy podażą a popytem. Przekształciła się w czynnik określający dobrobyt, narodowe bezpieczeństwo i

międzynarodową władzę”. I z tego punktu widzenia należy rozpatrywać kwestię ropy irackiej. Dzięki kontroli nad tą ropą

USA chcą dyktować politykę energetyczną w skali światowej - to jest cel, dla którego warto było zaryzykować wojnę.

We wrześniu 1990 roku ówczesny sekretarz obrony Richard Cheney uzasadniając konieczność wojny z Irakiem,

oświadczył że, jeśli Saddam Husajn zajmie pola naftowe Arabii Saudyjskiej i Kuwejtu będzie „trzymał za gardło”

amerykańską i światową gospodarkę. Jak zawsze bywa w polityce, narzędzie polityczne, które komuś służy, nie ma ulec

zniszczeniu, ale przejęciu przez innych („odłóż miecz, abym ja mógł się nim posłużyć”) - minęło 13 lat i ktoś inny chce

mieć instrument, aby „trzymać za gardło” gospodarkę światową.

W cytowanym wyżej raporcie sporządzonym na zlecenie wiceprezydenta Cheney`a stwierdzano, że prezydent Saddam

Husajn okazywał skłonność do „używania ropy jako broni” i do wykorzystywania swojego własnego programu eksportu

do „manipulacji rynkami ropy” - teraz ktoś inny chce mieć w reku narzędzie, aby móc „używać ropy jako broni” i

„manipulować rynkami ropy”.

Republikański senator z Iowy Charles Grasley, zacięty krytyk OPEC oświadczył, że ten kartel trzyma w „duszącym

uścisku” gospodarkę USA. Rozbicie OPEC i kontrola USA nad światowym systemem energetycznym spowoduje

odwrócenie ról: to USA będą mogły trzymać gospodarkę światową w „duszącym uścisku”.

W styczniu 2003 roku Zaki al Jamani - b. saudyjski minister ds. ropy naftowej, który kieruje obecnie pracami Centrum

Studiów nad Globalną Energią w Londynie udzielił wywiadu tygodnikowi „Der Spiegel” (13.01.2003). Na pytanie:

„OPEC pod Pańskim kierownictwem zastosował ropę naftową jako broń polityczną. Czy te czasy minęły bezpowrotnie?”,

Zaki al Jamani odpowiedział: „Bojkotu nie da się już zorganizować, gdyż arabskie rządy są za słabe. Ropa może jednak

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - ROPA NAFTOWA JAKO BROŃ POLITYCZNA

27

znowu stać się bronią - tym razem w rękach wszechpotężnych Amerykanów” - i to jest odpowiedź, która wyjaśnia, dlaczego

zdecydowano się na akcję militarną przeciw Irakowi - idzie o ropę jako broń (prawdziwą broń masowego rażenia), jako

instrument politycznego nacisku, idzie o kontrolę nad surowcem mającym strategiczne znaczenie dla światowego systemu

energetycznego czyli dla gospodarki światowej czyli dla całego globalnego systemu politycznego (imperium światowego

kierowanego przez Stany Zjednoczone). Zdobycie tej broni jest celem najważniejszym, interesy konkretnych korporacji

naftowych drugorzędnym, aczkolwiek co oczywiste imperium działa w ten sposób, aby na płaszczyźnie komercyjno-handlowej

sprawowanie tej kontroli przypadło jego korporacjom. Na opanowanie irackiej ropy należy zatem patrzeć nie jako

na cel sam w sobie, ale przede wszystkim jako na środek do pewnego celu. O tym, jak tego środka można było używać

w przeszłości, dowiadujemy się z książki Petera Schweizera Zwycięstwo: w walce ze Związkiem Sowieckim USA razem

z Arabią Saudyjską działały w kierunku obniżki cen ropy, aby zredukować sowieckie rezerwy twardej waluty, a tym

samym przyspieszyć upadek Związku Sowieckiego.

Broń polityczna uzyskana dzięki opanowaniu ropy, która ma pomóc w rozbiciu OPEC-u, ma również posłużyć do „rekonstrukcji”

politycznej całego Bliskiego Wschodu. Kto bowiem panuje nad ropą iracką, ten w pewnym zakresie panuje

nad całą ropą Bliskiego Wschodu, gdzie znajduje się 65% znanych zasobów ropy na świecie a tym samym nad Bliskim

Wschodem, bo ropa rządzi wszystkim, co ma znaczenie na Bliskim Wschodzie - tylko ten, kto ją ma, kto ją produkuje,

kto ją kontroluje, kto ustala jej ceny, ten się liczy. Ropa w regionie jest ważna dla sił zbrojnych tego regionu - kto kontroluje

ropę w danym regionie, ten kontroluje strategiczny surowiec potrzebny dla armii tego regionu, ten kontroluje armie

a tym samym kontroluje region.

Budżety wielu państw Bliskiego Wschodu są zależne wyłącznie od eksportu ropy i pozbawienie ich możliwości

utrzymywania cen na odpowiednio wysokim poziomie, wpłynie bezpośrednio na ich politykę wewnętrzną. Na przykład

w Arabii Saudyjskiej niska cena ropy w latach 90. osłabiła gospodarkę saudyjską, wywołała wzrost bezrobocia, obniżenie

poziomu życia i niezadowolenie społeczne.

Dla Iranu (czwarty producent ropy na świecie) dochody z eksportu ropy to 80% wszystkich przychodów z eksportu

i 40-50% przychodów budżetu państwa. Kto kontroluje ropę na Bliskim Wschodzie, ten kontroluje budżety wielu państw

przede wszystkim Arabii Saudyjskiej i Iranu - kluczowych państw OPEC-u i najważniejszych aktorów tego regionu

a tym samym może wpływać na ich politykę i podporządkować sobie inne, mniejsze kraje.

Iracka ropa ma być geoekonomiczną dźwignią nie tylko wobec Bliskiego Wschodu, ale także wobec Chin, Rosji

i Europy, jak również wobec Japonii, gdyby chciała się bardziej usamodzielnić (70% japońskiego importu ropy pochodzi

z Bliskiego Wschodu). To Bliski Wschód, Chiny, Rosja, Europa (Francja, Niemcy) i Japonia mają być „trzymane za gardło”.

Chiny dysponują tylko niewielkimi zasobami ropy i zależne są od jej importu, przede wszystkim z Bliskiego Wschodu.

Według szacunków amerykańskiego Departament Energii w 2020 roku ok. 2/3 ropy wydobywanej nad Zatoką Perską

będzie szło do Azji, a ropa stamtąd będzie stanowić cztery piąte ropy importowanej przez Azję. W ciągu 20 lat popyt

na energię w Azji podwoi się i stanie się ona największym centrum popytu na energię w świecie - na Chiny z ich wielką

liczbą ludności i rozwijającą się gospodarką przypadnie zasadnicza część tego popytu.

Azja ma wprawdzie wystarczające zasoby węgla, ale jej popyt na energię może zaspokoić tylko olbrzymi import

ropy i gazu ziemnego. Chiny gorączkowo dążą do osiągnięcia „bezpieczeństwa energetycznego”. Wydały duże

sumy na poszukiwanie ropy i gazu na swoim terytorium (Morze Południowo-Chińskie jest potencjalnym obszarem

wydobycia ropy i już dochodzi tam do sporów w kwestii szerokości pasa przybrzeżnego), na kupno pól naftowych

(np. w Indonezji) i innych urządzeń poza granicami, inwestują w niekonwencjonalne źródła energii etc.

Ale ropa z Bliskiego Wschodu będzie dla Chin, które już dzisiaj są trzecim po USA i Japonii konsumentem ropy,

podstawowym źródłem energii: import chiński z rejonu Zatoki Perskiej wzrośnie z 0,5 miliona baryłek dziennie

w 1997 roku do 5,5 miliona baryłek dziennie w 2020 roku.

Chińska klasa rządząca zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że bez zapewnienia sobie „bezpieczeństwa energetycznego”

Chiny nie zachowają gospodarczej stabilności, co z kolei stanie na przeszkodzie ich politycznym aspiracjom, przede

wszystkim jako regionalnego lidera w Azji, a potem jako samodzielnego aktora na światowej scenie politycznej. Wiedzą

o tym doskonale także stratedzy w Waszyngtonie, którzy chcą kontrolować bazę energetyczną Chin na Bliskim Wschodzie

i zapobiec umocnieniu więzi gospodarczo-politycznych pomiędzy oboma tymi regionami, które byłyby korzystne dla

obu stron, wzmacniałyby je politycznie i uniezależniały od USA. Ten sam cel chcą USA osiągnąć w przypadku Europy,

która, aby zrealizować własne ambicje polityczne, musi mieć swoją bazę energetyczną nie podlegającą kontroli USA,

a taką bazą jeśli chodzi o ropę, może być tylko Bliski Wschód. Alternatywą jest ropa rosyjska i rosyjski gaz, które na

rynkach europejskich odgrywają coraz większą rolę.

W stosunku do Rosji, która jest eksporterem ropy, gdyż podobnie jak w krajach Bliskiego Wschodu poziom konsumpcji

ropy jest tam niski, i której budżet w wielkim stopniu pochodzi z eksportu ropy i gazu ziemnego, USA mogą zastosować

presję polityczną grożąc obniżeniem cen ropy, gdyż wysokie (i rosnące) koszty wydobycia rosyjskiej ropy sprawiają, że

przy cenie za baryłkę niższej niż 25 dolarów wydobycie może okazać się nieopłacalne. W październiku 2002 roku przewodniczący

komisji obrony w Dumie Rosyjskiej Aleksiej Arbatow przestrzegał, że budżet Rosji może się załamać, jeśli w

wyniku rzucenia na rynki irackiej ropy cena ropy znacznie spadnie. Pośrednio zatem USA mają w swoim ręku instrument

kontroli budżetu Rosji. Należy tutaj jednak zrobić ważne zastrzeżenie: celem opanowania irackich zasobów ropy nie jest

spowodowanie, żeby cena ropy była niska. Nie jest też tym celem spowodowanie, żeby cena była wysoka. Takie widzenie

sprawy jest błędne. Konsumenci w USA i Wielkiej Brytanii mogą sobie życzyć niskich cen a nafciarze z USA i Wielkiej

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - ROPA NAFTOWA JAKO BROŃ POLITYCZNA

28

Brytanii - wysokich. Jeśli cena ropy spadnie do zbyt niskiego poziomu to nie tylko złoża rosyjskie, ale także złoża w USA

i złoża brytyjskie na Morzu Północnym przestaną przynosić zyski, dla krajów importujących ropę takich jak Francja,

Niemcy, Japonia i Chiny niska cena jest korzystna ze względów politycznych i makroekonomicznych (dotyczy to również

gospodarki USA), dla krajów eksportujących ropę - Rosji, Arabii Saudyjskiej i Iranu - jest niekorzystna. Niska cena ropy

może uczynić nieopłacalnymi już rozpoczęte inwestycje w branży naftowej, zahamować wydobycie ropy, wyeliminować

potencjalne dochody z położenia nowych rurociągów etc. W każdym przypadku to, co dla jednych jest korzystne, dla

drugich jest niekorzystne i na odwrót. Opanowanie złóż irackich nie służy wtedy ani obniżeniu ani podwyższeniu ceny

ropy, ale zdobyciu narzędzia, które pozwoli w zależności od sytuacji politycznej odpowiednio manipulować podażą a co

za tym idzie ceną ropy po to, aby osiągnąć cele polityczne uznane w danym momencie za priorytetowe (kto ma ropę, ten

ma władzę - tak uważają stratedzy w Waszyngtonie). Nie to, czy cena jest niska czy wysoka, jest najważniejsze, ale to,

że USA pragną dla siebie zarezerwować prawo podjęcia ostatecznej decyzji, jaka ma być podaż i cena ropy. Móc trzymać

rękę na kurku z ropą i kontrolować jej podaż przykręcając kurek lub go odkręcając w zależności od sytuacji, móc w sytuacjach

krytycznych zamykać „śluzy” w przepływie ropy i ewentualnie odmówić dostępu innym - temu miała służyć wojna

z Irakiem. Jest to zwornik całego systemu kontroli nad światowym wydobyciem i handlem ropą, dodany do kontroli

militarnej szlaków morskich, cieśnin i przesmyków, która umożliwia kontrolę nad trasami tankowców z ropą. Ten system

kontroli nie ogranicza się do mórz i oceanów, ale obejmuje również kontrolę nad lądowymi kanałami przesyłu ropy i

gazu ziemnego. Dotyczy to w pierwszym rzędzie Azji Środkowej i Zakaukazia, gdzie nie przypadkiem w latach 90. USA

stopniowo wzmacniały swoją obecność wojskowo-polityczną, i gdzie występuje wielowymiarowy splot geopolitycznych

i ekonomicznych interesów USA, Rosji i Chin.

W dawnych środkowoazjatyckich republikach sowieckich, w rejonie Morza Kaspijskiego miało znajdować się według

wcześniejszych szacunków nawet 16 % światowych zasobów ropy. Eksperci różnią się w szacunkach zarówno jeśli chodzi

o wielkość zasobów jak i ich jakość. Również problemy transportowe zmniejszają atrakcyjność ropy z tamtego regionu,

co powoduje, że panująca tam po 1991 roku „gorączka ropy” zaczęła od 2000 roku nieco opadać. Ale i tak zasoby te są

najprawdopodobniej drugie co do wielkości po Bliskim Wschodzie. Zatem dostęp do nich czyli kontrola dostępu czyli

kontrola nad nimi to kontrola nad bardzo ważnym ogniwem światowego systemu energetycznego. Trudno też nie zauważyć,

że Azja Środkowa jest szeroko otwarta na Syberię, która kryje w sobie rozmaite bogactwa naturalne.

Interwencję w Afganistanie i „zmianę reżimu” w Kabulu trzeba widzieć w tym kontekście, jak również interwencję

przeciw Serbii i „zmianę reżimu” w Belgradzie - celem było wejście polityczno-militarne na Bałkany, aby opanować strefę

od Morza Czarnego do Adriatyku (Bułgaria - Macedonia - Albania), gdzie przebiega trasa transbałkańskiego rurociągu

z bułgarskiego Burgas do portu Vlora na albańskim wybrzeżu Adriatyku, i zamknąć zachodni kraniec korytarza transportowego

znad Morza Kaspijskiego do Morza Śródziemnego. Nie chodzi tylko o ropę, ale o złoża gazu ziemnego w Azji

Środkowej, przede wszystkim w Turkmenistanie, gdzie są trzecie co do wielkości (po Rosji i Iranie) złoża. Także inne

republiki postsowieckie (Uzbekistan, Kirgistan, Kazachstan, Tadżykistan) dysponują dużymi zasobami gazu ziemnego.

Zajęcie Afganistanu przez USA było m.in. podyktowane jego położeniem geograficznym jako potencjalnym miejscem

tranzytu dla ropy i gazu ziemnego z Azji Centralnej do wybrzeży Morza Arabskiego i do Pakistanu. Kiedy w końcu lat

70. Rosjanie odkryli nowe złoża ropy naftowej w regionie Morza Kaspijskiego podjęli próbę opanowania Afganistanu,

aby zbudować system rurociągów do przesyłu ropy przez Afganistan i Pakistan nad Ocean Indyjski. Wtedy rozpoczęła

się trwająca 10 lat wojna sowiecko-afgańska.

Zasoby ropy i gazu ziemnego w Azji Środkowej są daleko od mórz i oceanów i największym problemem jest transportowanie

tych surowców na duże odległości. Gazociągi i rurociągi mogą iść albo przez Iran do Turcji i Europy, albo do Chin

(zbyt duża odległość), albo przez Afganistan do Pakistanu i być może do Indii. Ważnym ogniwem jest Iran zarówno jeśli

chodzi o ropę jak i o drugie co do wielkości złoża gazu ziemnego (po Rosji). Nic dziwnego, że Iran znalazł się obok Iraku

w „osi zła” - idzie zarówno o jego własne zasoby ropy i gazu, jak o jego rolę jako terytorium tranzytowego dla gazociągów

i rurociągów oraz ważne położenie geograficzne: Iran łączy (albo dzieli) oba naftowe regiony - w Azji Środkowej

i w Zatoce Perskiej. Dopóki w Iranie nie nastąpi „zmiana reżimu”, USA nie będą chciały dopuścić do tego, żeby rurociągi

czy gazociągi z Azji Środkowej przebiegały przez terytorium tego kraju. Ta „geopolityka rurociągów i gazociągów” (niezależnie

od tego, jakie będą ich ostateczne trasy) jest ważna również dla zrozumienia motywów i celów akcji wojskowych

podejmowanych przez USA.

Stany Zjednoczone poprzez interwencję w Afganistanie i umocnienie swojej obecności wojskowej w Azji Centralnej

chcą pozbawić Rosję monopolu na transport ropy i gazu ziemnego i osłabić jej wpływy w postsowieckich republikach na

Zakaukaziu i w Azji Środkowej. Amerykanie sa obecni w Gruzji, przez której terytorium przebiegałby rurociąg do portu

Ceyhan w Turcji, w bogatym w ropę Azerbejdżanie i w Armenii. W Czeczenii trwa walka o kontrolę nad rurociągiem,

który biegnie z Baku do Noworosyjska nad Morzem Czarnym. Waszyngton chce zablokować Chinom niezależny tzn. nie

kontrolowany przez USA dostęp do ropy i do gazu ziemnego. Od połowy lat 90. Chiny próbują realizować projekt rurociągu

z rejonu Morza Kaspijskiego do Chin - z inicjatywy Chin uformowała się grupa tzw. szanghajska piątka - Chiny,

Rosja, Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan - potem dołączył jako szósty Uzbekistan. Ta inicjatywa została storpedowana

w wyniku akcji w Afganistanie. Waszyngtonowi udało się również zablokować chińskie naftowe inicjatywy w Indonezji.

Wreszcie Chiny zawarły kontrakty na różne projekty w ropie z Irakiem, Iranem, Libią i Sudanem. Akcja przeciw Irakowi

była niejako zwieńczeniem amerykańskich wysiłków mających na celu uniemożliwienie Chinom zdobycie niezależnej

bazy energetycznej dla swojej gospodarki.

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - ROPA NAFTOWA JAKO BROŃ POLITYCZNA

29

Bałkany, Arabia Saudyjska, Irak, Iran, Afganistan, rejon Morza Kaspijskiego, Zakaukazie, Turkmenistan, Uzbekistan,

Kazachstan, Tadżykistan, Kirgistan: w tym obszarze toczy się Wielka Gra o panowanie nad zasobami energetycznymi

Eurazji i nad systemem energetycznym świata. Do tego dochodzi także zaangażowanie w Zachodniej Afryce, skąd,

jak się przewiduje, USA będą w ciągu dekady importować 25% całej ropy sprowadzanej z zagranicy - istotne jest tutaj,

że instalacje wydobycia i przesyłu ropy są w bezpośrednim zasięgu amerykańskiej marynarki działającej na Atlantyku.

USA naciskają też na Nigerię (szósty producent ropy na świecie), aby wycofała się z OPEC-u. Pojawiają się informacje,

że „Al-Kaida” wspiera narodowe i plemienne konflikty w Afryce Zachodniej, co może być wstępem do przeniesienia tam

„wojny z terroryzmem”. Może to dotyczyć również Algierii, Libii, Egiptu i Angoli - po Nigerii największych producentów

ropy w Afryce. Dodajmy jeszcze rosnące zaangażowanie wojskowe w Ameryce Południowej, szczególnie w Kolumbii,

a pośrednio u jej sąsiadów - w Ekwadorze i Wenezueli (na te kraje przypada znacząca część eksportu ropy do USA).

Cytowany wyżej Michael Klare, autor książki Wojna o zasoby. Nowy krajobraz globalnego konfliktu (2001), uważa,

że „wojna z terroryzmem” proklamowana przez prezydenta Busha wpisana jest w ów globalny konflikt o zasoby i jest

instrumentem służącym do uzyskania kontroli nad światowym systemem energetycznym (na marginesie dodajmy, że

jeśli chodzi o Irak to jeszcze jedne zasoby tego kraju znajdą się pod kontrolą amerykańską: prof.Michael Klare w swojej

książce przewidywał, że kraje z głównymi arteriami wodnymi mogą znaleźć się w kręgu walki o zasoby i wymieniał

w tym kontekście Nil, Indus oraz Jordan, a także…. Tygrys i Eufrat, niezwykle ważne dla gospodarki wodnej Bliskiego

Wschodu rzeki, z których woda popłynie „rurociągami pokoju” do krajów Zatoki Perskiej i do Izraela).

Amerykański autor Frank Viviano napisał: („San Francisco Chronicle”, 26 września 2001): „Mapa azylów terrorystów

i mapa celów na Bliskim Wschodzie oraz w Azji Środkowej jest, w dużym stopniu, mapą głównych źródeł energii

na świecie. To obrona tych energetycznych zasobów a nie zwykła konfrontacja pomiędzy islamem a Zachodem będzie

głównym zapłonem w globalnym konflikcie następnych dziesięcioleci” (dodajmy tutaj, że koncepcja „wojny cywilizacji”

bez uwzględnienia czynników geopolitycznych, geostrategicznych i surowcowych jest albo naiwna albo celowo wprowadzająca

w błąd).

W tym sensie „wojna z terroryzmem”, która, jak stwierdził wiceprezydent Cheney, „nie zakończy się za naszego

życia” a której fragmentami są interwencje w Afganistanie i Iraku, jest wojną o przejęcie kontroli nad wszystkimi pozostałymi

jeszcze na naszej planecie rezerwami ropy naftowej i gazu ziemnego i ustanowienie amerykańskiego „petroimperium”.

Michael Klare dowodzi, że zgodnie z mapą surowców energetycznych dokonywana jest „dyslokacja” żołnierzy,

doradców wojskowych, baz i lotnisk, następują przesunięcia kierunków pomocy wojskowej, sprzedaży broni, transferu

wyposażenia wojskowego itd.

Atak na Irak i przejęcie irackich pól naftowych pokazuje, że amerykańskie imperium światowe chce być obecne politycznie

i militarnie (wykluczając lub ograniczając tym samym obecność innych) wszędzie tam, gdzie znajdują się złoża

ropy i gazu ziemnego, gdzie przebiegają i krzyżują się rurociągi i gazociągi, gdzie biegną lądowe i morskie szlaki transportowe

i gdzie znajdują się „wąskie gardła” przepływu ropy, chce określać przebieg nowych rurociągów i gazociągów,

wpływać na ich budowę, na kierunki przepływu surowców energetycznych, określać zyski z ich sprzedaży, regulować

ruch „czarnej krwi”, czyli kontrolować krwioobieg światowej gospodarki energetycznej. Potrzebne jest to także po to,

aby w pewnym zakresie kontrolować politykę wewnętrzną wszystkich krajów świata (wszystkie są albo konsumentami

albo producentami ropy i gazu). Nie może ono tego czynić, przynajmniej na dłuższą metę, tak jak czyniły to dawne imperia

kolonialne to znaczy poprzez bezpośrednią widoczną kontrolę administracyjną i polityczną. Imperium światowe

nie może bezpośrednio określać konstytucji, praw, podatków, systemu edukacyjnego itd. krajów, nad którymi sprawuje

władzę, pragnie zatem wpływać na politykę wewnętrzną tych krajów poprzez kontrolę nad światowym systemem energetycznym,

pozwalającą w pewnym zakresie kontrolować gospodarki wszystkich krajów świata a w konsekwencji ich politykę

wewnętrzną. „Bitwa o dominację energetyczną” jak zatytułowali swój artykuł na łamach „Foreign Affairs” (marzec/

kwiecień 2002) Edward L.Morse i James Richard toczy się i nasila (Morse i Richard jako uczestników bitwy wymieniają

Rosję i Arabię Saudyjską, nie wspominając, zapewne przez skromność, o swoim własnym kraju). Ropa pozostaje źródłem

strategicznej władzy i materialnego bogactwa. Dwaj amerykańscy autorzy stwierdzili ponad 10 lat temu: „Nie ma

żadnego innego surowca, który miałby tak kluczowe znaczenie jak ropa; nie ma paraleli wobec zależności rozwiniętych

i rozwijających się od zasobów energetycznych Zatoki Perskiej; te zasoby są skoncentrowane na obszarze, który pozostaje

relatywnie niedostępny i wysoce niestabilny, a posiadanie ropy dostarcza nieporównywalnej z niczym bazy finansowej,

która pozwoli ekspansjonistycznej władzy realizować jej agresywne zamiary” (Robert W.Tucker, David C. Hendrickson

Imperial Temptation 1992). Opanowanie irackiej ropy i kontrola nad ropą Bliskiego Wschodu uniemożliwi innym „ekspansję”

i „realizowanie agresywnych zamiarów”, natomiast pozwoli na „ekspansję” i „realizowanie agresywnych zamiarów”

Stanom Zjednoczonym - przy czym w obu przypadkach „ekspansję” i „agresywne zamiary” należy rozumieć

w kategoriach politycznych (osiągnięcie lub utrzymanie przewagi polityczno militarnej), a nie moralnych.

Cytowany wyżej Michael Klare napisał, że „jeśli USA będą kontrolować pola naftowe nad Zatoką Perską, będą miały

w uścisku gospodarkę światową”. Zdaniem Klare`a Waszyngton ma nadzieję, że kontrola ropy nad Zatoką Perską połączona

z przewagą 10 lat w technologiach militarnych nad wszystkimi innymi głównymi państwami świata zagwarantuje

supremację Ameryki na następne 50-100 lat. Dla osiągnięcia takiego celu warto było pójść na Bagdad i przelać trochę

krwi. Jak wiadomo ropa jest gęstsza i cenniejsza niż krew, która w przeciwieństwie do ropy jest surowcem odnawialnym.

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - ROPA NAFTOWA JAKO BROŃ POLITYCZNA

30

EURO KONTRA DOLAR

Prof. Randall Henning z amerykańskiego Instytutu Gospodarki Międzynarodowej występując w październiku 1997

roku przed Komisją Budżetową Senatu Stanów Zjednoczonych stwierdził, że europejska unia monetarna będzie oznaczać

najgłębszą transformację międzynarodowego systemu walutowego w ciągu ostatniego ćwierćwiecza. Stworzy ona,

stwierdził Henning, nowego walutowego aktora i silniejszego partnera w negocjacjach niż jakikolwiek z tych, z którymi

USA miały do czynienia w okresie powojennym. Bez wątpienia, przewidywał Henning, unia walutowa zapoczątkuje

nową erę w międzynarodowych stosunkach walutowych.

Laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii Robert Mundell napisał na łamach „Wall Street Journal” (1998,

24 i 25 marca), że wprowadzenie euro oznacza najbardziej dramatyczną zmianę międzynarodowego systemu walutowego

od czasu wycofania się prezydenta Nixona z pokrycia dolara złotem w 1971 roku. Euro, pisał Mundell,

rzuci wyzwanie pozycji dolara i to może być najbardziej znaczącym wydarzeniem w historii międzynarodowego

systemu walutowego od czasu, kiedy dolar odebrał funtowi rolę dominującej waluty. Taką samą opinię wyraził dyrektor

Instytutu Gospodarki Międzynarodowej prof. Fred Bergsten, który pisał na łamach „Foreign Affairs” (marzec/

kwiecień 1999) w artykule „Ameryka - Europa: zderzenie tytanów?”, że wprowadzenie euro to największa zmiana

w globalnych finansach od czasu, kiedy w okresie międzywojennym dolar zastąpił funta sterlinga w roli głównej waluty

świata.

Dlaczego pojawienie się euro ma tak wielkie znaczenie dla gospodarki a w konsekwencji dla polityki światowej?

Prof. Fred Bergsten pisał na łamach „Foreign Affairs”: „Wprowadzenie euro rysuje perspektywę nowego dwubiegunowego

międzynarodowego porządku gospodarczego, który może zastąpić hegemonię Ameryki trwającą od czasu II.

wojny światowej”. Euroland, pisał Bergsten, będzie równy lub przewyższy USA we wszystkich kluczowych wskaźnikach

siły ekonomicznej. 1 stycznia 1999 roku powstał blok gospodarczy o jednej walucie, który, jeśli objąłby on

wszystkie kraje piętnastki a potem rozszerzył się o inne kraje, to liczyłby dwa razy tyle ludności, co USA, a jego PKB

byłby, zdaniem Bergstena, o 20% wyższy niż PKB USA. Euroland jest największą potęgą handlową na świecie - stąd

pochodzi 1/6 eksportów (z USA -1/8, z Japonii 1/13). Euro jako waluta dużego i gospodarczo równego USA bloku

gospodarczego, w którym panuje większa równowaga finansowa niż w USA, stało się realną alternatywą dla dolara

i wyzwaniem dla jego hegemonii. Jak pisał Bergsten, euro to pierwszy realny konkurent dla dolara od momentu osiągnięcia

przezeń globalnej dominacji walutowej. Euro to zapowiedź „ruchów sejsmicznych” w światowym systemie walutowym,

konkludował Bergsten.

Wiele rządów, banków centralnych, instytucji finansowych, towarzystw ubezpieczeniowych, inwestorów, osób prywatnych

z ich oszczędnościami powitało z radością powstanie walutowej alternatywy, gdyż euro dawało szansę dywersyfikacji

rezerw i lokat oraz zmniejszenia ryzyka przy operacjach finansowych. Do tego mogły również dochodzić względy

polityczne, chęć uniezależnienia się od USA lub zyskania większej swobody ma-newru w stosunkach z Waszyngtonem.

Według szacunków ekspertów z Deutsche Bank udział euro w rozliczeniach handlowych, rezerwach walutowych,

lokatach etc. miał sięgnąć w 2010 roku średnio 30-35%. Mielibyśmy do czynienia z powstaniem faktycznego duopolu

walutowego czyli przejściem od hegemonii dolara do podziału na dwa bloki walutowe. Unia Europejska miałaby szansę

stać się drugą obok USA potęgą finansową świata a Europejski Bank Centralny rywalem lub równorzędnym partnerem

Wall Street i FRF. Problem polega jednak na tym, że taki dwubiegunowy system dwóch równorzędnych potęg walutowych

nigdy jeszcze nie istniał. Prof. Fred Bergsten stwierdził: „Nigdy jeszcze nie było tak, żeby grupa (choćby tylko dwóch)

równorzędnych mocarstw kierowała skutecznie reżimem walutowym. Większość historycznych prób podejmowanych dla

osiągnięcia takiego wspólnego kierownictwa zakończyła się niepowodzeniem”. Martin Feldstein były szef prezydenckiej

komisji doradców ekonomicznych wyraził na łamach „Foreign Affairs” (listopad/grudzień 1997) opinię, że walutowa

integracja Europy może zmienić polityczny charakter Europy w sposób, który może spowodować konfrontację ze

Stanami Zjednoczonymi. Feldstein przewidywał, że europejska unia monetarna może prowadzić do świata „całkiem

odmiennego i niekoniecznie bezpieczniejszego”. Prof. Bergsten prognozował w 1999 roku, że jeśli w ramach tzw.

wspólnoty transatlantyckiej nie dojdzie do kooperacji finansowej USA i Europy jako dwóch równorzędnych partnerów,

to Europa i Stany Zjednoczone będą się od siebie oddalać jak tektoniczne płyty a bilateralne stosunki będą ewoluować

niebezpiecznie w kierunku kryzysu. Henrik Müller, dziennikarz niemiecki specjalizujący się sprawach gospodarczych

opublikował w 1999 roku książkę Mocarstwo euro. Ładunek wybuchowy podłożony pod gospodarkę światową? Pisał

w niej m.in., że w nadchodzącej erze dolara euro dojdzie do transatlantyckiego antagonizmu, i że jeśli obie strony

nie uzgodnią pewnych ekonomiczno-politycznych warunków współistnienia, to wprowadzenie euro doprowadzi do

konfliktów o trudnym jeszcze do oszacowania wymiarze. Powstała bowiem nowa strategiczna sytuacja, kiedy dwaj

mniej więcej równi pod względem ekonomicznym gracze, obydwaj uzbrojeni w broń walutową stanęli naprzeciwko

siebie i rozpoczęli grę o walutowy podział świata. Ta sytuacja przypomina pod pewnymi względami sytuację z lat 1918-

1939, kiedy Wielka Brytania utraciła swoją rolę światowego lidera a wraz z tym utracił swoją rolę brytyjski funt. Nie

było jednak nikogo, kto przejąłby te rolę - istniało tylko kilka mocarstw o porównywalnej sile: USA, Wielka Brytania,

Niemcy, Francja, Japonia. Dopiero II wojna światowa przyniosła rozstrzygnięcie zarówno w sferze wojskowo-politycznej

jak i gospodarczo walutowej: powstał system Bretton Woods. Przypomnijmy krótko jego pouczającą historię.

W czasie drugiej wojny światowej, kiedy jeszcze na wszystkich frontach trwały walki, w małej wiosce Bretton Woods

w stanie New Hampshire spotkali się amerykańscy i brytyjscy politycy i ekonomiści, aby zaprojektować nowy powojenny

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - EURO KONTRA DOLAR

31

porządek monetarny. Jak długo imperium brytyjskie było niekwestionowaną potęgą obowiązywał klasyczny standard złota.

W 1914 roku system ten załamał się i w okresie międzywojennym, w fazie mniej więcej równowagi pomiędzy mocarstwami

zapanowała „walutowa anarchia”. System zaprojektowany w Bretton Woods pojawił się w momencie, kiedy Stany

Zjednoczone zaczęły odgrywać dominującą rolę w gospodarce i polityce światowej. Widać tu jasno, że władza polityczna

i władza nad systemem walutowym idą ze sobą w parze. Zasadniczym elementem nowej koncepcji była wymienialność

dolara na złoto, aczkolwiek dolar nie był wymienialny na złote monety, tak jak to było w okresie autentycznego parytetu

złota, lecz jedynie na duże i ciężkie sztabki warte wiele tysięcy dolarów, i jedynie rządy i banki centralne mogły wymieniać

dolary na złoto. Walutą „przewodnią” dla świata miał być dolar zamiast brytyjskiego funta. Dolar miał w przyszłości

służyć innym krajom zamiast złota jako rezerwa walutowa. USA zobowiązały się utrzymać wartość dolara oraz kupować

lub sprzedawać złoto po 35 dolarów za uncję. Równocześnie miał obowiązywać stały parytet innych walut w stosunku do

dolara. W tym sensie inne waluty świata były związane z rezerwami złota Stanów Zjednoczonych. System Bretton Woods

był systemem niesymetrycznym to znaczy USA stojąc na jego straży nie były zobligowane do przestrzegania jego reguł. Pozostawiał

on Stanom Zjednoczonym otwartą możliwość tworzenia nowego pieniądza „z niczego”. USA mogły w wymianie

z innymi państwami wydawać więcej pieniędzy niż realnie miały. System z Bretton Woods mógłby funkcjonować, gdyby

USA utrzymywały deficyty w bilansie płatniczym w pewnych granicach. Dolar jako godny zaufania międzynarodowy

środek płatniczy dodatkowo mający pokrycie w złocie był bardzo potrzebny dla rozwijającego się po wojnie handlu światowego.

Jednakże USA zaczęły wykorzystywać swoją przewagę. W systemie Bretton Wood Stany Zjednoczone były jedynym

krajem świata, który własną walutą mógł płacić na całym świecie i pokrywać deficyty w bilansie płatniczym wobec

zagranicy przy użyciu swoich pras drukarskich (z kolei w oparciu o dolara rządy innych krajów budowały własną inflację).

Te deficyty pojawiły się szybko i rosły z roku na rok. Stosownie do tego rosła ilość dolarów krążących po całym świecie.

W okresie prezydentury Johnsona i Nixona nałożyły się na siebie dwa procesy - wielce kosztowna budowa tzw. Wielkiego

Społeczeństwa i wojna wietnamska (której koszty zwiększały i tak już wysokie koszty zimnowojennych zbrojeń).

W tym okresie świat został zalany dolarami, które powstały z niczego (tzw. fiat money). USA kupowały za nie na całym

świecie dobra i usługi potrzebne dla prowadzenia wojny. Sprzedający otrzymywali dolary, które wkrótce miały znacznie

spaść na wartości. Było do przewidzenia, że prędzej czy później USA zniosą swoje zobowiązanie wobec zagranicznych

banków do wymiany dolarów na złoto po określonym kursie. Złoto wypływało z USA przez dwie dekady od początku lat

50. W tym czasie amerykańskie rezerwy złota spadły z ponad 20 miliardów dolarów do 9 miliardów. Deficyty płatnicze

USA i rosnąca ilość dolarów w obiegu stale rosły równolegle do eskalacji wojny w Wietnamie. Cały świat zaczął współfinansować

wojnę wietnamską (i budowę Wielkiego Społeczeństwa).

Ustalone w 1944 roku relacje pomiędzy dolarem i innymi walutami przestały odpowiadać nowej sytuacji. W końcu lat

60. w Europie było 80 mld niechcianych dolarów (eurodolary), których kraje europejskie chciały się pozbyć wymieniając

je w USA na złoto. Szczególnie gorącym zwolennikiem takiego posunięcia był gen. de Gaulle. USA wywarły olbrzymią

presję polityczną na rządy europejskie, aby nie wymieniały dolarów na złoto. Być może w tym kontekście należałoby

widzieć wydarzenia majowe 68 roku we Francji i odejście od władzy gen. de Gaulle`a. Oprócz szlachetnego idealizmu

młodych rewolucjonistów działały mniej widoczne siły polityczne, które dążyły do usunięcia gen. de Gaulle`a. W każdym

razie system Bretton-Woods zaczyna rozpadać się gwałtownie od 1968 roku. W 1971 roku, kiedy stał się nie do

utrzymania, Waszyngton zniósł wymienialność dolara na złoto („oddłużając” Stany Zjednoczone) i uwolnione zostały

kursy wymiany walut. 15 sierpnia 1971 roku prezydent Nixon zlikwidował te resztki parytetu złota, które obowiązywały

wcześniej, i na oścież otwarte zostały śluzy dla tworzenia z niczego kredytu i pieniądza, dla gospodarki deficytów

i spekulacji. Po raz pierwszy w historii cały świat zaczął żyć w jednym systemie papierowego pieniądza bez pokrycia.

Z pewnością tu leży przyczyna tego, że jak podaje Richard Duncan, autor niedawno wydanej książki Kryzys dolara,

w okresie od 1980 do dziś było 40 poważnych kryzysów bankowych w różnych krajach, rzecz praktycznie nie znana

w okresie Bretton Woods.

Wprowadzenie euro, jak pisał Robert Mundell, stało się najważniejszym wydarzeniem w dziedzinie walutowej od

czasu upadku systemu Bretton Woods. Już samo pojawienie się euro stanowiło wyzwanie dla hegemonii dolara (prof.

Bergsten oceniał, że wywoła to przesunięcie na euro od 500 miliardów do 1 biliona dolarów). Ale USA mogłyby ewentualnie

zgodzić się na istnienie swego rodzaju quasiduopolu dolar - euro pod warunkiem zachowania asymetrii światowego

systemu walutowego. To znaczy euro pozostałoby walutą (lub walutą „kierunkową”) dla krajów Europy Zachodniej,

Europy Środkowo-Wschodniej i dla krajów afrykańskich. Natomiast dolar zachowałby swoją hegemonialną pozycję, co

oczywiste, w krajach NAFTY i Ameryki Południowej, a także w krajach skupionych w OPEC, w krajach Azji i w Rosji.

USA nie byłyby również zainteresowane tym, aby Wielka Brytania znalazła się w strefie euro i wolałyby, żeby funt pozostał

jako swego rodzaju bufor pomiędzy dolarem i euro. Musiałoby zatem dojść do negocjacji na szczycie, podziału stref

wpływów, kompromisu w sprawie waluty rozliczeniowej w handlu ropą i do osiągnięcia jakiegoś konsensusu w kwestii

budowy nowego systemu finansowego świata (nowe Bretton Woods). Do tego jednak nie doszło. Duopol walutowy okazał

się (na razie) niemożliwy. Stało się tak dlatego, że w latach 1999-2002 zaczęły zachodzić procesy, które wywołały silny

antagonizm pomiędzy „dolarem” i „euro” grożąc, że hegemonia dolara może zostać złamana, i że powstanie quasiduopol

czyli asymetryczny układ dwubiegunowy, ale z przewagą euro. Takiej sytuacji Stany Zjednoczone nie mogły zaakceptować.

Na pytanie Freda Bergstena, „czy zderzenie tytanów?” zadane cztery lata wcześniej na łamach „Foreign Affairs”,

możemy odpowiedzieć twierdząco. Ten sam autor w tytule referatu wygłoszonego na spotkaniu Amerykańskiego Towarzystwa

Ekonomicznego w styczniu 2002 postawił pytanie: „Euro przeciw dolarowi: czy będzie walka o dominację?”.

Również i na to pytanie możemy już dziś odpowiedzieć twierdząco. Do „zderzenia tytanów”, do „walki o dominację”

doszło. Dlaczego?

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - EURO KONTRA DOLAR

32

Od końca lat 90. pojawiały się rozmaite inicjatywy w dziedzinie walutowej, których celem jest wymknięcie się spod monopolu

dolara. Wszystkie one sygnalizują, że dokonują się wewnętrzne przesunięcia w światowym systemie walutowym,

które osłabiają pozycję dolara. W Azji Południowo-Wschodniej mówi się o stworzeniu Azjatyckiego Funduszu Walutowego,

a nawet o stworzeniu wspólnej waluty na wzór euro. Chińczycy proponują, żeby wspólną walutą był ich juan, który

może zdominować handel w Azji i w basenie Pacyfiku, pojawiają się postulaty stworzenia tzw. złotego dinara islamskiego,

aby zastąpić dolara jako walutę wymiany handlowej pomiędzy krajami islamskimi, a potem ewentualnie rozszerzyć jego

użycie na inne kraje. Wielkim orędownikiem takiego posunięcia był premier Malezji dr. Mahathir bin Mohamad. Za ideę

godną rozważenia uznał wprowadzenie dinara Bijan Latif, prezes Centralnego Banku Iranu. Malezja jest krajem muzułmańskim

i inne kraje muzułmańskie mogłyby się przyłączyć do tej inicjatywy. Ale jedyną realną alternatywą dla dolara

stało się euro, dla którego rośnie poparcie także w krajach europejskich pozostających poza strefą euro np. w Szwecji i Danii.

W październiku 2001 prasa brytyjska podaje informację, że rząd brytyjski planuje na wiosnę 2003 roku referendum o

przystąpieniu do euro. Przez cały rok 2002 trwają w Anglii debaty na temat wejścia do strefy euro. Pojawiają się oznaki, że

akceptacja dolara przez OPEC zaczyna wykazywać pewne oznaki erozji. Nie kto inny jak prezydent Saddam Husajn jako

pierwszy w krajach OPEC w listopadzie 2000 roku podjął decyzję o przejściu Iraku w rozliczeniach za ropę na euro i dokonał

konwersji swoich rezerw dolarowych na euro - od tej pory cały iracki eksport ropy w ramach ONZ-towskiego programu

„Ropa za żywność” był rozliczany w euro. Było to bardzo groźne z punktu widzenia Stanów Zjednoczonych posunięcie -

jeden z brytyjskich bankierów nazwał decyzję Iraku o przejściu na euro w rozliczeniach za ropę wypowiedzeniem wojny dolarowi

czyli wypowiedzeniem wojny Stanom Zjednoczonym. Decyzja prezydenta Saddama Husajna była zachętą wysłana,

w kierunku Francji i Niemiec, aby aktywniej działały na rzecz zniesienia sankcji nałożonych na Irak. Rząd w Bagdadzie,

jak wiemy, zawarł wielomiliardowe kontrakty na wydobycie ropy z Rosją, Francją, Chinami, aby zachęcić je do opowiedzenia

się za zniesieniem sankcji. Teoretycznie rozwój wydarzeń mógł wyglądać następująco: Irak przechodzi na euro

w rozliczeniach za ropę, wzmaga się nacisk w ONZ na zniesienie sankcji, sankcje zostają zniesione, prezydent Husajn

utrzymuje się przy władzy, dziesięć lat twardej raz jeszcze, polityki amerykańskiej wobec Iraku idzie na marne, Irak

powraca na światowy rynek ropy, drugie co wielkości złoża ropy na świecie wchodzą w strefę euro, naśladując Irak

inne państwa OPEC przechodzą na euro w rozliczeniach na ropę. Przypomnijmy, że w sierpniu 2000 roku prezydent

Wenezueli Hugo Chavez odwiedził prezydenta Husajna w Bagdadzie (jako pierwsza głowa państwa od 1991 roku),

gdzie rozmawiał z nim o tym, jak wzmocnić rolę OPEC. Wenezuela czwarty co do wielkości producent ropy naftowej

przeszła w handlu ropą na wymianę barterową z Kubą i 12 innymi krajami Ameryki Łacińskiej eliminując dolara. Według

niektórych źródeł czynniki dyplomatyczne Wenezueli mówiły o przejściu tego kraju na euro w rozliczeniach na

ropę - było to na rok przed nieudanym zamachem stanu, który miał obalić prezydenta Chaveza. Indonezja zapowiada

przejście na euro w handlu ropą. Libia zachęca, aby rozliczenia za ropę prowadzić w euro zamiast w dolarach. Jesienią

2001 roku przywódcy chińscy poinformowali odwiedzającego Pekin kanclerza Gerarda Schroedera, że euro zajmie w

przyszłości więcej miejsca w skarbcach ich banku centralnego. 31 grudnia 2001 roku AFP doniosła, że Iran uważa euro

za sposób „wyzwolenia się” od dolara. Gazeta „Iran News” z 29 grudnia 2001 wezwała do przejścia na euro w rozliczeniach

za ropę i w handlu światowym.Wydanie „Europartnership News“ z 7 stycznia 2002 roku zamieściło komentarz

zatytułowany „Euro kontynuuje rozszerzanie swojego globalnego wpływu”. W styczniu 2002 roku podczas spotkania z

odwiedzającym Chiny ministrem finansów Niemiec Hansem Eichelem, który miał tam kilka wykładów na temat roli euro

w światowym systemie walutowym, chiński minister finansów Xiang Huiacheng stwierdził: „jest to nieuchronna tendencja,

że euro stanie się rezerwową walutą wielu państw świata” i przewidywał, że euro dojdzie do równowagi z dolarem.

W kwietniu 2002 roku w Arabii Saudyjskiej pojawiają się głosy postulujące przejście na euro w rozliczeniach za ropę.

W maju 2002 roku na europejsko-rosyjskim szczycie w Moskwie przedstawiciele Unii Europejskiej namawiali Rosjan, aby

zaakceptowali euro zamiast dolara w wymianie handlowej z Unią. 17 lipca 2002 roku gubernator Banku Japonii oświadczył

prasie, że całkiem spore jest prawdopodobieństwo porzucenia dolara w skali światowej. Moskiewska „Prawda” pytała w lipcu

2002 „Euro kontra dolar - kto zwycięży?” W irańskim piśmie „Iranian Financial News” z 25.08.2002 ukazała się informacja, że

połowa rezerw walutowych Iranu została przeniesiona na euro. Jeden z przedstawicieli władz w Teheranie stwierdził, że idzie

o eliminację monopolu walutowego w handlu światowym. W 2002 roku Chiny zaczęły dywersyfikować swoje rezerwy dolarowe

konwertując ich część na euro. Podobnie postąpiły Tajwan, Hongkong i Korea Południowa. „Business Week” z 17.02.2003

podał, że w poprzednim roku Rosyjski Bank Centralny podniósł do 20% udział euro w swoich rezerwach walutowych. Obecnie

ok. 30% wymiany handlowej Rosji to handel z Eurolandem - ten udział wzrośnie o kilkanaście procent po rozszerzeniu

Eurolandu, co mogłoby skłonić Rosję do zaakceptowania euro jako oficjalnego środka płatniczego w relacjach handlowych

i finansowych z Europą. Było by szczególnie istotne ze względu na rolę Rosji jako eksportera ropy. „Business Week”

napisał: „Podobnie dzieje się w innych częściach świata. Ludzie działający na rynku walutowym mówią, że tak różne narodowe

instytucje jak Bank Kanady, Bank Ludowy Chin, Centralny Bank Tajwanu zaczynają przywiązywać coraz większą

wagę do euro”. Banki azjatyckie posiadające lwią część rezerw walutowych świata mają 1,5 biliona dolarów rezerw

w większości zainwestowanych w amerykańskich obligacjach i papierach wartościowych. Tajwan podniósł udział euro

w rezerwach walutowych z 20 do 35 %, Singapur do 1/3.

W grudniu 2002 roku Korea Północna wprowadziła euro jako oficjalną walutę w handlu zagranicznym - gest nie mający

większego znaczenia ekonomicznego, ale o symbolicznej politycznej wymowie. W styczniu 2003 roku Kanada część

swoich dolarowych rezerw walutowych konwertuje na euro. Niektórzy eksperci przewidują, że pod koniec roku 2003

euro może pokrywać już 20% światowych rezerw walutowych. Rok wcześniej udział euro wynosił 10%. W ciągu 2002

roku euro zaczęło stopniowo stawać się zagrożeniem dla pozycji dolara. Na początku 1999 roku wielkie banki centralne

miały w skarbcach 5,8 razy więcej dolarów niż euro, w 2002 roku już tylko 4,6 razy więcej.

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - EURO KONTRA DOLAR

33

Rozszerzenie Unii Europejskiej w latach 2004-2007 a w konsekwencji rozszerzenie strefy euro wzmocniłoby jeszcze

pozycję euro i zachęciło OPEC do przejścia na euro. W przyszłości tendencja ta mogłaby ulec wzmocnieniu, kiedy

do strefy euro weszłyby Wielka Brytania, Norwegia, Dania i Szwecja - kluczową znaczenie miałaby oczywiście

Wlk.Brytania. Rozszerzenie strefy euro spowodowałoby, że cały obszar wpływu euro miałby ludność konsumującą

ropę o 33% liczniejszą niż USA. Ponad połowa ropy z OPECU byłaby sprzedawana do Unii Europejskiej. Kraje strefy

euro importowałyby więcej ropy z krajów OPEC niż USA, więc naturalne byłoby przejście OPEC w rozliczeniach

z nimi na euro - jednym z powodów dlaczego w handlu ropą operuje się dolarami jest to, że USA, mimo iż same

produkują ropę, są wielkim importerem ropy, ale teraz kraje strefy euro stałyby się większym importerem niż USA.

Zatem nawet z czysto ekonomicznych i walutowych powodów (powody polityczne mogłyby odegrać dodatkową rolę),

OPEC miałby zachętę, żeby przejść na euro. Innymi słowy euro nabierało coraz większego znaczenia dla wielu banków

centralnych, dolar słabł a euro wzmacniało się. Było możliwe, że kraje OPEC również zaczną dywersyfikować

swoje rezerwy walutowe. W kwietniu 2002 roku Javad Yarjani - szef departamentu analizy rynku naftowego OPEC

przebywający w Hiszpanii na zaproszenie hiszpańskiego ministra gospodarki wygłosił w Oviedo na seminarium poświęconym

międzynarodowej roli euro, wykład zatytułowany „Wybór waluty w rozliczeniach za ropę”. Yarjani był dość

ostrożny i wskazywał na to, że cały system globalnego handlu ropą jest zbudowany wokół dolara i że ta sytuacja nie

może się zmienić z dnia na dzień. Równocześnie jednak podkreślił, że OPEC jest głównym dostawcą ropy do Europy

a 48% całego importu krajów OPEC z Bliskiego Wschodu pochodzi z Europy, co czyni europejską walutę naturalnym

środkiem wymiany pomiędzy OPEC i Europą. Europa jest głównym partnerem handlowym krajów Bliskiego Wschodu,

który z kolei potrzebuje europejskich inwestycji. Yarjani stwierdził, że tak czy inaczej będą zachodzić zmiany

w światowym biznesie naftowym i nie wykluczył, że w przyszłości OPEC może przejść na euro - raczej nie przed

rokiem 2004 ale bardzo możliwe, że w ciągu najbliższej dekady - kwestią nie było zatem „czy”, ale „kiedy”. Momentem

przełomowym byłoby, według niego, wejście europejskich krajów eksportujących ropę czyli Wlk.Brytanii i

Norwegii do strefy euro. Yarjani zauważył, że zabiegi, aby zredukować globalną rolę dolara już mają miejsce i mogą

jedynie nabierać tempa, życzył euro sukcesu i mówił o zacieśnieniu gospodarczych więzów Europy z Bliskim Wschodem,

Europy, jak podkreślał, zintegrowanej i silnej gospodarczo. Coraz bardziej prawdopodobne stawało się, jako iż

kraje strefy euro mają większy udział w handlu światowym niż USA, że kraje handlujące z Unią Europejską, w tym

kraje eksportujące ropę porzucą dolara na rzecz euro. Świadectwem tego, że w światowym systemie finansowym

zaczynają się przesunięcia było to, że w latach 2001-2002 następował spadek sprzedaży w USA zarówno akcji jak

i obligacji rządowych. Kraje azjatyckie dokonują nadal zakupów amerykańskich papierów wartościowych wypełniając

lukę, jaka powstała po zmniejszeniu zakupów przez kraje europejskie, ale spadek zakupów jest zauważalny, Dodajmy, że

w tym okresie cena złota skoczyła do 300 dolarów za uncję (w stosunku do złota dolar stracił na wartości o 30%).

Na horyzoncie, zapewne dość odległym, ale bliższym niż się można było spodziewać, zaczęła majaczyć groźna

dla USA sytuacja, w której euro przejmuje handel ropą (zamiast petrodolarów mamy petroeuro), wchodzi jako środek

płatniczy na szerokie obszary handlu międzynarodowego i umacnia swoją pozycję jako waluta rezerwowa. W 1998

roku eksperci finansowi przewidywali, że w ciągu kilku lat euro osiągnie status równy dolarowi, co będzie wielkim

problem dla USA, bo zmniejszy popyt na dolary. Prof. Fred Bergsten skonstatował w końcu 2001 roku, że dwubiegunowy

międzynarodowy rynek finansowy już istnieje, choć nie istnieje dwubiegunowy międzynarodowy system walutowy.

Gdyby jednak ta tendencja się utrzymała i nabrała przyspieszenia, to mogłoby w końcu dojść do tego, że powstałby

asymetryczny quasiduopol walutowy ale z przewagą euro nad dolarem. Hegemonia dolara zostałaby złamana. Skutki

takiego rozwoju wydarzeń byłyby dramatyczne dla USA i dla całego świata.

Upadek systemu Bretton Woods i odejście od parytetu złota w 1971 roku nie zmieniły sytuacji w tym sensie, że

dolar nadal pozostał najbardziej istotnym globalnym instrumentem walutowym, i jedynie USA mają monopol na jego

produkowanie. Pozycja dolara wynika zarówno z gospodarczej potęgi USA jak i z ich potęgi polityczno-wojskowej. Ale

to siła polityczna Stanów Zjednoczonych powoduje, że cały świat używa ich krajowej waluty. To z kolei multiplikuje ich

siłę, ponieważ są w stanie ściągać pośrednio „podatek” z dolarowych transakcji w skali całego świata. Obecna wartość

dolara jest nieuzasadniona z czysto ekonomicznego punktu widzenia. Utrzymuje się dzięki politycznym okolicznościom,

z których najważniejszą jest ta, że sprzedaż całej ropy wydobywanej przez OPEC jest rozliczna w dolarach (zostało to

zagwarantowane poprzez tajną umowę pomiędzy Arabią Saudyjską a USA w połowie latach 70.)

Jedną z głównych przyczyn tego, że dolary są czymś więcej niż zielonymi papierkami, jest fakt, iż wszystkie kraje

świata potrzebują ich dla zakupu ropy. Każdy akceptuje dolary, bo ropę trzeba kupować za dolary. Hegemonia dolara

polega na tym, że amerykańskie mennice oferują całemu światu doskonały produkt: zielone papiery z wizerunkiem

Franklina lub Lincolna, a w zamian za nie otrzymują różne pożyteczne towary i usługi. Ponieważ eksport z USA jest

niższy od importu o ok. 50%, to oznacza to, że ludzie z całego świata kupują zielony papier amerykański za swoje towary

i usługi warte 400-500 mld dolarów - Amerykanie mają „free lunch” warty pół biliona dolarów. W wyniku tej

produkcji dolarów ilość zielonych papierków, które nie są oparte na parytecie złota, znacznie przekracza udział USA

w produkcji, handlu etc. świata - te papierki nie mają rzeczywistego pokrycia. Pod koniec lat 90. ponad 4/5 transakcji

walutowych i połowa światowego eksportu rozliczane były w dolarach. Dolar jest podstawową jednostką rozliczeniową

i środkiem płatniczym na świecie, medium wymiany i środkiem tezauryzacji. Jako globalny środek wymiany używany

jest w transakcjach, w których nie uczestniczą ani instytucje amerykańskie ani inne amerykańskie podmioty gospodarcze.

Banki centralne wszystkich krajów na całym świecie utrzymują rezerwy dolarowe dla chronienia swojej własnej

waluty. Dolar stanowi prawie 70% światowych rezerw walutowych. Wszystkie banki centralne trzymają dolary, którymi

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - EURO KONTRA DOLAR

34

trzeba płacić za miriady transakcji rozliczanych w dolarach i jako rezerwę odpowiednio do ilości swojej własnej waluty

w obiegu, aby bronić jej wartości. Ilość dolarów, które stanowią rezerwy w bankach, służą do rozliczeń w transakcjach

poza USA etc. jest cztery razy wyższa niż udział USA w globalnym PKB i wymianie handlowej. Więcej fizycznych

dolarów jest drukowanych dla obiegu zagranicznego niż dla krajowego. 100-dolarówka jest najbardziej używanym banknotem

na świecie - po świecie krąży ich dwa do trzech razy więcej niż w USA. Dolar fizyczny czyli w postaci gotówki

jest poszukiwany w wielu krajach Ameryki Łacińskiej, Afryki i wielu innych mniej rozwiniętych lub pogrążonych

w kryzysie krajach świata, których ludność ucieka od miejscowej waluty (ocenia się, że np. w Rosji w rękach obywateli

jest od 30 do 50 mld dolarów w gotówce). Dzięki hegemonii dolara mające monopol na jego drukowanie Stany Zjednoczone

mogą kupować u reszty świata wiele towarów i usług za taką cenę, jaka wynosi koszt drukowania i dystrybucji

dolara. Dzięki hegemonii dolara USA ściągają niewidoczną dziesięcinę od każdej baryłki ropy konsumowanej przez

każde państwo importujące ropę.

Można powiedzieć, że obligacje i papiery wartościowe nominowane w dolarach oraz znajdujące w obiegu poza USA

dolary (we wszystkich formach) stanowią dla USA de facto nieoprocentowaną pożyczkę bez terminu spłaty. Ważnym

elementem hegemonii dolara jest to, że dolar jest, jak go określił się Richard Duncan „walutą bumerangową”: najpierw

dolar idzie za granicę (niekoniecznie w sensie fizycznym) jako dolar uzyskany przez zagranicznych eksporterów dzięki

sprzedaży Amerykanom dóbr i usług, ale nie wydany przez nich na amerykańskie dobra i usługi, następnie te setki

miliardów dolarów (w tym petrodolarów) gromadzone przez banki centralne są inwestowane w akcje amerykańskich

firm, w obligacje rządowe i inne papiery wartościowe, nieruchomości w USA etc. - przed upadkiem systemu Bretton

Woods kraje mające nadwyżkę w handlu z USA mogły wymieniać dolary na złoto i lokować je w swoich skarbcach.

Dzisiaj mają tylko dolary - wymieniając swoje zarobione dolary na obligacje rządowe otrzymują jedynie dolary w innej

postaci. Kupując za swoje zarobione dzięki pracy, produkcji i usługom a więc realne dolary akcje przedsiębiorstw kupują

wprawdzie pewną wartość, ale jest ona często o wiele niższa niż ta zapisana na akcji. Około półtora miliarda dolarów

zaoszczędzonych przez innych wpływa dziennie do systemu finansowego USA podwyższając kurs akcji i finansując

deficyt handlowy oraz budżetowy. Ponieważ podaż dolara jest w 80 % tworzona przez emisję rządowych obligacji, to

każdy kto używa dolara finansuje za darmo budżet USA - fakt, że te obligacje są oprocentowane niczego nie zmienia,

gdyż odsetki od nich są wypłacane w wydrukowanych dolarach, co tylko dodaje kolejne miliardy do rezerw walutowych.

Mechanizm „waluty bumerangowej” powoduje, że im więcej drukuje się dolarów, tym bardziej rośnie wartość

amerykańskich akcji i obligacji. Przez trzydzieści lat od upadku systemu Bretton Woods, USA nie mając takiego hamulca

jak parytet złota, drukowały dolary bez ograniczeń i stworzyły finansową piramidę (Richard Duncan podaje, że

w okresie Bretton Woods czyli wówczas kiedy panował quasi-parytet złota, rezerwy walutowe wzrosły w latach 1949-69

o 50%, zaś od roku 1980 do dziś o 2000%). Wciągnąwszy świat w obsługę tej rozliczanej w dolarach finansowej piramidy,

USA nie mogą tak po prostu zatrzymać tego procesu. Muszą stale generować popyt na dolary, pchając innych bez końca w

refinansowanie ich starych długów i finansowania nowych. W miarę jak finansowa piramida rośnie, staje się to coraz trudniejsze,

ponieważ aby dolar był stabilny, popyt na dolary musi rosnąć szybciej niż zadłużenie USA. Wolumen „wolnych”

dolarów stale rośnie na świecie i groźba, że może runąć na realny amerykański rynek, staje się coraz bardziej prawdopodobna.

Ale naprawdę realna stała się ona wraz z pojawieniem się euro. W tym momencie narodził się bowiem konkurent,

który może aspirować do roli światowej waluty rezerwowej i roli międzynarodowego środka płatniczego, a tym samym

może zagrozić hegemonii dolara i spowodować załamanie się finansowej piramidy zbudowanej z wielu bilionów dolarów

emitowanych przez trzydzieści lat. Po wypowiedzeniu układu z Bretton Woods USA zmusiły całą gospodarkę światową

do uznania standardu dolara nie mającego jakiegokolwiek pokrycia w złocie. Każdy dolar z finansowej piramidy jest

obietnicą wypłaty i roszczeniem do realnych dóbr gospodarczych i dochodów z gospodarki USA. Dopóki popyt na dolary

trwa, dopóki hegemonia dolara pozostaje nienaruszona, dopóty roszczenia te pozostają w zawieszeniu i ukryty jest fakt,

że emitet jako dłużnik jest niewypłacalny. Gdyby jednak trwały nadal i nasilały się opisane wyżej procesy zainicjowane

przez pojawienie się euro, gdyby OPEC (na przykład podejmując zbiorowo taką decyzję) porzucił dolara na rzecz euro

w rozliczeniach za ropę, gdyby rezerwy walutowe wielu państw na świecie ulegały dalszej dywersyfikacji i gdyby

trwała ucieczka od dolara, spełniłby się koszmar, który zapewne śni się Alanowi Greenspanowi po nocach. Kraje

eksportujące i importujące ropę i ich banki centralne zaczęłyby swoje rezerwy przenosić na euro. Dolary zaczęłyby

wracać do domu. Wcześniej były jak gdyby czekami, które wystawiały USA, a inni musieli posługiwać się nimi

w swoich transakcjach. I tych czeków nie realizowali, więc wystawiający czeki mógł się czuć bezpiecznie. Ale kiedy

oni zaczęliby posługiwać się innymi czekami (euro) i akceptować tylko je w transakcjach, to przestaliby potrzebować

tych pierwszych czeków i postanowiliby je zrealizować tam, gdzie zostały wystawione. Wtedy okazałoby się, że są to

czeki bez pokrycia, albo są o wiele mniej warte niż to, co na nich zapisano (jedynie 4% dolarów w obiegu ma pokrycie

w amerykańskim złocie i amerykańskich rezerwach walutowych). Zaczęto by wyprzedawać dolara, pozbywać się

dolarowych obligacji i innych papierów wartosciowych, Na całym świecie spadłby popyt na dolary, rząd amerykański

nie mógłby już eksportować inflacji (hegemonia dolara umożliwiała normalnie niemożliwą do zaistnienia sytuację,

a mianowicie taką, że drukowanie wielkiej ilości dolarów przez rząd USA, nie powodowało podwyżek cen na terytorium

USA). Strumień dolarów „powracających” do kraju zamieniłby się w rwącą rzekę, potem w powódź a na końcu w potop.

Dolar mógłby wówczas stracić nawet połowę swojej wartości, wybuchłaby hiperinflacja, co nakręciłoby spiralę ucieczki

inwestorów zagranicznych od dolara czyli ucieczki z akcji, obligacji i papierów wartościowych emitowanych w dolarach.

Pękłaby bańka na rynku akcji i nieruchomości. Budżet USA załamałby się pod ciężarem długu wewnętrznego wynoszącego

dziś prawie 500 mld dolarów rocznie (w sumie ponad 6 bilionów dolarów). Warto w tym kontekście przypomnieć, że

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - EURO KONTRA DOLAR

35

całe zadłużenie Ameryki tzn. dług rządu i wszystkich związanych z nim agend, długi stanowe i lokalne, długi przedsiębiorstw

i instytucji finansowych, wreszcie długi obywateli wynoszą razem 34 biliony dolarów, podczas gdy w roku 1957

wynosiły one 693 miliardy dolarów.

Załamanie się hegemonii dolara mogłoby spowodować finansowo-gospodarczą zapaść USA, które są najbardziej

zadłużonym krajem na świecie, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Obnażona zostałaby wewnętrzna i zewnętrzna

nierównowaga finansowa USA. Ustałby dopływ tanich dóbr z importu, do czego Amerykanie się przyzwyczaili i nastąpiłby

spadek cen akcji, które dziś z dużym zyskiem USA eksportują. Bez potężnego dopływu funduszy zagranicznych

Amerykanie musieliby zacząć oszczędzać, zamiast płacić dolarami obcokrajowcom, aby to za nich robili. Nastąpiłby

znaczący spadek konsumpcji i inwestycji. Choćby po to, aby zdobyć euro na import ropy USA musiałyby mieć nadwyżkę

lub co najmniej równowagę w handlu zagranicznym (USA mają subsydiowaną ropę w tym sensie, że płacą mniej za ropę

niż wynosi jej faktyczna wartość rynkowa, co jest również formą imperialnego trybutu). A tymczasem od 1985 roku ich

deficyt handlowy urósł do prawie 4 bilionów dolarów. USA musiałyby zacząć spłacać długi realnymi dobrami i usługami.

Realną siłę nabywczą ma bowiem dolar jedynie w USA - jeśli za granicą, załóżmy teoretycznie, nikt nie chciałby przyjmować

dolarów, to mogłyby one być wydane tylko w USA, gdzie są krajową walutą. W ostatecznym rozrachunku dolary

są wymienialne tylko na dobra amerykańskie.

Stany Zjednoczone, których gospodarka tak ściśle związana jest z dolarem jako światową walutą rezerwową, weszłyby

w okres bolesnych strukturalnych reform społeczno ekonomicznych związanych z dotkliwym obniżeniem poziomu

życia obywateli USA. Dlatego ci zwolennicy wojny z Irakiem, którzy mówili, że służy ona „obronie American Way of

Life”, mówili prawdę.

Gdyby zatem ucieczka od dolara przekroczyła masę krytyczną, amerykański system by finansowy tego nie wytrzymał,

gdyby ucieczka ta stała się ucieczką na skalę globalną, USA przestałyby być subsydiowane przez świat, bo nie mogłyby

ściągać „imperialnego trybutu” z całego świata, bankructwo USA stałoby się faktem. Stabilność amerykańskiej

waluty jest całkowicie zależna od popytu na dolary. Odejście od dolara na dużą skalę oznaczałoby upadek światowego

systemu finansowego i walutowego opartego na dolarze. Dotknęłoby to olbrzymie rzesze ludzi na całym świecie, którzy

swoje oszczędności trzymają w dolarach. Właściciele krążącego po świecie i gorączkowo szukającego możliwości

lokaty fikcyjnego kapitału dolarowego zobaczyliby, że ostatnia podpora ich spekulacyjnych oczekiwań czyli „zielony”

nie potrafi utrzymać swojego stosunku wartości do innych ważnych i mniej ważnych walut świata i że fikcyjna wartość

wszystkich dolarowych lokat na świecie może ulec destrukcji. Ponieważ dolar jest globalną walutą rezerwową i tworzy

zatyczkę osi całej globalnej gospodarki, w tym rynków finansowych i handlu międzynarodowego, to jego nagły upadek

miałby niezwykle poważne konsekwencje dla całego światowego systemu finansowego.

Bankructwo finansowego bastionu świata czyli USA stworzyłoby oczywiście bardzo trudną sytuację dla wszystkich

krajów mających rezerwy w dolarach, gdyż znacznej części tych rezerw nie zdążyłyby upłynnić, zamienić na inne

waluty etc. i pozostałyby ze zdewaluowaną walutą i pozbawionymi wartości obligacjami i akcjami. Dlatego scenariusz

gwałtownego załamania się dolara i jego nagłego wyparcia przez euro jest mało prawdopodobny ze względu na to, że

zbyt wiele interesów różnych stron zostałoby naruszonych. Istnieje skomplikowana sieć globalnych powiązań i zależności

gospodarczych, która taki czarny scenariusz czyni trudnym do spełnienia. Ani Europa ani Azja nie życzą sobie załamania

gospodarki amerykańskiej i ekonomicznych wstrząsów na wielką skalę. Także producenci ropy mogą obawiać się zmiany

walutowego status quo.

Dla eksportu azjatyckiego bardzo duże osłabienie dolara byłoby katastrofalne. Dla Chin posiadanie nadwyżek

w handlu z USA jest korzystne o tyle, że powoduje, iż amerykańskie firmy fizycznie przenoszą się do Chin przynosząc ze

sobą nowe technologie. Poza tym dolar ma naturalną przewagę nad euro jako waluta, która już jest powszechnie używana

i akceptowana. Wszystko to nie zmienia jednak zasadniczego faktu, że dolar jest dziś „papierowym tygrysem”, któremu

zagraża choćby częściowe lecz znaczące przesunięcie międzynarodowych rezerw walutowych. Wartość papieru,

z którego zrobiony jest dolarowy tygrys, ma niewiele wspólnego z potęgą i rozkwitem gospodarczym USA, ale opiera się

wyłącznie na akceptacji i zaufaniu świata do dolara. Akceptacji i zaufaniu, które mają swoje źródło także i w tym, że za

dolarem stoi jego menniczy - rząd Stanów Zjednoczonych - najpotężniejszy rząd świata.

Nawet jeśli trudno wyobrażalne jest gwałtowne załamanie się hegemonii dolara, choć trzeba pamiętać, że w kwestiach

walutowych trudne do przewidzenia i kontrolowania czynniki psychologiczne i polityczne odgrywają ogromną rolę, to

sytuacja, w której monopol dolara zostałby choćby częściowo podważony przez euro, oznaczałaby poważne zmiany

w światowym systemie finansowym i gospodarczym. Istnienie euro stworzyło tak czy inaczej nową, niebezpieczną dla

dolara sytuację, gdyż konkurencja euro jest realna. Wprowadzenie euro sprawiło, że powstało nowe środowisko dla dolara.

Wcześniej wobec groźby dewaluacji dolara jego posiadacze byli bezsilni, ponieważ nie mieli alternatywy - ani złoto,

ani marka niemiecka ani frank szwajcarski ani funt brytyjski takiej alternatywy nie tworzyły. Teraz mają dokąd uciekać.

Dlatego cytowany wyżej prof. Bergsten uważa, że groźba dewaluacji dolara przy konkurencji euro może wywołać bardzo

istotne, wręcz historyczne, systemowe zmiany porządku walutowego i makroekonomicznego na świecie. Wprowadzenie

euro wywołało dynamiczne procesy czysto ekonomiczne i finansowe, które wzmocnione dodatkowo czynnikami politycznymi

i psychologicznymi mogłyby dzięki „efektowi domina” doprowadzić do upadku hegemonii dolara.

Upadek tej hegemonii miałby zasadniczy wpływ na pozycję polityczno-militarną USA, gdyż rząd amerykański musiałby

dokonać zasadniczych cięć budżetowych. Potęga USA jako światowego imperium opiera się na dwóch filarach - na

dolarze i na Pentagonie (oraz na propagandzie, która tworzy wokół nich ideologiczną otoczkę), oba są od siebie zależne,

oba nawzajem się wspierają siła jednego zależy od siły drugiego i vice wersa, razem stoją, razem upadają. Dodatkową

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - EURO KONTRA DOLAR

36

podporą jest ropa, nie tylko najważniejszy produkt w handlu międzynarodowym ale siła napędowa dla wszystkich uprzemysłowionych

gospodarek. Dzięki hegemonii dolara w handlu ropą USA mają częściową kontrolę nad całym światowym

rynkiem ropy a tym samym nad systemem energetycznym świata. Z jednej strony więc kontrola nad ropą jest konieczna,

aby utrzymać hegemonię dolara, z drugiej hegemonia dolara czyni bardziej sensowną i opłacalną kontrolę nad ropą

- gdyby handel ropą był rozliczany w euro, to dążenie Waszyngtonu do kontroli nad ropą byłoby o wiele słabsze. Ropa,

dolar, Pentagon - (energia, waluta, siła militarna) są nierozerwalnie ze sobą związane, przenikają się nawzajem i warunkują.

Upadek dolara i związane z tym cięcia budżetowe uniemożliwiłyby USA sfinansowanie ambitnych projektów w dziedzinie

militarnej. A koszty utrzymania imperium rosną. Obecnie wydatki na zbrojenia kształtują się na poziomie 360-

380 mld dolarów rocznie, w 2007 roku mają wynieść 451 mld dolarów. Dla porównania w okresie Zimnej Wojny USA

wydawały na zbrojenia średnio 347 mld w przeliczeniu na dzisiejsze dolary. Roz-winięcie siły wojskowej poza granicami

USA zależy od mocnego dolara, którym trzeba pokrywać koszty utrzymania baz, dostaw, logistyki i innych wydatków

wojskowych. Armia potrzebuje ropy i wielu innych rzeczy produkowanych za granicą. Nawet te które produkowane są

w USA mają jakieś części sprowadzane z zagranicy itp. Dotyczy to także wysoko rozwiniętych technologii. Deficyt handlowy

w technologii jest większy niż to się oficjalnie przyznaje. Słaby dolar to ograniczenie możliwości kupowania dla

armii wielu rzeczy, których potrzebuje. Cała infrastruktura wojskowo polityczna imperium światowego będzie nie do

utrzymania, kiedy upadnie dolar.

Dolar musi zatem pozostać jako międzynarodowa waluta rezerwowa i międzynarodowy środek płatniczy, gdyż

w przeciwnym razie upadnie drugi filar imperium - Pentagon. Dolar będzie walutą rezerwową tak długo, jak długo

pozostanie środkiem płatniczym w handlu ropą. Kontrolując ropę USA tworzą jedyne realne pokrycie dla dolara. Ropa

jest potrzebna USA jako kotwica ratunkowa dolara, jako wielofunkcyjna broń w walce z każdą konkurencją monetarną.

Wojna z Irakiem była zatem konieczna, aby zapobiec zawczasu ucieczce od dolara w rozliczeniach za ropę, w handlu

światowym i aby utrzymać pozycję dolara jako waluty rezerwowej, aby obronić monopol na bicie światowej monety i zachować

„seigniorage” czyli dochód królewski z mennicy. Imperium światowe toleruje waluty lokalne, ale tylko do momentu,

kiedy nie pojawi się taka waluta lokalna jak np. euro, która może zagrozić monopolowi waluty imperialnej. Siła militarna

użyta przeciw Irakowi miała nakłonić czy też zmusić inne państwa do utrzymywania dolara na jego sztucznym poziomie

i zaakceptowania jego roli jako waluty rezerwowej i międzynarodowego środka płatniczego. Wysyłając oddziały wojskowe

do Iraku władze imperium światowego wysłały sygnał „Back to dollar” najpierw do Irakijczyków, potem do państw

OPEC i wreszcie do wszystkich państw świata.

Monopol na drukowanie dolara będącego walutą światową zmusza inne państwa do subsydiowania USA. Stany Zjednoczone

mają do dyspozycji instrument finansowy w postaci podatku emisyjnego ściąganego z całego świata. Ponieważ

ich polityka jest globalna to i podatek musi być globalny. Stany Zjednoczone nie mogą same udźwignąć finansowo takiej

polityki (ich baza gospodarczo-podatkowa jest zbyt mała) bez zmuszenia innych państw do finansowego partycypowania

w utrzymaniu globalnego aparatu wojskowego i finansowaniu globalnej polityki imperium. Cały świat musi się

„złożyć” na imperium światowe, sfinansować jego deficyty handlowe i budżetowe, podtrzymać silnego dolara etc. Jeśli

ktoś rzuci wyzwanie światowemu suwerenowi podważając jego wyłączne prawo do bicia monety światowej, to suweren

ma od tego armię, aby przywołać go do porządku. Suweren wie, że bez hegemonii walutowej imperium upadnie - pozostałyby

Stany Zjednoczone jako regionalne mocarstwo (niewykluczony byłby rozpad USA). Dlatego akcja zbrojna

w Iraku m. in. miała przywrócić zaufanie do dolara i pokazać światu, że imperium ma wszystko pod kontrolą. Wojna była

konieczna, gdyż USA nie mają ekonomicznych środków, aby utrzymać dolarowy filar. Jedyną możliwością jest polityczno

militarna kontrola nad podażą i popytem dolara. USA muszą robić wszystko, żeby pobudzać popyt na dolara i zablokować

wszelkie zakrojone na szerszą skalę próby odejścia od dolara. W dziedzinie walutowej nie ma miejsca na multilateralizm.

Unilateralizm, o którym często się mówi, jest przede wszystkim unilateralizmem dolara i będzie on broniony za wszelką

cenę, w rozliczeniach za ropę.

USA zdefiniowały swoje interesy globalnie i będą ich bronić w każdym zakątku globu. Każda próba ucieczki od dolara

i spod finansowej piramidy będzie uznawana za akt wrogi wobec USA. Wojna w Iraku i opanowanie irackiej ropy

trzeba widzieć w tym kontekście - aby nie dopuścić do tego, żeby drugie co wielkości złoża ropy na świecie znalazły się

w strefie euro, żeby euro wyparło dolara z rozliczeń za ropę a w konsekwencji pozbawiło go wyłączności w roli waluty

rezerwowej i międzynarodowego środka płatniczego a być może w sprzyjających warunkach wręcz pozbawiło go tej roli.

Rozbicie OPECU przy pomocy irackiej ropy ma uniemożliwić krajom skupionym w tej organizacji prowadzenie skoordynowanej

polityki walutowej i porzucenie dolara.

Jeden ze sławnych bankierów miał powiedzieć „Dajcie mi kontrolę nad walutą kraju, a nie będę się martwił o to, kto

stanowi prawo”. Tym razem chodzi o kontrolę nad walutą świata. Kontrola nad dolarem=kontrola nad walutą światową

= kontrola nad światem. USA wciąż są największą gospodarką świata, a ich siła militarna przekracza sumę sił kilkunastu

następnych w kolejności państw, a jednak cała budowla USA jako globalnego imperium i hiperpotęgi mogłaby się

zachwiać nie w wyniku ataków terrorystycznych ale z powodu przesunięć na rynkach finansowych (władza imperium

światowego oparta na „fiat money” jest z konieczności krucha). Euro mogło stać się „Bin Ladenem” dla dolara, który

jako waluta rezerwowa jest tak samo ważnym elementem supremacji USA jak broń nuklearna, nowe technologie, sieci

informacyjne etc.

Akcja militarna w Iraku była prewencyjnym uderzeniem skierowanym przeciw euro. Stało się tak dlatego, że światowy

system finansowy oparty na dolarze ma nie tylko wymiar ekonomiczny ale także wymiar geopolityczny. Dolar jest jednost-

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - EURO KONTRA DOLAR

37

ką geopolityczną, funkcją strategicznego, militarnego i ideologicznego potencjału USA, walutą nierozerwalnie związaną

z geopolityczną sytuacją świata w drugiej połowie XX.wieku. Taką samą jednostką geopolityczną jest euro zaprojektowane

przez francuskich strategów, aby zrównoważyć światową hegemonię USA po upadku ZSRR.

Dolar i euro są finansową bronią i rezerwuarem władzy, ich starcie rozegrane na terytorium Iraku było walką

o kontrolę nad tworzeniem pieniądza i kredytu, walką o panowanie nad światowym systemem finansowym, walką

o to, kto będzie ostatecznym arbitrem globalnej polityki monetarnej: Skarb USA i Federalny Fundusz Rezerw czy

Europejski Bank Centralny, było walką geopolityczną światowego imperium amerykańskiemu przeciw jednoczacej

się Europie. Euro jako „broń walutowego rażenia” zagrażająca hegemonii dolara, jako strzała wymierzona w achillesową

piętę USA, miało zostać pokonane siłą militarną. „Zmiana reżimu” w Bagdadzie przez Stany Zjednoczone

to nie ideologiczny kaprys, nie przejaw gorącej miłości do demokracji, strachu przed nieobliczalnym prezydentem

Saddamem Husajnem czy zatroskania ciężkim losem narodu irackiego, ale absolutna strategiczna konieczność

w obliczu możliwości załamania się hegemonii dolara.

Prof. Thomas P.M.Barnett wykładowca na U.S. Naval War College w artykule „Asia: The Military - Market Link”

(„Proceedings” Instytutu Marynarki Wojennej, styczeń 2002) napisał: „Wymieniamy małe kawałki papieru (naszą walutę

w formie deficytu handlowego) na wiele cudownych azjatyckich towarów i usług. Jesteśmy dość inteligentni, żeby wiedzieć,

że byłby to bardzo nieuczciwy układ, gdybyśmy obok tych małych kawałków papieru nie oferowali czegoś o dużej

wartości. Tym produktem jest silna Flota Pacyfiku, która sprawia, ze transakcja przebiega bez zakłóceń”. Jedynym uzupełnieniem

do tego trafnego, acz nie pozbawionego łagodnej ironii, spostrzeżenia Thomasa Barnetta, byłoby zwrócenie

uwagi na fakt, że transakcja, o której pisze nie opiera się na zasadach rynkowych. Produkt o nazwie „Flota Pacyfiku” będzie

krążył niedaleko wybrzeży Japonii także wówczas, gdyby Japończycy nie zechcieli dalej uczestniczyć w wymianie

swoich towarów na „kawałki papieru”, czyli odmówiliby, jak to ujmuje Barnett, eksportowania do USA „konsumpcji”,

a importowania stamtąd „bezpieczeństwa”. Japończycy dobrze o tym wiedzą. Japonia posiada wielkie rezerwy dolarowe,

ale nie wolno jej wymieniać dolarów na złoto (na początku lat 90. Japonia miała 754 tony złota). Szwajcarski finansista

Ferdinand Lips w swojej książce Gold Wars cytuje członka rządu japońskiego, który wprost mu oświadczył: „Japonii

tak długo nie wolno kupować złota, jak długo amerykańskie okręty wojenne krążą po Pacyfiku”. Kiedy Japonia chciała

upłynnić sporą część swoich aktywów dolarowych (centralny bank japoński posiada obligacje państwowe USA warte

363 mld dolarów) otrzymała z Waszyngtonu wyraźny sygnał, że taka opcja nie wchodzi w grę. Innymi słowy Japonia

nie może prowadzić takiej polityki walutowej, która podważałaby hegemonię dolara, ponieważ nie ma odpowiedniej

ilości własnych okrętów wojennych. Flota Pacyfiku czuwa, aby „military-market link” nie został przerwany, nawet wówczas,

gdyby Japończycy zapragnęli za swoje zielone papierki kupić całą Flotę Pacyfiku. Przypomnijmy, że kiedy w 1988

roku Tajwan chciał wymienić sporą część swoich wielkich rezerw dolarowych na złoto, Waszyngton powiedział „nie”

i Tajwan musiał zrezygnować ze swoich zamiarów. Flota Pacyfiku była w pobliżu.

To jest także lekcja dla Europejczyków - wspólna waluta jest warunkiem suwerenności Europy, ale suwerenność

polityczno-militarna jest równocześnie warunkiem siły (suwerenności) waluty. Europa stworzyła jeden filar swojej suwerenności

i siły w postaci euro, ale nie stworzyła drugiego. A przecież tak w przypadku dolara jak i euro-waluta i siła polityczno-

militarna warunkują się nawzajem. Waluta wyraża, w kategoriach wartości ekonomicznej, miejsce w hierarchii

struktury politycznej. W przypadku euro jego potencjalna rola jako waluty światowej stanęła w sprzeczności z niewielką

polityczno militarną rolą Europy w świecie. Akcja USA przeciw Irakowi jasno tę sytuację unaoczniła - za dolarem stoi

armia amerykańska, natomiast żadna armia nie stoi za euro.

Były kanclerz Niemiec Helmut Schmidt przewidywał w 1997 roku, że euro wywoła potężny konflikt polityczny

i zmieni całą sytuację światową, tak że Stany Zjednoczone nie będą już mogły wzywać innych do płacenia wszystkich

wystawionych przez siebie rachunków. Prezes Europejskiego Banku Centralnego Wim Duisenberg oświadczył w 1998

roku: „To, co Amerykanie uważają za swoje naturalne prawo a mianowicie zmuszanie innych do finansowania swoich

deficytów handlowych we własnej walucie, przestanie wkrótce być czymś oczywistym”. W lutym 1999 roku tygodnik „Der

Spiegel” napisał, że bankierzy amerykańscy liczą się nawet z końcem światowego panowania dolara i że skończyły się

czasy, kiedy USA mogły dla swoich wojen i swoich programów zbrojeniowych robić długi na całym świecie i oddłużać

się dzięki manipulacji walutą. Jeden z prominentnych francuskich polityków/bankierów oświadczył: „Euro to nasza

monetarna force de frappe”. Zbrojny atak na Irak był odpowiedzią na te pochopne i zuchwałe przepowiednie. Jeden

z ekspertów finansowych zatytułował swoje prognozy na temat dolara i euro „Król Dolar spotyka na swej drodze gilotynę”.

King Dolar ruszył na Basrę i Bagdad, żeby rozwalić gilotynę.

WASZYNGTON PRZECIW ZJEDNOCZONEJ EUROPIE

Kontratak dolara przeciw euro jest przejawem głębszego politycznego konfliktu jednoczącej się Europy ze Stanami

Zjednoczonymi, które dążą do ustanowienia swojej planetarnej hegemonii politycznej czyli zbudowania imperium światowego.

Reakcja USA pokazała, że nie wystarczy mieć Bank Centralny i ogólnoeuropejską walutę, aby zrealizować swoje

polityczne aspiracje. Nie może być parytetu pomiędzy euro i dolarem, ponieważ Europa nawet nie posiada wspólnego Ministerstwa

Skarbu lub/i Ministerstwa Finansów i nie ma prezydenta, który mógłby stanąć do rozmów z prezydentem USA

mając za sobą potencjał całej Europy. Cytowany wcześniej Henrik Müller pisał w kontekście wprowadzenia euro, że Unia

Europejska jest niepełnym, niedokończonym mocarstwem bez głowy, bez silnej centrali, która byłaby w stanie narzucić

wewnętrzną dyscyplinę, negocjować i przeforsowywać swoje cele także w kwestiach walutowych. W USA, pisał Müller,

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - WASZYNGTON PRZECIW ZJEDNOCZONEJ EUROPIE

38

jest jeden minister finansów i nie ma żadnych problemów z głosowaniem przy podejmowaniu decyzji walutowych. W Unii

Europejskiej jest wspólna waluta, ale nie ma skrystalizowanej woli przywództwa i rzeczywistych ogólnoeuropejskich

struktur władzy (egzekutywy). Słabość wewnętrzna Europy generuje jej słabość zewnętrzną. Dlatego unia walutowa

i wprowadzenie euro, jak pisaliśmy wyżej, same z siebie nie spowodują, że Unia Europejska stanie się rzeczywistym

globalnym aktorem politycznym. Wyjście spod kurateli Federalnego Funduszu Rezerw i Wall Street nie może się udać

bez równoczesnego wyjścia spod kurateli Białego Domu i Pentagonu. Może to nastąpić tylko wówczas, kiedy nastąpi

głębsza integracja Europy na płaszczyźnie polityki zagranicznej i wojskowej. Tak jak dolar i siła polityczno-militarna

USA warunkują się nawzajem, tak nawzajem warunkują się suwerenność walutowa Europy i jej suwerenność polityczna.

Ogłoszenie przez Unię Europejską suwerenności walutowej bez dysponowania odpowiednią siłą polityczno-wojskową

spotkało się z wojskowo-polityczną ripostą USA w Iraku.

Prof. Fred Bergsten pisał, że jeżeli Europa chce rzeczywiście stanąć naprzeciw USA jak równy z równym przy dyskusjach

na tematy walutowe i makroekonomiczne (oraz dodajmy, na wszystkie inne ważne tematy), to, być może, będzie

musiała osiągnąć pełną integrację i stać się czymś na wzór Stanów Zjednoczonych. Innymi słowy tylko Imperium Europejskie

może umożliwić narodom europejskim „wybicie się na niepodległość”.

Charles Kupchan w znanym artykule „Czy koniec Zachodu?” opublikowanym na łamach „Los Angeles Times” w listopadzie

2002 roku stwierdzał: „Historia zatacza koło. Po wyłamaniu się z imperium brytyjskiego Stany Zjednoczone zawiązały

silną federację, stając się dla świata coraz silniejszym i ważniejszym krajem. W końcu przyćmiły wielkie europejskie

potęgi. Tym razem kolej na Europę: musi się wybić na siłę i oderwać od Ameryki, która odrzuca podzielenie się swoimi

przywilejami hegemona. Europa wyrośnie na głównego konkurenta Ameryki i od tej drogi nie ma odwrotu”. Stratedzy

w Waszyngtonie takiej przepowiedni („od tej drogi nie ma odwrotu”) nie mogą i nie chcą, rzecz jasna, zaakceptować. Ich

ważnym celem jest nie dopuścić do powstania Imperium Europejskiego czyli struktury politycznej posiadającej wspólną

walutę, własną armię i wspólny system bezpieczeństwa oraz prezydenta wyposażonego w mocne kompetencje. Jeśli ma rację,

a ma, William Pfaff, który na łamach „International Herald Tribune” (07.11.2002) pisał, że „w oczach niektórych strategów

w Waszyngtonie Europa może być jedyną siłą zdolną rzucić wyzwanie globalnej dominacji USA”, to spodziewać się

należy, że uczynią oni wszystko, aby to zagrożenie oddalić. Uderzenie w euro i powstrzymanie jego ekspansji osiągnięte

poprzez wojnę z Irakiem to równocześnie uderzenie w Europę (Unię Europejską) i próba poskromienia jej politycznych

ambicji. W artykule z lipca 2003 roku Pfaff pisał, że jednym z częstych tematów w pismach neokonserwatystów jest Unia

Europejska zdominowana przez Francję i Niemcy, przebudowywana według giscardiańskiej konstytucji i rozwijająca

się w kierunku „supermocarstwa”, które stanowi „śmiertelne niebezpieczeństwo” dla USA. To neokonserwatywna „The

New Republic” wzywała: „Ameryka musi się obudzić” co oznaczało, że USA winny dostrzec zagrożenie płynące z rozszerzonej

i zjednoczonej Europy oraz jej nowej waluty.

Mimo, iż pod względem wojskowym USA mają olbrzymią przewagę nad Europą, mimo że Europa jest zależna od

USA w kwestii logistycznego wsparcia, satelitów komunikacyjnych, komputerów wojskowych etc., to USA widzą w zjednoczonej

Europie zagrożenie. I widzą słusznie, gdyż wystarczy, że Unia Europejska stanie jako jedność w drugim rzędzie

na globalnej scenie politycznej, a przyniesie to Stanom Zjednoczonym wiele problemów. Waszyngton zdawał sobie z tego

doskonale sprawę od dawna. Tamtejsi geopolityczni stratedzy z pewnością podzielali opinię wyrażoną już wiele lat temu:

„Utworzenie zjednoczonej Europy wymaga politycznego rozstrzygnięcia, które równoznaczne jest z wolą ku niezależności.

W tym sensie zjednoczona Europa może powstać tylko przeciw interesom USA” (Ronald Steel Pax Americana, Nowy

Jork 1967). Mamy zatem do czynienia z głębokim konfliktem politycznym, którego nie tłumaczą czynniki ideologiczne,

kulturalne czy psychologiczne przejawiające się na powierzchni w groteskowym niekiedy „antyeuropeizmie” Amerykanów

czy „antyamerykanizmie” Europejczyków. Geopolityczny spadek Zimnej Wojny nieodwołalnie ulega wyczerpaniu

i wyłania się nowa konstelacja sił.

Ponad 10 lat temu w czerwcu 1990 roku były redaktor „Foreign Affairs” James Chace napisał na łamach „International

Management. Europe’s Business Magazine”, że teza Servana-Schreibera o „wyzwaniu amerykańskim” staje dziś

na głowie - mówić trzeba obecnie o „wyzwaniu europejskim”. Ewentualność, że Europejczycy stworzą paneuropejski

system bezpieczeństwa, pisał Chcse, zredukuje władzę i wpływy USA. Dwa miesiące później prezydent Saddam Husajn,

dokonując inwazji Kuwejtu, dał prezydentowi George`owi Bushowi seniorowi sposobność do stawienia czoła „europejskiemu

wyzwaniu”.

W 1991 roku austriacki geopolityk Heinrich Jordis von Lohausen opublikował na łamach niemieckiego pisma „Staatsbriefe”

artykuł zatytułowany „Czy wojna nad Zatoką Perską była wojną przeciw Europie?”. I odpowiedział twierdząco

na zadane w tytule pytanie. Poprzez położenie ręki na kurku z ropą bliskowschodnią, pisał Lohausen, chcą USA zapobiec

wyłonieniu się zjednoczonej Europy. Wojna prowadzona przez George`a Busha seniora była, pisze Lohausen, strzałem

ostrzegawczym, sygnałem wysłanym do Europejczyków, wtedy głównie Niemców będących w euforii po upadku Muru

Berlińskiego, żeby nie próbowali głupich posunięć. Było to przywołanie do porządku, wskazanie miejsca w szeregu tym,

którzy sobie roją, że mogą swobodnie harcować nie mając ani odpowiedniego poziomu zbrojeń, ani niezależnej bazy

surowcowej, do której mogą sięgnąć w razie kryzysu. W 1992 roku pisał egipski politolog i ekonomista Samir Amin:

„Jestem przekonany, że decyzja o wojnie w Zatoce Perskiej została przez Waszyngton podjęta z rozmysłem - jako dobra

okazja, aby prewencyjnie przeciwdziałać powstaniu `europejskiego bloku`, osłabiając Europę (zaopatrzenie w ropę

znajdzie się od tej pory pod wyłączną kontrolą USA), odsłaniając kruchość jej dążeń do unii politycznej i dodatkowo

neutralizując Moskwę)”.

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - WASZYNGTON PRZECIW ZJEDNOCZONEJ EUROPIE

39

Należy przypomnieć, że USA popierały mocno integrację europejską w latach 50. i 60, mowa była nawet o wspólnej

walucie. To poparcie było jeszcze dość silne w latach 70. Ale potem zaczyna powoli słabnąć a po upadku Związku Sowieckiego

zanika, choć głośno się tego nie mówi i poparcie dla integracji europejskiej pozostaje nadal częścią oficjalnej

polityki USA. Dzieje się tak z jednego zasadniczego powodu: przestał istnieć Związek Sowiecki będący wcześniej najistotniejszym

czynnikiem określającym relacje między USA i Europą. Amerykańska hegemonia nad Europą Zachodnią

była prostą funkcją napięcia pomiędzy Wschodem i Zachodem, to podział świata dawał USA legitymizację do sprawowania

kontroli nad Europą. Z chwilą upadku ZSRR USA utraciły swoją funkcję jako strategiczny protektor Europy przed

konwencjonalnym i atomowym uderzeniem sowieckim. Europa miała ochronę dzięki strategicznemu potencjałowi nuklearnemu

USA a w zamian za nią uznawała jako prawowitą amerykańską hegemonię (ten, kto zapewnia bezpieczeństwo

ma naturalne prawo wymagać posłuszeństwa).

Po 1989 roku strategiczny arsenał amerykański stał się dla Europy zbędny, co sprawiło, że i dawna rola NATO stała

się zbędna, a tym samym upadła dotychczasowa struktura przywódcza USA w Europie. Kiedy protekcja przestała być

potrzebna, obowiązek posłuszeństwa po stronie protegowanego utracił nie tylko swój naturalny charakter, ale wręcz swoje

polityczne uzasadnienie, i dawny protegowany zaczął działać w kierunku zrzucenia ciążącego mu teraz coraz bardziej

amerykańskiego protektoratu, stworzenia własnego centrum władzy i rozszerzenia swoich wpływów na wschód (dawne

kraje Układu Warszawskiego plus Bałkany). Z kolei protektor, dla którego Europa była ważnym i cennym pomocnikiem

w jego geopolitycznej i geostrategicznej konfrontacji ze Związkiem Sowieckim, przestał jej w tym względzie potrzebować.

Jak słusznie zauważają Leo Panitch i Sam Gidin: „Koniec Zimnej Wojny uniezależnił Europę od amerykańskiego

parasola militarnego i tym samym dał jej więcej swobody w realizacji własnych interesów, ale równocześnie ten sam koniec

Zimnej Wojny sprawił, że USA mogły w większym stopniu ignorować europejskie `drażliwości`” (Leo Panitch, Sam

Gidin „Global Capitalism and American Empire”, „Socialist Register” 2003).

Upadek Sowietów miał zatem paradoksalny efekt: z jednej strony umocnił globalną potęgę USA, zaś z drugiej zniszczył

polityczne struktury, na których opierał się system protektoratów stworzony przez USA w Europie i Azji Wschodniej po 1945

roku i pozbawił Stany Zjednoczone polityczno-ideologicznej broni, która dawała im możliwość kontroli tych dwóch kluczowych

obszarów (najważniejszym wydarzeniem było oczywiście zjednoczenie Niemiec, gdyż to właśnie podział Niemiec stanowił

główny powód obecności USA w Europie). To ta sprzeczność napędzała w dekadzie lat 90. strategię polityki światowej

i polityki USA.

USA muszą zwalczać wszystkie projekty europejskie zbudowania struktur politycznych i wojskowych, które uniemożliwiłyby

odbudowanie na nowych zasadach amerykańskiej dominacji w Europie. W obliczu faktu, że klamry spinające

w latach 1945-89 tzw. „wspólnotę transatlantycką” poluzowały się lub nawet popękały USA realizują od początku

lat 90. nowy program polityczny wobec Europy i nową strategię rekonstrukcji swojego przywództwa, aktywnie podminowują

wszelkie posunięcia ku wspólnej polityce obronnej i zagranicznej Europy, zachęcając i naciskając na mniejsze

państwa europejskie, aby w niej nie partycypowały. Kiedy w 1991 roku na konferencji w Maastricht przyjęto politykę

„europejskiej tożsamości w dziedzinie bezpieczeństwa i obrony”, co zaowocowało powstaniem niemiecko francuskiego

eurokorpusu uważanego za zalążek europejskiej armii, w Waszyngtonie posunięcie to mające na celu uzyskania większej

niezależności w polityce obronnej i zagranicznej zostało uznane za zagrożenie dla istnienia NATO a w konsekwencji

dla dominacji USA w Europie. USA popierają wprawdzie wyższe wydatki na wojsko i uzbrojenie w Europie, popierają

zwiększenie zdolności obronnych państw europejskich, ale tylko dopóty, dopóki wszystkie te plany są zakotwiczone

w NATO.

Już w „Wytycznych Planowania Obronnego” opracowanych w Pentagonie pod kierownictwem Paula Wolfowitza

w 1992 roku, stwierdzano, że USA powinny czynić wysiłki, aby przeszkodzić próbom uniezależnienia się Europy.

W dokumencie argumentowano, że USA muszą zapobiec wyłonieniu się wyłącznie europejskich struktur bezpieczeństwa,

które podcięłyby NATO, w szczególności zintegrowaną strukturę dowodzenia paktu.

W 1994 roku Służba Badawcza Kongresu stwierdziła, że europejska integracja miałaby „negatywne konsekwencje

dla interesów USA”. USA pragną pozostać „potęgą europejską” i utrzymać NATO jako instrument swojej

hegemonii w tym regionie świata. Jak słusznie zauważył były przedstawiciel Francji w NATO Gabriel Robin zasadniczym

celem NATO jest dziś służyć jako „przyzwoitka Europy” i zapobiec ustanowieniu jej jako niezależnej fortecy

a być może kiedyś - rywala. Jeśli Europa uzyskałaby własną niezależną siłę militarną, to tylko kosztem NATO,

a wówczas jak stwierdził pod koniec 2000 roku na spotkaniu ministrów paktu w Brukseli, sekretarz obrony USA

William Cohen, NATO stałoby się „reliktem przeszłości”. Tuż po nicejskim szczycie Unii Europejskiej w grudniu

2000 roku senatorowie Jesse Helms i Gordon Smith ostrzegli przywódców europejskich, aby starannie rozważyli

motywacje leżące u podstaw europejskiej polityki bezpieczeństwa i obrony, która przez wielu traktowana jest jako

instrument równoważenia siły i wpływu Ameryki w NATO. Senatorowie Helms i Smith stwierdzili, że ta polityka

nie jest ani w interesie Europy ani Ameryki, gdyż podcina sprawdzone stosunki pomiędzy nimi na rzecz stosunków

USA z europejskim superpaństwem, którego tworzenie jest po części napędzane antyamerykańskimi resentymentami.

W kilka dni po nicejskim szczycie neokonserwatysta John Bolton, ówczesny wiceprezes American Enterprise

Institute a dziś podsekretarz obrony nazwał europejską politykę bezpieczeństwa i obrony „sztyletem wymierzonym

w serce NATO”.

Od czasu pierwszej wojny w Iraku, o której antyeuropejskim ostrzu pisali cytowani wyżej von Lohausen i Amin,

Waszyngton konsekwentnie realizuje swoją strategię polegającą na redefiniowaniu roli NATO i utrzymaniu paktu

jako struktury kontrolnej wobec Europy. Między innymi temu celowi miała służyć polityka na Bałkanach. Wa-

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - WASZYNGTON PRZECIW ZJEDNOCZONEJ EUROPIE

40

szyngton nie wyzyskał swojej siły, aby zachować zjednoczoną Jugosławię w latach 1990-1991, wsparł niezależność

Bośni-Hercegowiny, z niezwykłą zręcznością podsycał i inspirował konflikt bałkański dla własnych celów i wreszcie

w 1999 poprowadził Unię Europejską do wojny z serbską Jugosławią. W 1999 roku jeden z redaktorów „New

Left Review” Peter Gowan na łamach „CounterPuncha” opublikował znakomity artykuł „Zmierzch europejskiego

projektu”, w który opisał misterną dyplomatyczno-polityczno propagandowo wywiadowczą grę prowadzoną przez

Waszyngton na Bałkanach, której zaplanowanym i ściśle wykalkulowanym celem było doprowadzenie do wojny

z Jugosławią i jej rozbicie. Planowanie ataku na Jugosławię rozpoczęto na czternaście miesięcy przed jego podjęciem

i opracowano ze szczegółami uwzględniając wszelkie możliwe scenariusze zależne od reakcji Belgradu. Wojna ta nie

miała absolutnie, ale to absolutnie nic wspólnego z losem mieszkańców Kosowa. Celem Waszyngtonu, pisał Gowan, było:

wykazanie, że Europa jest niezdolna do działania nawet na swoim podwórku, wciągnięcie Europy do wojny pod swoim

przywództwem, praktyczne przeformułowanie zadań NATO w kierunku dla siebie pożądanym, skonsolidowanie swojej

nadwątlonej po upadku ZSRR dominacji nad Europą, zahamowanie rozszerzania politycznej strefy wpływów Unii Europejskiej

na południowy wschód poprzez umocnienie swoich wpływów w państewkach postjugosłowiańskich, zakłócenie

procesu wprowadzania wspólnej waluty europejskiej.

Rozpatrywane z perspektywy europejskiej wszystkie wojny i interwencje USA w ostatniej dekadzie (Irak, Serbia,

Afganistan) służyły ponownemu podporządkowaniu Europy po upadku ZSRR. Druga wojna w Iraku była już w sposób

oczywisty dla wszystkich wymierzona w Europę (Unię Europejską), w jej aspiracje polityczne, w jej walutę. Była ona, jeśli

chodzi o Europę, powtórką pierwszej - jej celem jest ustawienie strażnika u źródeł energii niezbędnej Europie, źródeł,

z których Europa czerpie 75% swojej energii, niedopuszczenie do tego, aby Europa wzmocniła się poprzez rozbudowywanie

więzi polityczno-gospodarczych z państwami arabskimi, zatrzymanie procesu polityczno wojskowej integracji Unii Europejskiej.

Brytyjski historyk Eric Hobsbawm pisał w tym kontekście o świadomym sabotażu Unii Europejskiej, zaś Immanuel

Wallerstein atak na Irak nazwał wprost atakiem na Europę i uznał, że Waszyngtonowi chodzi o destabilizację Europy

i doprowadzenie do upadku euro.

Polityka amerykańska nakierowana jest, jak pisaliśmy wcześniej, na taką przebudowę NATO i takie przeformułowanie

celów paktu, aby stał się instrumentem globalnych interwencji pod amerykańskim przywództwem, i gwarantował, że

nie powstaną odrębne sił zbrojne Europy. Sojusz Północnoatlantycki musi być w stanie działać gdziekolwiek interesy

USA są zagrożone, a Europa zamiast rozwijać własne zbrojenia i siły zbrojne powinna związać się w dziedzinie

sprzętu, technologii wojskowych etc. z USA. Europejczycy mają stworzyć wyposażone w nowoczesne uzbrojenie

siły uderzeniowe do prowadzenia akcji u boku Amerykanów w dowolnym punkcie świata czyli, jak ujął to William

Pfaff, „samofinansującą się Legię Cudzoziemską Pentagonu”. Nazywając rzecz bez ogródek, możemy stwierdzić, że

żołnierze europejskich armii mają pełnić rolę nowych Gurków czy sipajów wspierających militarne inicjatywy imperium

na całym świecie i pełniących obowiązki policyjne na terytoriach i w miastach zdobytych przez marines. Innymi

słowy Europejczycy mieliby udział w ciężarach, kosztach, obowiązkach i w odpowiedzialności, ale nie w decyzjach

i we władzy. Ale hasło „United We Stand, Divided We Benefit” jest trudne do zaakceptowania przez Europejczyków. Nie

uciekną też oni przed wyborem, jaki w 2002 roku sformułował niemiecki polityk Egon Bahr: czy siły zbrojne Europy

mają być mieczem Ameryki czy tarczą (dodajmy: i mieczem) Europy?

Z punktu widzenia Waszyngtonu NATO ma sens tylko wówczas, jeśli Europejczycy zmodernizują swoje siły zbrojne

a równocześnie ich nowoczesne systemy i struktury dowodzenia będą zintegrowane z amerykańskimi systemami

dowodzenia, kontroli i łączno-ści. Rolą NATO jest być kanałem wpływu Stanów Zjednoczonych w Europie i środkiem

ich partycypacji w sprawach bezpieczeństwa Europy po to, aby zapobiec wyłonieniu się czysto europejskiego systemu

bezpieczeństwa czyli temu, aby Europa stała się niezależną siłą, zdolną do działania w wymiarze strategicznym: kontynentalnym

i globalnym. Temu celowi służy też rozszerzanie NATO: chodzi o umocnienie wpływów USA w Europie

Środkowo-Wschodniej i Południowej i posługiwanie się nowymi członkami NATO, którzy są lub mają być członkami

Unii Europejskiej, dla storpedowania prób budowy wspólnego potencjału militarnego Europy i w ogóle dla zahamowania

procesu federalizacji Europy. NATO - po utracie swojej funkcji z okresu istnienia Związku Sowieckiego ma nadal służyć

utrzymaniu krajów europejskich w systemie wojskowym kierowanym przez USA a tym samym ustaleniu ich politycznej

orientacji na Waszyngton. Dawne NATO staje się anachronizmem, ale zarazem Europa jest ważnym elementem w całej

geopolityce i geostrategii USA w Eurazji i bazą dla działań na południu i na wschodzie. NATO nie jest już potrzebne

Europie jako ochrona przed strategicznym atakiem nuklearnym, ale nadal ma zachować swoją funkcję instrumentu politycznego

USA czyli być częścią imperialnej struktury kontrolnej. Kiedyś posłuszeństwo Europy było ceną płaconą za

protekcję, dziś i w przyszłości ma wynikać wyłącznie z przewagi militarno-politycznej USA.

Jest sprawą oczywistą, że celem strategii Waszyngtonu jest Europa luźno zintegrowana, podzielona na „starą” i „nową”,

niezdolna do skupienia swoich militarno-politycznych potencjałów, izolowana od Rosji, Chin, Afryki i krajów arabskich,

pozbawiona niezależnych źródeł energii. Waszyngton chce zapobiec temu, żeby Unia Europejska stała się silnym, godnym

zaufania podmiotem geopolitycznym tak aby nie była w stanie wykorzystać euro jako broni politycznej i zdetronizować

dolara (cytowany wcześniej Javad Yarjani mówił w Oviedo, ze szanse przejścia krajów OPEC na euro w rozliczeniach

za ropę rosną w miarę politycznej integracji Unii Europejskiej). Europa jako twór labilny i „zlatynoamerykanizowany”

ma pozostać politycznym karłem podporządkowanym USA. Coraz liczniejsze są w USA głosy otwarcie ten cel formułujące.

W neokonserwatywnym „Commentary” z października 2001 roku Irwin M.Stelzer ogłosił artykuł zatytułowany

„Czy Europa jest zagrożeniem?”, i uwzględniwszy wszystkie zastrzeżenia, odpowiedział twierdząco na sformułowane

w tytule pytanie (czyli Wenusjanie zagrażają Marsjanom!). Stelzer stwierdzał, że USA nie mogą sobie pozwolić na

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - WASZYNGTON PRZECIW ZJEDNOCZONEJ EUROPIE

41

ignorowanie wyzwań ze strony Unii Europejskiej rządzonej przez „supranacjonalistów” Chiraca i Schrödera ani pozostawać

obojętne wobec rosnącej wyrwy we „wspólnocie transatlantyckiej” oraz prób demontażu lub co najmniej

neutralizacji NATO czyli redukowaniu wpływów Ameryki w Europie. Stelzer cytował z aprobatą mało zawoalowaną

pogróżkę wobec Unii Europejskiej zawartą w ostatniej książce Henry Kissingera Does America Need a Foreign Policy:

„Niechaj ci, którzy poszukują swojej tożsamości w konfrontacji z Ameryką, nie łudzą samych siebie sądząc, że

Stany Zjednoczone pozostaną na zawsze pasywne, kiedy ich polityka będzie z zasady kwestionowana”. Stelzer postulował,

aby Stany Zjednoczone, posługując się Wielką Brytanią i państwami Europy Środkowo-Wschodniej, aktywnie

działały na rzecz takiego kształtu Unii Europejskiej, jaki zgodny byłby z ich potrzebami i interesami. Neokonserwatysta

Richard Perle mówił w lutym 2003 roku o „powstrzymywaniu” (containment) „naszego dawnego sojusznika

Francji”. Perle świadomie użył terminu odnoszonego kiedyś do „powstrzymywania” Związku Sowieckiego. Należy

to interpretować jako groźbę, że wobec Europy reprezentowanej przez „imperium franko-germańskie” mogą zostać

zastosowane te same środki i metody, co wobec Związku Sowieckiego. Inny neokonserwatysta Michael Ledeen

w marcu 2003 na łamach „National Review Online” oskarżył Francję a w drugiej kolejności Niemcy o to, że zawarły

sojusz z radykalnym islamem i radykalnymi Arabami przeciw Stanom Zjednoczonym, że francusko-niemiecka strategia

polega na użyciu islamskiego terroryzmu i ekstremizmu jako broni przeciw USA. Ledeen napisał, że prezydent

Chirac sprzeciwiał się wojnie z Irakiem, gdyż związał swój los z radykalnym islamem i arabskimi ekstremistami, aby

wspólnie z nimi zapobiec amerykańskiej dominacji. Francja, pisał Ledeen, broni Saddama Husajna, którego przeciwnikami

są „cywilizowane kraje świata” sugerując tym samym, że Francja nie należy już do „cywilizowanych krajów

świata”. W zakończeniu swojego artykułu Ledeen napisał: „Będziemy musieli przenieść wojnę z terroryzmem daleko

poza granice Bliskiego Wschodu, do serca Zachodniej Europy”. Trudno o mniej zawoalowaną groźbę i o bardziej jasne

zdefiniowanie „wolności” i „cywilizacji” - wolny i cywilizowany jest ten kraj, który popiera politykę Stanów Zjednoczonych.

Tego rodzaju ataki na Francję płynące zza oceanu, oskarżanie jej m.in. o antysemityzm i skłonność do

totalitaryzmu są na płaszczyźnie propagandowo-psychologicznej sygnałem dla wszystkich państw europejskich, że

w razie konieczności mogą być tak samo potraktowane. Propaganda skupia się na Francji - jedynym państwie kontynentalnej

Europy, które dysponuje bronią nuklearną i może, w przeciwieństwie do Niemców, pozwolić sobie na użycie

języka siły i suwerenności - aby podważyć jej rolę lidera politycznego Europy, wyizolować ją i pozbawić polityczno-

moralnego wsparcia ze strony pozostałych krajów europejskich. Należy jednak brać pod uwagę fakt, że stworzony

i utrzymywany przez USA zespół wartości ideologiczno-politycznych i struktur symbolicznych zakorzenionych

w zwycięstwie nad Niemcami w 1945 roku: „Monachium”, „Hitler”, „etniczny nacjonalizm”, „totalitaryzm” etc. kontra

„wolność”, „demokracja”, „prawa człowieka” etc. dobrze służył dla ideologicznej kontroli Niemiec, ale nie jest już

tak poręcznym narzędziem w stosunku do Francji. Być może nasilający się w latach 90. „rozrachunek z Vichy” był

z punktu widzenia strategów waszyngtońskich „reprodukowaniem” owego zespołu wartości i struktur symbolicznych

oraz tworzeniem u Francuzów „czułego miejsca”, w które można będzie uderzać.

W kontekście gróźb Perle`a i Ledeena warto wspomnieć o artykule Saula Zadki opublikowanym na łamach znanej izraelskiej

gazety „Ma`ariv” w czerwcu 2003 roku. Zadka, były korespondent dziennika „Haaretz” w Wlk.Brytanii w latach 80. stwierdza

w nim, że Unia Europejska raczej świadomie niż nieświadomie przekazuje Autonomii Palestyńskiej pieniądze, które są

używane dla organizowania akcji terrorystycznych (przypomnijmy, że w kwietniu 2002 roku neokonserwatywny „New

York Sun” oskarżył Austrię, Belgię, Francję, Hiszpanię, Portugalię i Szwajcarię o wspieranie palestyńskich zamachów

terrorystycznych na izraelskich cywilów). Odmawiając poparcia politycznego Izraelowi, organizując bojkoty gospodarcze

i wojskowe, UE nie pozwala Izraelowi bronić swoich obywateli przed morderczymi atakami, dostarcza środków bojowych

państwom, które wzywają otwarcie do zniszczenia Izraela - Francja Syrii, Wielka Brytania Arabii Saudyjskiej.

Niemcy, Francja, Rosja pomagają Iranowi rozwinąć broń atomową, która ma być zrzucona na Izrael. Zdaniem Zadki UE

popiera Jasera Arafata, który po uszy tkwi w terrorze, toleruje na swoim terytorium mniejszości muzułmańskie, chociaż

te szczują przeciw Izraelowi i nawołują do mordowania Żydów. UE jest pełna polityków, którzy nie cofają się przed

żadnymi środkami, mogącymi zachwiać egzystencją Izraela, wspierają inicjatywy mające izolować Izrael i uczynić go

trędowatym w rodzinie narodów. Według Zadki niemiecko-francusko - belgijsko-holenedersko-skandynawsko-irlandzka

oś stopniowo niecierpliwi się faktem, że Izrael istnieje już 50 lat. Jeżeli Izrael zostanie przyparty do muru, jeśli jego

egzystencja będzie zagrożona, wówczas, napisał Zadka, nie będzie on miał innego wyboru jak użyć broni Sądu Ostatecznego

czyli zaatakować cele w Europie przy pomocy broni atomowej, bo to Europejczycy dostarczyli wrogom Izraela

potencjału dla budowy broni masowego rażenia. Zadka został wprawdzie usunięty z „Ma`ariv”, ale mógł, jak to sam

później określił, na papierze wylać swój gniew na wszystko, co się rozciąga od Dublina do Lublina. Jak później wyjaśnił,

jego artykuł był prowokacją, i nie chodziło mu o zaatakowanie Europy, ale postawienie takiego ataku jako możliwości, o

ile wystąpią określone okoliczności tzn. wówczas, kiedy egzystencja Izraela będzie zagrożona i to zagrożona z powodu

„wspólnictwa” Europejczyków.

Być może artykuł Saula Zadki jest tylko dziwacznym wybrykiem, ale jednak wybrykiem wpisującym się doskonale

w wojnę psychologiczną przeciw Unii Europejskiej (Europie) prowadzoną przez amerykańskich neokonserwatystów.

Dla „kwestii europejskiej” kluczowe jest stanowisko Wielkiej Brytanii. Największym zagrożeniem dla dominacji

USA w Europie byłoby powstanie triumwiratu Londyn - Paryż - Berlin i wejście Wlk. Brytanii do strefy euro. Porzucenie

funta na rzecz euro oznaczałoby, że w strefie euro znajdzie się największe centrum finansowe Europy, którym jest

Londyn (drugie po Nowym Jorku centrum finansowe świata). Pozycja euro i jego atrakcyjność jako waluty rezerwowej

znacznie by wzrosły, szczególnie, że Wlk. Brytania jest eksporterem ropy i jej wejście w strefę euro osłabiłoby rolę dolara

w rozliczeniach za ropę.

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - WASZYNGTON PRZECIW ZJEDNOCZONEJ EUROPIE

42

Obecnie Wlk. Brytania jest rozrywana pomiędzy USA a Unią Europejską, tak jak funt pomiędzy dolarem i euro. Chce

być najbardziej lojalnym sojusznikiem Waszyngtonu, ale taka rola bez zaplecza europejskiego może być tylko subordynacją

maskowaną sloganem o „specjalnych stosunkach”.

Wojna z Irakiem ujawniła, że Londyn skłania się ku USA, dryfując w kierunku anglosaskiego „twardego rdzenia”

tzw.wspólnoty transatlantyckiej - w Wlk.Brytanii pojawiają się postulaty, aby weszła do NAFTA, odżyły nawet

pomysły utworzenia Unii Angloamerykańskiej. Trzeba tu przypomnieć, że wojna z Serbią bardzo zintensyfikowała

strategiczne, wojskowe i wywiadowcze więzi pomiędzy USA i Wielką Brytanią. Londyn uczestniczy w amerykańskim

systemie szpiegowskim ECHELON, oba wywiady dzielą się ze sobą informacjami, ale nie dzielą się z nimi w

takim zakresie z państwami europejskimi. Proces tej „anglosaskiej integracji” zaczął się już wcześniej.. Po pierwszej

wojnie w Iraku ówczesny sekretarz obrony USA William Cohen i jego brytyjski odpowiednik podpisali deklarację

o „zasadach współpracy w dziedzinie obronności i przemysłu”, mających na celu „poprawę we współpracy w produkcji

broni i ochrony tajemnic technologicznych”, oraz „ułatwiających wspólne przedsięwzięcia i fuzje w przemyśle obronnym”.

Sekretarz Stanu Cohen oświadczył, że to porozumienie wzmocni współdziałanie pomiędzy przemysłami obronnymi

obu krajów i pomoże uzgodnić stanowiska w takich kwestiach jak np. dzielenie się technologiami. Porozumienie

zostało podpisane krótko po utworzeniu British Aerospace Systems (BAES) powstałej z fuzji British Aerospace z GEC

Marconi. Głównymi partnerami BAES są dwaj najwięksi dostawcy broni dla Pentagonu w USA Lockheed Martin i Boenig.

Następuje coraz silniejsza integracja brytyjskiego kompleksu zbrojeniowego z amerykańskim. BAES działa swobodnie

na rynku amerykańskim poprzez swoją filię o nazwie British Aerospace Systems North America i jest obecnie

piątym dostawcą dla Pentagonu. Oprócz tego ma miejsce ścisła współpraca w operacjach wojskowych i wywiadowczych.

Brytyjskie i amerykańskie Siły Specjalne przeprowadzają wspólne, także tajne, akcje w różnych częściach świata, znaczącej

intensyfikacji uległa współpraca CIA i MI5. USA i Wielka Brytania w latach 90. wspólnie egzekwowały sankcje

nałożone na Irak i wspólnie przygotowywały grunt pod interwencję zbrojną w tym kraju. To z kolei miało odbicie

w starciu o przyszłe zyski z irackiej ropy - amerykańskie i brytyjskie koncerny naftowe (British Petroleum jest praktycznie

włączony do amerykańskiego kompleksu naftowego) postanowiły wyeliminować z gry europejski Total Fina-Elf.

Wojna w Iraku wzmocniła więzy wojskowe pomiędzy USA i Wielką Brytanią, brytyjski sekretarz obrony Geoffrey

Hoon oświadczył w lipcu 2003 roku, że chce zrestrukturyzować siły zbrojne i zreformować struktury dowodzenia w armii

brytyjskiej tak, żeby były lepiej dopasowane do amerykańskich, gdyż, jak się wyraził jest wysoce nieprawdopodobne,

aby Zjednoczone Królestwo angażowało się w zakrojone na szeroką skalę operacje wojskowe bez USA. Dlatego brytyjskie

siły zbrojne muszą być tak zbudowane i wyposażone, aby spełnić wymagania dla wojen toczonych u boku Stanów

Zjednoczonych. Przewiduje się, że BAES zostanie wchłonięty przez Boeniga stając się częścią składową amerykańskiego

kompleksu zbrojeniowo-militarnego i podlegając kontroli Pentagonu. Amerykanie chcą istniejące w Fylingdales (północne

Yorkshire) urządzenia wczesnego ostrzegania przekształcić w element systemu antyrakietowego czyli tzw. Gwiezdnych

Wojen. Ponieważ geografia militarna jest nadrzędna wobec geografii politycznej i administracyjnej, to ewentualne

objęcie Tarczą Antyrakietową Wlk.Brytanii oznaczałoby de facto zniesienie odrębności terytorialnej obu państw czyli

przyłączenie Zjednoczonego Królestwa do metropolitalnej prowincji imperium światowego.

Dodatkowym przęsłem „transatlantyckiego mostu” są brytyjsko-amerykańskie fuzje w sektorze finansowym i bankowym.

Wspomnieć należy również o angloamerykańskiej integracji w dziedzinie mediów i informacji. W skład medialnych

konglomeratów należących do Conrada Blacka i Ruperta Murdocha, którzy swoje główne siedziby mają w Ameryce

Północnej i są ściśle związani z amerykańskimi neokonserwatystami, wchodzi duża część mediów brytyjskich. „Times”,

„Financial Times”, Reuter, Sky TV to już dziś nie brytyjskie, lecz angloamerykańskie instytucje.

Paralelnie do integracji angloamerykańskiej postępowała integracja „franko-germańska”. Reakcją na powstanie angloamerykańskiej

osi w przemyśle zbrojeniowym były fuzje w niemieckim przemyśle zbrojeniowym zdominowanym przez

Daimlera, Siemensa i Kruppa oraz coraz silniejsza integracja francuskiego i niemieckiego kompleksu zbrojeniowego. Już

w 1996 roku Paryż i Bonn powołały do życia wspólną agencję ds. zbrojeń, której zadaniem było zarządzać wspólnymi

programami i oceniać na potrzeby obu rządów kontrakty w dziedzinie obronności. Francja i Niemcy kontrolują obecnie

Airbusa (BEAS-owi pozostało w Airbusie 20% udziałów), który rywalizuje z Lockheed-Martin i Boenigiem. Niemcy

współpracują z Francuzami w programie wynoszenia satelitów na orbitę okołoziemską Ariane oraz przy programach

satelitarnych Galileusz, Helios i SAR-Lupe.

W końcu 1999 roku w odpowiedzi na „sojusz” British Aeorspace z Lockheed Martin francuska Aerospace-Matra

połączyła się z daimlerowską DASA tworząc wraz z hiszpańską Construcciones Aeoronauticas największy europejski

konglomerat zbroje-niowy European Aeronautic Defence Space Company (EADS). Mimo iż nadal istnieje kooperacja

pomiędzy europejskimi i amerykańskimi firmami, to wyraźny stał się podział na dwie konkurujące grupy: amerykańską

„Wielką Piątkę” (Lockheed Martin, Boenig, Raytheon, General Dynamics, Northrop Grumman) plus brytyjska BAES

i europejską EADS. Obie grupy ostro rywalizują ze sobą m.in. w zakresie kontraktów na dostawy broni dla nowych

członków NATO. Dodajmy, że francusko-niemiecki sojusz w dziedzinie produkcji zbrojeniowej w ramach EADS otwiera

„boczną furtkę” do włączenia Niemiec we francuskie programy zbrojeń nuklearnych - francusko-niemiecki EADS produkuje

m.in. rakiety balistyczne z głowicami nuklearnymi wystrzeliwanymi z okrętów podwodnych.

Nie ulega wątpliwości, że Waszyngton chce w najważniejszych z politycznego punktu widzenia dziedzinach (zbrojenia,

armia, wywiad, finanse, media) związać ze sobą na trwałe Wielką Brytanię, wykorzystywać jej członkostwo w

UE dla sabotowania integracji europejskiej, oddalić raz na zawsze niebezpieczeństwo powstania triuwmiratu Londyn-

Paryż - Berlin, nie dopuścić do tego, aby Wlk. Brytania przystąpiła do sfery euro-przesunięcie przez Londyn terminu

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - WASZYNGTON PRZECIW ZJEDNOCZONEJ EUROPIE

43

przystąpienia Wlk. Brytanii do Eurolandu na 2010 rok, może oznaczać, że do tego przystąpienia nigdy nie dojdzie.

Zapobieżenie temu, aby Wlk. Brytania weszła do Eurolandu, jest kluczowym elementem amerykańskiej strategii okrążenia

i „powstrzymywania” franko-germańskiego rdzenia Europy - jest to walutowy odpowiednik ewentualnej relokacji

baz amerykańskich z Niemiec do krajów na obrzeżach Unii. Kraje te, którym przewodzić będzie Londyn, mają

utrzymywać Europę w stanie chwiejnej równowagi, zapobiegać stworzeniu wspólnej europejskiej polityki wojskowej

i zagranicznej, rozwodnić konstytucję europejską etc. - innymi słowy mają być egzekutorami polityki Waszyngtonu

wobec Europy. Franko-germański rdzeń Europy ma zostać otoczony z flanki zachodniej dzięki Wlk. Brytanii, od południowej

dzięki panowaniu nad Morzem Śródziemnym i wpływom w Hiszpanii i we Włoszech oraz od wschodniej dzięki

rozszerzeniu NATO o nowe państwa. Mają one zapewnić Waszyngtonowi geopolityczną dźwignię na wypadek gdyby

„imperium franko-germańskie” dokonało secesji z NATO. Estonia, Łotwa, Litwa, Polska, Słowacja, Czechy, Węgry, Rumunia,

Bułgaria, Macedonia, Albania, Słowenia, Serbia, Chorwacja - państwa te z czysto militarnego punktu widzenia

nie mają znaczenia, ale z geopolitycznego i politycznego tak: imperium światowe tworzy z nich pas okrążający imperium

franko-germańskie, pas, który równocześnie pełni funkcję „kordonu sanitarnego” oddzielającego Rosję od imperium

franko-germańskiego. Przejmując ten pas (Wrota do Serca Lądu) pod ścisłą kontrolę Waszyngton utrwala swój geopolityczny

wpływ na kierunkach: Ukraina i Rosja, Azja Centralna i Bliski Wschód.

Jest rzeczą prawdopodobną, że obok Wielkiej Brytanii i być może Włoch, także Polska, Bułgaria i Rumunia wezmą

udział w budowie amerykańskiej Tarczy Antyrakietowej, której stworzeniu sprzeciwia się imperium franko-germańskie.

W krajach tych Pentagon rozmieści stacje nasłuchowe i radary, będące składnikami systemu wczesnego ostrzegania.

W przyszłości na terytorium tych krajów mogą zostać rozmieszczone wyrzutnie antyrakiet. Budowa Tarczy Antyrakietowej,

skierowanej początkowo przeciw dysponującym bronią nuklearną Rosji i Chinom, a obecnie także przeciw imperium

franko-germańskiemu, oznaczałaby praktycznie koniec dawnego NATO.

Nadrzędnym celem Waszyngtonu w Europie jest osłabienie i rozbicie osi Paryż - Berlin stanowiącej karolińskie

jądro Europy. Oś Paryż - Berlin, coraz silniejsza integracja obu państw w ramach Unii Europejskiej to proces,

który w realnym a nie prawno-konstytucyjnym sensie prowadzi do Europy jako niezależnego podmiotu geopolitycznego,

mówiącego własnym głosem i podejmującego pewne decyzje polityczno-wojskowe bez konsultacji

z Waszyngtonem.

Jeśli Anglia na trwałe wybierze „unię” z USA czyli zwróci się na zachód odrzucając stanowisko trzeciego triumwira

europejskiego, automatycznie geopolityczne centrum Europy przesunie się na wschód. Wojna w Iraku posłużyła

Waszyngtonowi do wyjęcia Anglii z europejskiego triumwiratu, obecnie albo nastąpi pogłębienie integracji francuskoniemieckiej

i umocnienie imperium franko-germańskiego, które metodami hegemonialnymi zjednoczy Europę albo oś

Paryż - Berlin się rozpadnie a wraz z jej rozpadem przestanie istnieć Unia Europejska w jej dotychczasowym kształcie.

Celem USA jest teraz otoczyć, osłabić i rozbić imperium franko-germańskie, które, przesuwając się geopolitycznie

na wschód, mogłoby zwrócić się w kierunku Rosji. Pewne oznaki zbliżenia europejsko-rosyjskiego pojawiły się już

wcześniej. W ostatnich latach Francja, Niemcy i Rosja podjęły dyskusje na temat współpracy w produkcji zbrojeniowej,

współpracy wojskowej oraz w badaniach kosmicznych. W końcu 1998 roku Paryż i Moskwa porozumiały się co do

wspólnych ćwiczeń wojskowych piechoty i obupólnych konsultacji wojskowych. Moskwa chce pozyskać francuskich

i niemieckich partnerów do uczestnictwa w rozwoju jej kompleksu wojskowo-przemysłowego. Na początku 2000 roku

minister obrony Niemiec Rudolph Scharping odwiedził Moskwę w celu odbycia rozmów ze swoim rosyjskim odpowiednikiem.

Podpisano porozumienie w sprawie 33 projektów współpracy wojskowej w tym dotyczące szkolenia rosyjskich

specjalistów wojskowych w Niemczech. To porozumienie zostało zawarte poza ramami NATO i bez wcześniejszych

konsultacji z Waszyngtonem. Warto też zauważyć, że Rosja podpisała porozumienie o długoterminowej współpracy

wojskowej z Indiami w 1998 roku, a w kilka miesięcy później podobne porozumienie podpisała z Indiami Francja.

Przewidywało ono m.in. transfer francuskiej technologii wojskowej do Indii i inwestycje francuskich korporacji

w indyjski przemysł zbrojeniowy - te inwestycje miały obejmować urządzenia do produkcji rakiet balistycznych

z głowicami nuklearnymi. Znaczący jest też fakt, że krótko po tym, jak USA dokonały akcji zbrojnej w Afganistanie

w 2001 roku przejmując praktycznie kontrolę nad przestrzenią powietrzną Pakistanu i korzystając z pakistańskich urządzeń

wojskowych, Francja i Indie przeprowadziły wspólne ćwiczenia wojskowe na Morzu Arabskim. W tym samym

czasie do Indii napłynęły duże dostawy rosyjskiej broni dostarczone w ramach indyjsko-rosyjskiego porozumienia

o współpracy wojskowej.

Widzimy, że Francja reprezentująca w aspekcie militarno-politycznym Europę, poszukuje przestrzeni dla politycznego

manewru w stosunku do amerykańskiego imperium światowego, które aspiruje do planetarnej hegemonii. Podział,

jaki ujawnił się pomiędzy USA i Wlk.Brytanią a Francją i Niemcami, wynikał z głębokich przyczyn politycznych, był

starciem pomiędzy tymi, którzy chcą utrzymania politycznego status quo (USA i Wlk.Brytania) a tymi, którzy uparcie

usiłują ponownie wejść na arenę historii i globalnej polityki („imperium franko-germańskie” reprezentujące na płaszczyźnie

geopolitycznej Europę). Przed wojną z Irakiem coraz częstsze były w Europie głosy wyrażające polityczne ambicje

Unii Europejskiej. Kanclerz Gerhard Schröder wezwał do bardziej zintegrowanej i rozszerzonej Europy, aby zrównoważyć

hegemonię amerykańską, Romano Prodi oświadczył, że głównym celem UE jest stworzenie supermocarstwa na

kontynencie europejskim, które stanie ze Stanami Zjednoczonymi jak równy z równym, premier Szwecji Göran Person

stwierdził, że Unia Europejska jest jedną z niewielu instytucji, które może stworzyć przeciwwagę dla światowej dominacji

Stanów Zjednoczonych, minister Joseph Fischer przestrzegł Waszyngton, aby nie mylił sojuszników z państwami

satelickimi. Odpowiedzią Waszyngtonu był marsz na Bagdad. Reakcją Francji i Niemiec było podjęcie kroków mających

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - WASZYNGTON PRZECIW ZJEDNOCZONEJ EUROPIE

44

na celu umacnienie imperium franko-germańskiego. W listopadzie 2002 roku Chirac i Schröder wydali dokument,

w którym proponowali przekształcenie Europejskiej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony w Europejską Unię Bezpieczeństwa

i Obrony: mówi się w nim o wzmocnionej współpracy, o wspólnej polityce w dziedzinie zbrojeń, klauzuli

o wzajemnym przyjściu sobie z pomocą.W styczniu 2003 roku dwaj komisarze europejscy Niemiec Guenther Verheugen

i Francuz Pascal Lamy zaproponowali utworzenie czegoś na kształt niemiecko-francuskiej konfederacji prowadzącej

wspólną politykę gospodarczą, budżetową i podatkową. Konfederacja miałaby zajmować wspólne stanowisko w Unii

Europejskiej, w MFW i Banku Światowym i we wszystkich instytucjach międzynarodowych, posiadać wspólne siły

zbrojne, wspólne przedstawicielstwa dyplomatyczne, wspólne miejsce w Radzie Bezpieczeństwa. Dwaj politycy postulowali

powołanie Kongresu złożonego z przedstawicieli parlamentów obu krajów, odbywanie wspólnych posiedzeń

Rad Ministrów, stworzenie stałego sekretariatu i forum dla niemieckich i francuskich związków zawodowych, zrzeszeń

i organizacji pozarządowych.

Z niemiecko-francuskich organizacji i środowisk intelektualnych płyną postulaty utworzenia Związku Niemiecko-

Francuskiego, wprowadzenia podwójnego obywatelstwa niemiecko-francuskiego etc. W drugiej połowie września 2003

w Berlinie odbyło się wspólne posiedzenie rządów niemieckiego i francuskiego - nie dwustronne spotkanie ministrów ale

wspólna Rada Ministrów, na której ministrowie poszczególnych resortów występowali w „tandemach”. Na posiedzeniu

podjęto szereg konkretnych decyzji m.in. o połączeniu szybkich kolei francuskich (TGV) z niemieckimi (ICE).

Na łamach „AirbagMagazin” (nr 3, maj 2003) niemiecko-francuskiego kwartalnika strategii europejskiej Rudolf von

Thadden w artykule „Czas międzynarodowych niepokojów i napięć” napisał „Tak długo, jak długonie wszystkie państwa

Unii Europejskiej będą gotowe do samodzielnej polityki zagranicznej i obronnej w Unii, Francjai Niemcy będą szły

naprzód same. Trzeba będzie najpierw utworzyć coś w rodzaju rdzenia Europy, do którego później przyłączą się inne

państwa”. Tendencję do wyłonienia się bardziej zintegrowanej Europy przewidywał pięć lat temu były kanclerz Niemiec

Helmut Schmidt, który recenzując na łamach „Foreign Policy” (wiosna 1998) książkę Zbigniewa Brzezińskiego Wielka

szachownica napisał, że autor pisze o Europie tak jakby była ona klientem lub satelitą USA. Takie roszczenie to według

Schmidta kolejny, dodatkowy powód, aby zbudować jeszcze silniejszą Unię Europejską, która zapewni regionowi prawo do

samostanowienia. Ten sam Helmut Schmidt w swojej książce Die Selbstbehauptung Europas (2001) napisał, że na dłuższą

metę wykształcenie się wewnętrznego rdzenia Europy jest nieuchronne, co, dodajmy, wynika z najbardziej elementarnego

faktu, że Francja i Niemcy boją się Ameryki bardziej niż siebie nawzajem. Elity obu państw rozumieją także, że jakaś

„renacjonalizacja” europejskiej polityki byłaby zgubna dla nich obu. Wyraził to już przed laty na łamach „Le Monde”

(3 lutego 1995) fracuski geopolityk prof. Michel Korinman w artykule „Unia francusko-niemiecka jak najszybciej”

stwierdzając, że jeśli taka unia nie powstanie, to w przyszłości mur dzielić będzie Strasburg.

Zbigniew Brzeziński w tekście „Atlantycka wspólnota wartości” („Rzeczpospolita”, 10 marca 2001) pisał: „Bez

wsparcia Europy światowe przywództwo Ameryki byłoby kruche, a bez zaangażowania Ameryki Europa, ze swoimi tradycyjnymi

konfliktami byłaby bardzo słaba. Więzy amerykańsko-europejskie są absolutnie decydujące”.

Ale ewentualne wyłonienie się twardego rdzenia Europy oznaczałoby, że podstawowy tradycyjny konflikt w Europie

to znaczy konflikt niemiecko-francuski zostałby przezwyciężony a wraz z nim geopolityczna słabość Europy. Wówczas

zaangażowanie USA jako arbitra sporów i konfliktów w Europie nikomu nie byłoby potrzebne, bo arbitrem byłoby „imperium

franko-germańskie”. Pozostaje pytanie, jak bez jego wsparcia wyglądałoby światowe przywództwo Ameryki?

„Absolutnie decydujące” według Brzezińskiego więzy, które łączą USA i Europę są wprawdzie nadal bardzo mocne,

być może silniejsze niż sprzeczne interesy, ale równocześnie głębsza dynamika polityczna rozluźnia je, co może doprowadzić

do trwałego rozpadu tzw. wspólnoty transatlantyckiej i do zastąpienia jej nowym rodzajem stosunków politycznych,

których dokładny kształt trudno jeszcze dzisiaj przewidzieć.

Zacytujmy na koniec jeszcze jedną opinię, której autor stawia ostatecznie kropkę nad „i” w kwestii przyszłej polityki

Waszyngtonu wobec Europy. Gerard Baker (jeden z redaktorów „Financial Times”) opublikował artykuł zatytułowany

„Przeciw zjednoczonej Europie” na łamach czołowego pisma neokonserwatywnego „The Weekly Standard” (22 września

2003 roku). Baker przypomina, iż Henry Kissinger skarżył się, że nie ma do kogo zadzwonić, kiedy chce rozmawiać z

Europą. Niebezpieczeństwo polega na tym, pisze Baker, że przyszli Kissingerowie już nigdy więcej nie będą się mogli

na to uskarżać. Baker stwierdza, że jeśli spokój ducha w kwestiach zjednoczenie Europy stanie się oficjalną polityką

USA, będzie to głupotą najwyższego stopnia. Baker wskazuje na dynamikę polityczną pchającą Europę ku większej

politycznej integracji, która jest swego rodzaju targiem pomiędzy Niemcami i Francją. Wlk. Brytania nie jest w stanie

być liderem Unii, oprócz niej przeciw ściślejszej integracji są najsłabsze państwa europejskie, dlatego oś niemieckofrancuska

w sojuszu z biurokracją brukselską wygra. Unia Europejska, pisze Baker, chce być strukturą o realnej władzy

politycznej, jeśli nią się stanie, to nie będzie wprawdzie „superpower” lecz „sniperpower”, która będzie używać międzynarodowych

instytucji, aby blokować władzę USA, odstrzeliwać kawałki tej władzy na całym świecie. Baker pyta,

co się stanie, kiedy wspólna europejska linia przeciw USA zwycięży w gremiach NATO, albo gdy Unia rzuci na szalę

swój gospodarczy ciężar w Afryce lub Ameryce Południowej, gdy dysponując siłą militarną zażąda większego udziału

w podejmowaniu decyzji podczas nowych kryzysów międzynarodowych. Dlatego nie można mówić :„cóż możemy

zrobić?”, ale trzeba działać. Waszyngton nie jest bezsilny, może zrobić wiele rzeczy: przede wszystkim, zaleca Baker,

powinien przestać deklamować przestarzałą zimnowojenną ideę, że zjednoczona Europa leży w interesie Stanów Zjednoczonych.

Czy ktokolwiek, pyta Baker, może na serio sądzić, że jedna polityka zagraniczna UE jest bardziej pomocna

dla USA niż polityka polska, brytyjska lub hiszpańska? Po drugie należy wzmocnić polityczne i wojskowe więzi z

Europą Wschodnią np. przesunąć oddziały wojskowe z Niemiec do Bułgarii i Rumunii i ewentualnie do innych krajów,

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - WASZYNGTON PRZECIW ZJEDNOCZONEJ EUROPIE

45

co byłoby tak samo mądrym posunięciem jak zaoferowanie Polsce ważnej roli w powojennym Iraku, po trzecie należy

studzić entuzjazm dla rozwijania wojskowych zdolności Europy. Francusko-niemiecko-belgijsko-luksemburskie plany

sojuszu militarnego w łonie UE łatwo mogą być wyśmiane, ale w dzisiejszych czasach, które są czasami próby, USA

muszą być bardziej niż ostrożne w kwestii oddzielnej tożsamości europejskiej wewnątrz NATO. Po czwarte USA muszą

sprzeciwić się zmianom członkostwa w multilateralnych instytucjach - na przykład jedno miejsce dla Unii Europejskiej

w Radzie Bezpieczeństwa. Po piąte nie należy robić nic, co mogłoby popchnąć Wlk.Brytanię w stronę euro - nic nie byłoby

bardziej brzemiennym w konsekwencje krokiem w kierunku europejskiej integracji niż przyłączenie się Wlk.Brytanii

do tego projektu. Impet, jaki przystąpienie Wlk.Brytanii do euro, nadałoby tworzeniu europejski superpaństwowości

jest trudny do przecenienia. Baker stwierdza dalej, że to europejskie elity chcą integracji ale nie „szary Europejczyk”,

stąd, uważa on, integracja wywołuje polityczny niepokój, co wyraża się w poparciu dla skrajnie prawicowych partii we

Francji, Włoszech, Niemczech a nawet Wielkiej Brytanii. Można z tego wnioskować, że przychodzi dobry czas dla partii

narodowej prawicy w Europie, które otrzymają dyskretne polityczne wsparcie z Waszyngtonu, aby mogły uczestniczyć

w demontażu Unii Europejskiej. W zakończeniu swojego tekstu Baker pisze, że nie jest jeszcze za późno dla USA, aby

zastopować powstawanie europejskiego superpaństwa, zanim stanie się ono rzeczywistością.

Artykuł Bakera jest ważny dlatego, że prominentny członek angloamerykańskiego establishmentu mówi wreszcie

głośno i otwarcie coś, co już od dawna było znane politycznemu kierownictwu USA. Ta szczerość zapowiada trudne czasy

dla Europy, która, jak napisał w swoim artykule „Ameryka przeciw reszcie świata” (maj 2003) Charles Kupchan, jest

zbyt silna, aby być wasalem Ameryki a zbyt słaba i zbyt podzielona, aby być skutecznym i godnym tego miana rywalem

USA.

GEOPOLITYKA IMPERIUM MUNDI

Wojna z Irakiem i jego zajęcie są efektem długofalowej polityki i były przygotowywane przez wiele lat. Działo się

to w ramach szerszego planu, którego celem jest podporządkowanie Bliskiego Wschodu uznanego za „Wielki Obszar”

(Grand Area, niem.Grossraum) o zasadniczym strategicznym znaczeniu dla globalnej władzy USA - koncepcja „Wielkich

Obszarów” została wypracowana podczas spotkań planistów i strategów z Departamentu Stanu i Rady Stosunków

Zagranicznych w latach 1939-45. USA miały przejąć schedę po imperium brytyjskim oraz wypchnąć Wielką Brytanię

i Francję z Bliskiego Wschodu. Ważnym wydarzeniem było spotkanie w lutym 1945 roku na amerykańskim statku wojennym

na Kanale Sueskim prezydenta Roosevelta z królem Abd al-Azizem ibn Saudem, założycielem powojennego reżimu

w Arabii Saudyjskiej, gdzie obaj politycy ustalili zasady powojennego „sojuszu” i doszli do porozumienia w sprawie

uprzywilejowanego dostępu USA do zasobów ropy. Doktryna Eisenhovera sformułowana w 1957 roku mówiła o pomocy,

także zbrojnej, państwom regionu zagrożonym przez jakiekolwiek państwo kontrolowane przez „międzynarodowy

komunizm”. Z kolei doktryna Nixona zalecała szukanie i popieranie na Bliskim Wschodzie państw - „klientów” i „protegowanych”.

Od lat 50. USA były stale obecne na Bliskim Wschodzie, przeprowadzały tajne operacje, stały za zamachami

stanu, obsadzały przyjazne rządy jak na przykład dynastię Pahlevi w Iranie.

Nowa faza zaczyna się w okresie prezydentury Cartera, kiedy to Zatoka Perska ogłoszona zostaje strefą żywotnych

interesów amerykańskich, które mogą być bronione także za pomocą siły zbrojnej. Według doktryny Cartera wojska

amerykańskie będą np. bronić władców Arabii Saudyjskiej, gdyby zagrożeni byli przez jakieś siły zewnętrzne. W okresie

rządów Cartera rozpoczęto tworzenie Sił Szybkiego Reagowania, właśnie ze względu na ewentualną interwencję w Zatoce

Perskiej. Doktryna Reagana rozszerzyła protekcję nad Arabią Saudyjską także na wypadek, gdyby doszło do próby

wewnętrznego przewrotu. Za rządów Reagana utworzono tak zwane Central Command (Centcom) czyli dowództwo dla

obszaru centralnego obejmującego region Zatoki Perskiej i region od wschodniej Afryki do Afganistanu.

W okresie wojny iracko-irańskiej USA oddały do dyspozycji Iraku swój wywiad satelitarny, dostarczały Saddamowi

Husajnowi helikoptery, komputery, chemikalia. Amerykańskie krążowniki i lotniskowce pojawiły się w Zatoce Perskiej

a wojska amerykańskie używały okresowo baz w Bahrajnie, na wyspie Diego Garcia na Oceanie Indyjskim, w Omanie

i Arabii Saudyjskiej. W 1987 roku US Navy stworzyła Joint Task Force Middle East, aby chronić tankowce pływające

po Zatoce. Wszystko to oznaczało wzmożenie obecności wojskowej USA w rejonie Zatoki Perskiej, jakie nastąpiło po

długoletniej wojnie iracko-irańskiej, która wyczerpała oba kraje, co było w interesie Stanów Zjednoczonych zajmujących

pozycję „trzeciego śmiejącego się”, który zaciera ręce obserwując, jak dwa największe i najsilniejsze państwa regionu

wzajemnie się wykrwawiają, aby w efekcie dojść do polityczno-wojskowego pata. Należy tu przypomnieć, że USA różnymi

sposobami zachęcały Irak do inwazji Iranu m.in. w ten sposób, że przekazały Bagdadowi za pośrednictwem Saudyjczyków

dane wywiadowcze, w których zdolności wojskowe Iranu zostały celowo zredukowane.

W 1990 roku zdesperowany z powodu trudnej sytuacji swojego państwa, zadłużonego i wyczerpanego prawie dziesięcioletnią

wojną z Iranem (Irak miał kilkadziesiąt miliardów dolarów długów, ponad połowę z tego u państw znad

Zatoki Perskiej), prezydent Saddam Husajn, nie mogąc uzyskać od innych państw naftowych ani pomocy ekonomicznej

ani zgody na podwyżkę cen ropy ani na redukcję długów, najechał Kuwejt, do którego Irak zawsze rościł sobie pretensje

terytorialne i który, zdaniem rządu irackiego, wykorzystał wojnę Iraku z Iranem, aby „kraść” iracką ropę (sporne pola

naftowe Rumaila). Prezydent Husajn chyba dość naiwnie sądził, że jego dotychczasowy sojusznik Stany Zjednoczone,

które niewiele miesięcy wcześniej same dokonały interwencji zbrojnej w małym państwie Panamie, aby zabezpieczyć

tam swoje geostrategiczne interesy, pozwolą mu na akcję przeciw małemu państwu Kuwejtowi, szczególnie, że USA

powinny, jak uważał, docenić jego zasługi w powstrzymaniu irańskiej rewolucji islamskiej. Prezydent Husajn szczerze

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - GEOPOLITYKA IMPERIUM MUNDI

46

wierzył, że za krew jego narodu przelaną w obronie państw nad Zatoką Perską należy mu się wdzięczność i odpuszczenie

długów.

Gdyby USA stanowczo i wyraźnie sprzeciwiły się irackim planom inwazji Kuwejtu i zagroziły, że będą bronić kuwejckiej

monarchii, Saddam Husajn byłby zmuszony z planów tych zrezygnować. Tymczasem Waszyngton wysyłał w kierunku

Bagdadu niejasne lub sprzeczne sygnały. Z jednej strony w USA rozpoczęto przygotowania do wojny, z drugiej zaś

oficjalnie taką ewentualność wykluczano. W styczniu 1990 roku dyrektor CIA William Webster ostrzegał przed rosnąca

zależnością USA od ropy, szczególnie znad Zatoki Perskiej, w lutym tego roku generał Schwarzkopf stwierdził podczas

przesłuchań w Senacie, że USA powinny wzmocnić obecność wojskową w regionie i zarysował plany ewentualnej interwencji,

która wymaga założenia stałych baz wojskowych, w marcu pojawiają się informacje, że zbuntowani oficerowie

irackiej armii chcą obalić Saddama Husajna i oczekują pomocy ze strony USA, w maju Center for Strategic and International

Studies sporządziło raport, nad którym prace rozpoczęto dwa lata wcześniej, dotyczący możliwej wojny z Irakiem.

Raport krążył w Kongresie i w Pentagonie. W tym samym miesiącu Narodowa Rada Bezpieczeństwa przedłożyła prezydentowi

Bushowi dokument, w którym „przyjacielski Irak” zastępowany jest „wrogim Irakiem”. W pierwszej połowie

1990 roku przeprowadzono kilka gier wojennych opartych na założeniu inwazji Iraku na Kuwejt, w tym samym czasie

USA nadal sprzedawały do Iraku komputery najnowszych generacji, na dzień przed inwazją Kuwejtu zaaprobowano

w Waszyngtonie sprzedaż do Iraku wysokiej klasy urządzeń do przesyłu danych o wartości 695000 dolarów. Zastępca

sekretarza stanu ds. Bliskiego Wschodu John Kelly odwiedził w lutym 1990 roku Bagdad i oznajmił prezydentowi Husajnowi,

że prezydent Bush chce dobrych stosunków z Irakiem opartych na zaufaniu. Kelly krytykował też głosy „nieprzyjazne

Irakowi”. Kelly występując 26 kwietnia w Kongresie oświadczył, że polityka rządu prezydenta Busha wobec

Iraku pozostaje niezmienna i pochwalił prezydenta Husajna za jego plany nowej konstytucji i rozszerzenia „demokracji

uczestniczącej”. Ale w tym samym czasie sekretarz stanu James Baker kazał opracować plan sankcji gospodarczych

wobec Iraku. W kwietniu, kiedy prezydent Husajn wystąpił z groźbami pod adresem Kuwejtu, do Bagdadu przybyła

delegacja republikańskich senatorów z liderem mniejszości republikańskiej w Senacie Robertem Dole`m, który zapewnił

prezydenta Husajna, że nie będzie żadnych sankcji gospodarczych wobec Iraku, gdyż prezydent Bush jest im przeciwny.

19 lipca sekretarz obrony Richard Cheney powiedział prasie, że USA będą bronić Kuwejtu, jeśli zostanie zaatakowany.

Ale zaraz potem jego rzecznik prasowy Pete Williams osłabił wymowę tej wypowiedzi, zaś Biały Dom przekazał sekretarzowi

obrony, że oświadczenia w tej kwestii należą do niego i do Departamentu Stanu.

24 lipca 1990 roku Irak przesunął dwie dywizje nad granicę z Kuwejtem. Następnego dnia ambasador USA w Iraku

April Glaspie w znanej rozmowie z prezydentem Husajnem poinformowała go, że Waszyngton nie ma opinii w sprawie

arabsko-arabskich konfliktów takich jak konflikt graniczny Iraku i Kuwejtu. Pani ambasador dodała, że takie są wytyczne

sekretarza stanu Jamesa Bakera. April Glaspie powiedziała prezydentowi Husajnowi, że prezydent Bush nie tylko życzy

sobie lepszych i ściślejszych stosunków z Irakiem, ale pragnie, żeby Irak wniósł wkład w pokój i dobrobyt na Bliskim

Wschodzie. Pytana później w Kongresie, czy powiedziała prezydentowi Husajnowi, że jeśli wkroczy do Kuwejtu, to USA

będą walczyć, pani ambasador odrzekła: „Nie, nie powiedziałam tego”. 27 lipca CIA poinformowała senacką komisję ds.

wywiadu, że wszystko wskazuje na to, iż Irak dokona inwazji Kuwejtu 2 sierpnia. 31 lipca John Kelly oświadczył w Kongresie,

że USA nie mają traktatu obronnego z państwami nad Zatoką Perską i że w przypadku inwazji Iraku na Kuwejt

USA nie muszą podejmował działań wojskowych. Saddam Husajn uznał ostatecznie, że USA wysyłają mu wprawdzie

niewyraźne, ale jednak „zielone światło” dla działań wobec Kuwejtu, i w rezultacie wpadł jak dziecko w zastawioną

przez Waszyngton pułapkę. Nie ulega dziś wątpliwości, że nieustępliwość Kuwejtu wobec wszelkich żądań Iraku a nawet

jego pewna „gospodarcza agresywność” polegająca na zwiększeniu wydobycia ropy, co godziło w zadłużony i wyczerpany

wojną Irak, którego połowa PKB i większość dochodów rządu pochodziła z wydobycia i sprzedaży ropy, miała swoje

źródło w poparciu i zachęcie, jakie tamtejsze rody feudalne otrzymały z Waszyngtonu. Król Jordanii Husajn stwierdził

potem, że Kuwejt i „zachodnie wywiady” (czyt. amerykański i brytyjski) prowadziły za kulisami kampanię ekonomiczną

wymierzoną w interesy Iraku, która, dodajmy, była wykalkulowaną prowokacją.

Kiedy wojska irackie zajęły Kuwejt, Stany Zjednoczone, ku sporemu zaskoczeniu prezydenta Husajna, wystąpiły

bardzo stanowczo w obronie suwerenności monarchii kuwejckiej. Zapewne dopiero wówczas, Saddam Husajn, który był

zręcznym taktykiem, ale marnym strategiem, zrozumiał, że dał się przechytrzyć znakomitym strategom z Waszyngtonu.

Pomiędzy 2 sierpnia 1990 roku a 17 stycznia 1991 roku, kiedy Amerykanie rozpoczęli bombardowania, prezydent

Husajn w obliczu trudnej sytuacji politycznej, w jakiej się znalazł, sześciokrotnie dawał wyraźnie do zrozumienia,

że chce wynegocjować wycofanie się wojsk irackich z Kuwejtu. Waszyngton storpedował wszelkie próby wynegocjowania

pokoju i wycofania się wojsk irackich z Kuwejtu i odrzucił wszystkie propozycje pokojowego rozwiązania

konfliktu składane zarówno przez władze irackie jak i przez inne kraje. 7 sierpnia wojska amerykańskie przybyły do

Arabii Saudyjskiej, aby „jej bronić”. Ponieważ Arabia Saudyjska nie czuła się zagrożona przez Irak, Pentagon, aby

ją przekonać o zagrożeniu, powołał się na zdjęcia satelitarne pokazujące oddziały irackie zgrupowane na granicy

saudyjskiej i gotowe do inwazji. Była to, jak się potem okazało, zręczna mistyfikacja. Operacja „Pustynna Burza”

zakończyła się wyparciem wojsk irackich z Kuwejtu i ich całkowitym rozgromieniem oraz restauracją suwerennej monarchii

kuwejckiej. Amerykańskie wojska lądowe pojawiły się w Zatoce Perskiej i tam już pozostały. USA dokonały

pierwszego bezpośredniego uderzenia na Bliskim Wschodzie, zbliżyły się militarnie do strategicznego terytorium od

strony Oceanu Indyjskiego i ustanowiły przyczółki i bazy w Kuwejcie, Arabii Saudyjskiej, Katarze, Bahrajnie, tworząc

zaplecze dla ewentualnej późniejszej akcji wojskowej przeciw Irakowi. W regionie pojawiły się oddziały wojsko-

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - GEOPOLITYKA IMPERIUM MUNDI

47

we, ekipy budowlane, siły pomocnicze, wzrosła sprzedaż broni amerykańskiej do Arabii Saudyjskiej, broń za 16 mld

dolarów poszła do Kuwejtu, Bahrajnu, Kataru i innych emiratów, odbywały się wspólne ćwiczenia, wizyty okrętów

i szwadronów lotniczych. W 1996 roku w Katarze zbudowano 4,5 kilometrowy pas startowy, najdłuższy w rejonie Zatoki

Perskiej, aby mogły tam lądować i startować wielkie amerykańskie transportowce.

Lata 1992-2002 to spokojne, systematyczne i konsekwentne przygotowywanie gruntu pod bezpośrednie wejście do

Iraku osłabianego gospodarczo przez jedne z najbardziej surowych i restrykcyjnych sankcji w historii wojen gospodarczych,

sankcji, których przestrzegania pilnują USA i Wlk. Brytania. Mają one, jak oświadczył prezydent Clinton

w 1997 roku trwać tak długo, jak długo przy władzy trwać będzie Saddam Husajn. Ustanowiona zostaje strefa zdemilitaryzowana

pomiędzy Irakiem i Kuwejtem, Irak traci suwerenność nad swoją przestrzenią powietrzną (ustanowienie

tzw. „no fly zones”), jego północne i południowe obszary są kontrolowane przez Amerykanów, z baz w Zatoce Perskiej

co jakiś czas wyprowadzane są ataki lotnicze i rakietowe na terytorium Iraku - największe we wrześniu 1996

roku („Pustynne Uderzenie”) oraz w grudniu 1998 roku („Pustynny Lis”), kiedy to przeprowadzono bombardowania

w południowym i środkowym Iraku. Metodycznie niszczone są instalacje irackiej obrony przeciwlotniczej, inne cele

wojskowe oraz niektóre elementy cywilnej infrastruktury. Amerykańskie i brytyjskie samoloty wojskowe tysiące

razy startowały z Kuwejtu przelatując przestrzeń ponad strefą zdemilitaryzowaną - czyli przestrzeń tej strefy. Była

to najdłuższa kampania bombardowań od czasu II wojny światowej. „I wojna mezopotamska” w tym sensie się nie

zakończyła w 1991 roku, ale była pierwszą fazą operacji, która trwała de facto 12 lat. Wojna 2003 roku była ostatnią

fazą tej operacji, przeprowadzaną w chwili, kiedy Irak wyczerpany najpierw wojną z Iranem a potem wojną z USA,

został gospodarczo i wojskowo osłabiony, praktycznie rozbrojony i osaczony z południa i z północy. Stał się słabym

ogniwem na Bliskim Wschodzie dojrzałym do przerwania przy minimalnych stratach. Inspekcje przeprowadzone

przez ONZ były również elementem tej operacji, służąc rozbrojeniu Iraku i rozpoznaniu wywiadowczemu. Uplasowani

wśród inspektorów agenci CIA (i zapewne Mossadu) szukali nie broni masowego rażenia ale gromadzili informacje

o irackiej broni konwencjonalnej, miejscach kryjówek prezydenta Husajna, rozpoznawali struktury jego osobistego bezpieczeństwa,

co było przygotowaniem do „zmiany reżimu”. Cała sprawa była przez cały czas nadzorowana i rozgrywana

przez ludzi z Narodowej Rady Bezpieczeństwa USA, a Waszyngton używał inspektorów pod kątem swoich celów politycznych,

manipulował inspekcjami, prowokował kryzysy np. poprzez żądania wpuszczenia inspektorów do pałaców

prezydenta Husajna i do irackiego ministerstwa obrony, które następnie wykorzystywał do polityczno-propagandowych

ataków na rząd Iraku. Trwała też nabierająca z upływem czasu coraz większej intensywności kampania propagandowa

portretująca prezydenta Husajna jako personifikację Zła, mająca przygotować psychologicznie tzw. opinię publiczną

w USA do bezpośredniej interwencji. Częścią tej akcji propagandowej były też takie inicjatywy polityczne jak wystosowany

w styczniu 1998 roku przez grupę neokonserwatystów list do prezydenta Clintona zachęcający go do podjęcia akcji militarnej

przeciw Irakowi czy przyjęta w tym samym roku przez Kongres i podpisana przez prezydenta Clintona „ustawa

o wyzwoleniu Iraku”.

17 września 2001 roku prezydent Bush podpisał rozkaz przygotowania ataku na Afganistan. Drugi, wówczas utajniony

ustęp rozkazu nakazywał strategom wojskowym przygotowanie scenariusza dla wojny z Irakiem. Wiadomo zresztą,

że niektórzy ludzie z otoczenia prezydenta Busha domagali się, aby najpierw zaatakować Irak, ale uznano, że trzeba atak

lepiej przygotować i wybrano Afganistan jako bardziej „miękką” opcję. To, co działo się pomiędzy wrześniem 2001 roku

a marcem 2003 roku wokół Iraku było już tylko polityczno-propagandową grą pozorów.

Cele geopolityczne, jakie przyświecały operacji wojskowej w Iraku można zrozumieć tylko wówczas, jeśli widzi się ją

zarówno w regionalnym jak i globalnym kontekście. Heinrich von Lohausen opisując geopolityczny podział świata wskazywał

na trójdzielność globu ziemskiego: pierwsze pasmo lądowe z północy na południe od Alaski do Ziemi Ognistej to

Ameryka (Nowy Świat), drugie pasmo to Euroafryka od Przylądka Północnego do Przylądka Dobrej Nadziei stanowiąca

zachodnie skrzydło Starego Świata, trzecie pasmo od Kamczatki poprzez Chiny, Południowo Wschodnią Azję i Indonezję

do Tasmanii to Australazja czyli wschodnie skrzydło Starego Świata. Pomiędzy drugim i trzecim pasmem lądowym,

ale bliżej drugiego czyli Euroafryki, leży tak zwany Bliski Wschód, łączący oba skrzydła, skierowany na północy ku

rosyjsko-syberyjskim masom lądowym, a na południu przylegający do Afryki. Tworzy on środek całego Starego Świata,

a w środku tego środka, jako środek środka leży kraina nad Zatoką Perską. Region Zatoki Perskiej, pisał von Lohausen,

jest piętą achillesową Starego Świata, miejscem, w którym upadł liść na plecy Zygfryda, i ma to związek nie tylko

z ropą. Nigdzie indziej nie wdzierają się oceany tak głęboko w ląd euroafrykańskiego podwójnego kontynentu, Indyjski

z Morzem Czerwonym i Zatoką Perską oraz Atlantyk z Morzem Śródziemnym. Pomiędzy nimi, pomiędzy rozciągniętymi

brzegami Afryki i Azji tworzy stara kraina Ur na końcu Tygrysu i Eufratu ów środek środka, najczulsze miejsce

całego podwójnego kontynentu. Każde z zewnątrz przychodzące uderzenie trafia całość i wywołuje drgania w całym

Starym Świecie. I tak właśnie się stało. Mieliśmy do czynienia z mistrzowską partią bilarda - uderzona bila trafia w bilę

z napisem „Saddam Husajn”, która rozbija skupisko innych bil wpadających do odpowiednich otworów. Kiedy patrzymy

tylko na bilę „Saddam Husajn”, nie ogarniamy całej sytuacji na bilardowym stole. Kiedy patrzymy tylko na partię bilarda,

która rozegrała się w 2003 roku nie dostrzegamy, że jest ona fragmentem partii rozgrywanej w przez całą dekadę lat 90.

i będącej fragmentem partii rozgrywanej poprzez ostatnie 50 lat, zaś ta z kolei fragmentem partii całego stulecia, bowiem

od stu lat USA konsekwentnie realizują swoje cele geopolityczne i strategiczne. Nie oznacza to oczywiście, że jakiś jeden

człowiek czy grupa ludzi w Waszyngtonie zaplanowała wszystko szczegółowo na sto lat z góry - idzie o to, że niezależnie

od zmieniających się rządów, prezydentów i kongresów, trendów i mód ideologicznych istnieje elementarna ciągłość

globalnej geopolityki i geostrategii USA.

RAPORT O WOJNIE W IRAKU - GEOPOLITYKA IMPERIUM MUNDI

48

Stany Zjednoczone po opanowaniu półkuli zachodniej rozpoczęły walkę o panowanie nad Starym Światem od

wschodu i od zachodu. Na wschodzie najpierw dokonały „otwarcia” Japonii, potem w 1898 roku zajęły Filipiny

a w 1900 roku przyłączyły Hawaje położone ponad 2000 mil na zachód od San Francisco wchodząc tym samym daleko

na Pacyfik. Na zachodzie weszły do europejskiej rozgrywki w latach 1914-1918, poparły Ententę i nie dopuściły do

tego, aby Niemcy zdominowały Europę. Po raz kolejny weszły do rozgrywki w latach 1941-45 stając po stronie Wielkiej

Brytanii i Związku Sowieckiego, z którym zawarły strategiczny sojusz, aby pokonać Niemcy. Uderzyły od zachodu

i wschodu uniemożliwiając podział Eurazji pomiędzy Rzeszę Niemiecką i Japonię. Jak to ujął Immanuel Wallerstein,

lata 1914-1945 to przede wszystkim wojna 30-letnia pomiędzy USA i Niemcami (lata 1918 1939 nazwał amerykański

historyk Walter LaFeber „pierwszą Zimną Wojną”). Peter Gowan na łamach „New Left Review” (lipiec - sierpień 2002)

w artykule „Calculus of Power” napisał, że w XX. wieku USA dwukrotnie przeszkodziły w uformowaniu się bloku europejskiego

pod kontynentalną hegemonią Niemiec, a w okresie Zimnej Wojny zapobiegły, temu żeby Rosja zdominowała

jeden kraniec Eurazji a Chiny drugi.

Od momentu swojego wejścia do II wojny światowej, uważa Gowan, USA już w sposób bardzo wyraźny dążą do

globalnej hegemonii. Johan Galtung w wywiadzie dla „Die Weltwoche” (2002 nr 39) powołał się na wytyczne z 1944

roku sygnowane JCS570/2, które nazwał strategiczną Biblią Waszyngtonu. Wszystko, co tam zostało napisane, twierdzi

Galtung, zostało zrealizowane w ciągu następnych kilkudziesięciu lat. Efektem strategii przyjętej w okresie 2 wojny

światowej było opanowanie Europy Zachodniej, zablokowanie Związku Sowieckiego na Morzu Północnym i Śródziemnym

a od wschodu podporządkowanie Japonii i zablokowanie Związku Sowieckiego od Pacyfiku. Stany Zjednoczone

miały teraz pod swoją kontrolą oba wybrzeża Atlantyku i Pacyfiku, zapanowały nad oceanami, z których uczyniły swoje

„wewnętrzne morza”, i zamknęły Związek Sowiecki w masach lądowych Eurazji.

W następnych dziesięcioleciach Stany Zjednoczone stosują „strategię anakondy”, która sprowadza się do oplatania

Eurazji dwoma ramionami „państw brzegowych”, w których mają swoje bazy - pas zachodni ciągnie się od Grenlandii i

Islandii po Pakistan, pas wschodni od Alaski po Filipiny i Płw. Malajski. Każda próba Związku Sowieckiego przedarcia

się przez „pas brzegowy” jest powstrzymywana (Korea, Wietnam). Nie należy jednak błędnie sądzić, że w latach 1945-

1980 celem USA było wyłącznie „powstrzymanie” (containment) Związku Sowieckiego, bowiem żadna wielka strategia,

a taką realizuje Waszyngton, nie może być pasywna lub defensywna. Musi być aktywna, nie może opierać się na

reakcjach ale na akcjach, „atak-obrona-atak - obrona-atak” aż do pokonania wroga.

Pod koniec lat 70. rozpoczyna się kolejna faza walki o Eurazję. Jak ujawnił w swoich wspomnieniach From the

Shadows były dyrektor CIA Robert Gates amerykańskie służby specjalne zaczęły w 1979 roku wspomagać oddziały

mudżaheddinów w Afganistanie. 3 lipca tego roku prezydent Carter podpisał pierwszą dyrektywę o wydatkowaniu 500